Przystępując do oceny IV Rzeczypospolitej należy najpierw ustalić, o którym bycie mówimy. O projekcie ideologicznym, o programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości, czy też o dokonaniach rządu firmowanego przez PiS. Projekt ideologiczny może mieć wypaczenia, program wyborczy może ucierpieć od koalicyjnych kompromisów, a ocena dokonań rządu przed końcem kadencji skazana jest na zarzut przedwczesności.
Projekt pilotażowy

Istnieje jednak jeszcze jeden byt, mający ten walor, że zrealizowany przez PiS bez zewnętrznych przeszkód od początku do końca, a zatem łatwiejszy do oceny. Mogący też przez analogię posłużyć do zrozumienia i oceny pozostałych.

W technologii - a Jarosław Kaczyński jest niewątpliwie technologiem władzy - istnieje pojęcie projektu pilotażowego. Za jego pomocą sprawdza się w laboratorium działanie systemu przed wdrożeniem go na wielką skalę. Projektem pilotażowym IV Rzeczypospolitej był warszawski samorząd w kadencji Lecha Kaczyńskiego.

Wnioski z obserwacji projektu wyciągnęli niestety tylko jego twórcy, którzy dowiedzieli się, jak daleko mogą się posunąć i na ile mogą sobie pozwolić. Ogólnopolska opinia publiczna na laboratoryjny eksperyment dokonany kosztem jednego miasta nie zwróciła uwagi. Tymczasem warszawski projekt pilotażowy miał wszystkie cechy zapowiadanej już wtedy IV RP.

Analogie

Przed obsesją na punkcie WSI była obsesja układu, który Lech Kaczyński rzekomo odkrył w ratuszu. W 2003 roku na specjalnej konferencji prasowej, przypominającej niedawną konferencję w sprawie raportu Macierewicza, prezydent poważnym, pełnym zatroskania tonem poinformował, że przekazał do prokuratury ponad dwieście zawiadomień o przestępstwach popełnionych przez poprzednie władze miasta.

Wkrótce okazało się, że większość zawiadomień do prokuratury dotyczyła bzdurnych wykroczeń, takich jak nielegalne przebywanie bezdomnych na terenach poprzemysłowych, okradzenie pijaczka przewożonego do izby wytrzeźwień czy sfałszowanie bonów obiadowych o wartości dwustu złotych. Poważniejszych zarzutów było tylko kilka, z których do dziś żaden nie znalazł potwierdzenia w wyroku sądowym. Układu, czyli zorganizowanej grupy skorumpowanych urzędników, po prostu w stołecznym ratuszu nie było.

Przed nagonką na chirurgów dokonaną przez Centralne Biuro Antykorupcyjne były pokazowe akcje straży miejskiej. Stołeczną straż miejską Kaczyński obsadził tymi samymi ludźmi związanymi z Ligą Republikańską, którzy dziś kierują polskimi służbami specjalnymi. Komendantem straży był Witold Marczuk, dziś szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a jego zastępcą Maciej Wąsik, dziś wiceszef CBA.

Tak jak dziś policyjne Centralne Biuro Śledcze uskarża się na podbieranie tematów przez CBA, tak wówczas stołeczna policja kryminalna oganiała się przed strażnikami miejskimi, którzy zamiast zajmować się porządkiem publicznym próbowali łapać przestępców nie mając do tego policyjnych kwalifikacji.

Najbardziej znaną w Warszawie akcją straży miejskiej w czasach PiS było zajęcie nielegalnie działającego klubu Labirynt. Klub wygrywał z miastem sprawy w sądach, więc Kaczyński wydał polecenie zajęcia go siłą. Strażnicy miejscy weszli do klubu i pozostali w nim, nie wpuszczając do środka właścicieli. Pracę uprzyjemniali sobie wydzwanianiem na seks-telefony i piciem znalezionego w klubie alkoholu. Pozostawili po sobie wyrwane blaty i wulgarne rysunki na stołach bilardowych. Wszyscy strażnicy podejrzani o tę rozróbę zostali przyjęci do służby przez Marczuka. Nikt z kierownictwa straży nie poniósł żadnych konsekwencji.

Niechęć do procedur prawnych ograniczających wolę władzy wykonawczej była testowana na radzie miejskiej. Prezydent Lech Kaczyński nie przychodził na sesje rady uważając, że użeranie się z radnymi jest poniżej jego godności. Nie mogąc doprowadzić do uchwalenia statutu miasta zgodnego ze swoim projektem doprowadził do tego, że prace nad statutem zamarły.

Przez cztery lata ratusz zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy ludzi funkcjonował na podstawie tymczasowego regulaminu organizacyjnego. Ten regulamin dawał prezydentowi pełnię władzy włącznie z przysłowiowym już w Warszawie wyrażaniem zgody na urlop sprzątaczki w filii urzędu dzielnicowego.

O ksenofobicznym, pełnym nieufności a nawet wrogości do sąsiadów prowadzeniu polityki międzynarodowej IV RP napisano wiele. Nie inaczej działał prezydent Warszawy. Brak współpracy z ościennymi samorządami spowodował ograniczenie podmiejskich linii autobusowych. Niechęć do współdziałania miasta z partnerami takimi jak PKP zaowocowała likwidacją wspólnego biletu na komunikacje miejską i kolejową.

W tej skali najmniejszą szkodę przyniosła mieszkańcom niechęć prezydenta stolicy do protokolarnych spotkań z ambasadorami innych krajów, którą Kaczyński usprawiedliwiał mówiąc, że spotkania te są o niczym, więc jest nimi znudzony.

Analogie można ciągnąć w nieskończoność. Przed budową stacji Włoszczowa były wielomilionowe dotacje dla klubu tenisowego, którego prezes był mężem ówczesnej warszawskiej radnej. Przed budową ocieplanego chodnika na dziedzińcu Pałacu Prezydenckiego był kosztowny remont gabinetu prezydenta Warszawy, bo „mąż lubi, gdy gabinet ma zaplecze, a tu jest tylko taka mała toaletka" - jak wyjaśniała w listopadzie 2002 roku późniejsza Pierwsza Dama. Przed „Irasiadem" było powitanie odwiedzającego Warszawę reżysera Petera Greenawaya „z Hollywood"...

Oskarżanie innych

Nieudolność i niekompetencja były przykrywane oskarżeniami poprzedników. Na samym początku kadencji Kaczyński zrzucił na nich winę za przyszłe zadłużenie miasta. Ówczesny wiceprezydent, dziś prezes NBP Sławomir Skrzypek uprawiał taką oto ekwilibrystykę: „W 2001 roku zadłużenie miasta wynosiło 17 procent budżetu, w 2002 roku już 34 procent. [Gdyby nie my] pod koniec 2004 roku sięgnęłoby 68 procent dochodów miasta i Warszawa znalazłaby się w zapaści finansowej. Idąc dalej w tym tempie w 2011 roku zadłużenie sięgnęłoby już 186 procent budżetu Warszawy!"

Było to myślenie zbliżone do wnioskowania, że jeżeli małżeństwu dwa lata temu urodziło się dziecko a po roku drugie, to za 20 lat będzie miało dwadzieścia dwoje dzieci.

Tymczasem w 2002 roku zadłużenie stolicy wynosiło tylko 1,35 mld zł. W stosunku do wielkości budżetu była to kwota umiarkowana, znacznie mniejsza niż w innych polskich miastach. Po trzech latach rządów Kaczyńskiego zadłużenie Warszawy wzrosło ponad dwukrotnie, do 3 mld zł. Zaciągane przez ekipę PiS kredyty przeznaczane były - inaczej niż w poprzedniej kadencji i inaczej niż w innych miastach - nie na inwestycje, lecz na konsumpcję. Wydatki na warszawską administrację wzrosły w tym czasie o 125 mln zł, czyli o 25 procent.

Miasto traktowane było jak prywatny folwark. Pracę w urzędach podległych Kaczyńskiemu znajdowali już nie tylko ściągani z całej Polski działacze PiS, ale nawet ich małżonkowie i dzieci. Taki proceder poskutkował nie tylko brakiem skuteczności i profesjonalizmu, ale także licznymi aferami. Bohaterami afer mieszkaniowych stali się m. in. dyrektor Zarządu Dróg Miejskich i burmistrz dzielnicy Praga Północ. Do prokuratury trafiały nieprawidłowości związane z zamówieniami publicznymi. Media niezbyt się tym zajmowały, gdyż wolały pisać o rzekomych aferach z poprzedniej kadencji, nagłośnionych przez Kaczyńskiego.

Aferzystą był nie ten, kto coś przeskrobał, lecz ten, kto za aferzystę został uznany przez Kaczyńskiego. Skrajnym przykładem tego cynizmu była koalicja utworzona w radzie miejskiej przez PiS z grupką radnych zwaną złośliwie „klubem czystych rąk", skupiającą osoby usunięte za rozmaite afery z innych partii. Ponieważ radni „klubu czystych rąk" głosowali tak, jak życzył sobie prezydent, byli przez niego publicznie chwaleni. Taką logikę mamy i dziś. Postkomunistami nie są wszak Wojciech Jasiński czy Andrzej Kryże, lecz ci, którzy za takowych zostali przez PiS uznani.

Polityka historyczna

To może sukcesem pilotażowego projektu IV RP była przynajmniej polityka historyczna? Powstało znakomite Muzeum Powstania Warszawskiego - jedyny sukces czterech lat rządów PiS w dwumilionowym mieście. Z punktu widzenia zarządzania, utworzenie muzeum było jednak tylko umieszczeniem ekspozycji w zaadaptowanym, dość dobrze trzymającym się budynku. Było też kilka przemówień i symbolicznych gestów, po części dzięki którym PiS wygrał wybory powszechne w 2005 roku.

Politykę historyczną Lech Kaczyński zaczął uprawiać dopiero wtedy, gdy mu to doradzono. W sierpniu 2003 roku, będąc już prawie od roku prezydentem miasta, nie zorganizował żadnych specjalnych obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego.

W rok później był nadal na tyle niezorientowany w tradycjach powstańczych, że uroczystość otwarcia Muzeum Powstania wyznaczył w dniu pierwszego sierpnia na 17.00, czyli godzinę „W" - wtedy, gdy powstańcy od lat gromadzą się na Powązkach przy pomniku Gloria Victis. Po protestach kombatantów gotowe już zaproszenia na otwarcie Muzeum trzeba było przerabiać na inny termin.

Po rządach PiS pozostały ledwie napoczęte przedsięwzięcia związane z odbudową historycznej Warszawy. Na konferencjach prasowych Lech Kaczyński zapowiadał: „Rozpoczynamy odbudowę warszawskich zabytków na wielką skalę!" Były to obietnice mające wyłącznie cel propagandowy. Ich realizacja była nieporadna i pozbawiona szacunku dla tradycji.

Na pierwszy ogień miała pójść zabudowa Placu Piłsudskiego: Pałac Saski i Pałac Brühla. Przygotowania do odbudowy Pałacu Saskiego prowadzono wyjątkowo nieudolnie, w końcu stanęło na najprostszym dla urzędników wariancie. Budynek, który stanie za kilka lat na Placu Piłsudskiego, będzie nie rekonstrukcją, lecz atrapą Pałacu Saskiego. Na żelbetowych ścianach Pałacu zamiast przedwojennych tynkowych elewacji pojawi się okładzina z nowoczesnego kamienia. Na szczęście to jedyny zabytek, za którego odbudowę PiS w Warszawie zdążył się zabrać.

Tę część Placu Piłsudskiego, na której do 1944 roku znajdował się Pałac Brühla, prezydent próbował sprzedać na przetargu. Twierdził, że uda mu się zobowiązać nabywcę do rekonstrukcji pałacu. Sprzedaż działki musiałaby jednak spowodować utratę kontroli nad sposobem zabudowy, gdyż na tym terenie nie obowiązuje miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Społeczny protest połączony z akcją zbierania podpisów zapobiegł skandalowi. Na sprzedaż nieruchomości w bezpośrednim sąsiedztwie Grobu Nieznanego Żołnierza nie poważyły się wcześniej żadne inne władze Warszawy.

Drugim miejscem, w którym Lech Kaczyński próbował uprawiać politykę historyczną, był Plac Defilad, powstały w wyniku wyburzenia ocalałych z okupacji kamienic wokół Pałacu Kultury i Nauki. Także tu prezydent odciął się od poprzedników i wyrzucił do kosza niemal gotowy, znakomity projekt planu zagospodarowania przestrzennego, będący pochodną konkursu urbanistycznego z 1992 roku. Projekt ten odtwarzał przedwojenną siatkę ulic i minimalizował dominację sylwetki Pałacu nad okolicą.

Kaczyński przygotował własny plan, który jest banalnym usankcjonowaniem geometrii przestrzeni narzuconej przez Pałac Kultury. Nie ma w nim nawet próby nawiązania do przedwojennego kształtu miasta.

Rzekome sukcesy rządzącej Warszawą ekipy PiS rozpadają się dziś jak domki z kart. Niedawno wyszło na jaw, że w otwartym hucznie podczas kampanii wyborczej oddziale szpitala dziecięcego nie leczy się dzieci, nie mogą one w nim nawet przebywać. Nic dziwnego: jedynym, nieskrywanym zresztą przez braci Kaczyńskich celem projektu pilotażowego było przygotowanie do zdobycia władzy w Polsce.

A co jest celem obecnie realizowanego projektu IV RP, skoro powiela on wszystkie wady projektu pilotażowego?


Maciej Białecki
Warszawa

_____________________________________
Od Redakcji:
Maciej Białecki jest warszawskim samorządowcem i publicystą, autorem książki „Lech Kaczyński w Warszawie 2002-2005"