Patrzę, słucham, czytam i.... żadnym zmysłom już nie wierzę. Bo to, co nimi odbieram, wydaje mi się totalnie nieracjonalne
Wiadomo, że lustrować można, trzeba, należy, wypada etc. etc. Warto oczyszczać życie społeczne z zaszłości, nawet najbardziej bolesnych. Pytanie tylko, czy należy robić to tasakiem, czy raczej korzystając z bardziej adekwatnych narzędzi?
„Nie jest zagrożona godność, tylko agenci są zagrożeni - mówi prezydent Lech Kaczyński naukowcom, którzy protestują przeciw lustracji. Zdaniem prezydenta inteligent nie może się sprzeciwiać lustracji, a ci, którzy się opierają, inteligencją nie są" [1]

Nawet nie bardzo przejąłem się domniemaniem, że mogę „nie być inteligencją", ponieważ jestem zwolennikiem starej szkoły. Twierdzi ona, że nie sam dokument, potwierdzający zdobyte wykształcenie, lecz rzetelna i dająca się zweryfikować wiedza wraz z tzw. kindersztubą, którymi człowiek potrafi się wykazać, jest właściwym miernikiem odebranego wykształcenia. Bo „wykształcenie" to nie tylko szkoła, uczelnia, praca, ale i środowisko wraz z najważniejszym czynnikiem: RODZINĄ i wyniesionymi z niej wzorcami.

Cóż tu daleko szukać... Wraz ze mną mój kierunek ukończył człowiek, sprzedający hot-dogi od ponad 25 lat i zajmujący się rozwijaniem tego interesu, poza czym świata nie widział i nie widzi. Osobnik ten, będący przecież magistrem, spytał kiedyś wspólnego naszego znajomego (również absolwenta naszego kierunku), mającego daleko posuniętą i gołym okiem widoczną nerwicę, czy ma użyczyć mu swetra, skoro wiatr nim telepie na pętli tramwajowej? Kolega znerwicowany ledwie się powstrzymał, żeby nie zdzielić w łeb ćwierćinteligenta, w dobrej wierze pokazującego własne ograniczenia intelektualne (acz dobre i wrażliwe serce). Morał? Nie ten wykształcony, kto studia ukończył, a ten, kto wiedzę posiada i potrafi się nią posługiwać. Przywołany osobnik z dobrym sercem mógłby zostać nazwany „wykształciuchem", lecz z pewnością nie „inteligentem".

Gdyby ideolodzy PiS-u chcieli takowych wylształciuchów stawiać poza marginesem (w sposób w miarę cywilizowany jednakowoż!), nie bardzo bym przeciwko temu protestował. Jeśli jednak w jednym szeregu ideolodzy ci mogą postawić mój największy moralny autorytet, prof. Władysława Bartoszewskiego, z kolegą od oferowania ciepłego okrycia i jeśli obu każą się jeszcze równo spowiadać z przeszłości?! To już gorzej. Ten pierwszy poczuje się dotknięty samym aktem takiej publicznej spowiedzi i da temu wyraz (otwarcie lub nie). Ten drugi natomiast w ogóle istoty „spowiedzi" nie zrozumie, bo jest misiem o bardzo małym rozumku.

Wydaje się, że znów jakiś piarowiec maczał palce w podjęciu decyzji o zaproszeniu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego 36 naukowców, popierających lustrację (w swoim  zresztą środowisku) do Pałacu Prezydenckiego. Wcześniej przecież Prezydent deklarował chęć spotkania z przeciwnikami lustracji, chcąc poznać ich racje. Po cóż jednak narażać się na racjonalną i logicznie konstruowaną krytykę, skoro można posłuchać głosu ludzi, gotowych legitymizować świst wiórów w trakcie pracy tasaka?

Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, uniwersytety: Warszawski, Poznański, Wrocławski, Toruński, rzesza przedstawicieli środowiska naukowców PAN i uczelni prywatnych, otwarcie krytykuje ducha i zapisy ustawy zwanej „lustracyjną". Pytanie: czy ci ludzie - wykształceni przecież, a więc posiadający szersze od przeciętnego obywatela, horyzonty intelektualne - doznali jakiegoś (chwilowego?), zaćmienia umysłu? A może po racjonalnym zgłębieniu (analizie) problemu uznali, że jedynie słuszną może być postawa protestu przeciwko rozwiązaniom, jakie ten akt prawny niesie?

Cóż Prezydent powiedział 36 naukowcom? Oto przykładowy cytat: „Okazuję wam wdzięczność za to, że wykazaliście śmiałość. Trudno przeciwstawić się temu, co dziś staje się poprawnością (...) Zdaję sobie sprawę, jaka jest siła czegoś, co kiedyś określono "grupo-myślą". Wielu tej "grupo-myśli"..[2]

Krytykom ustawy Prezydent odmówił „prawa do inteligenckiego etosu", przypisując im sprawstwo "aksjologicznego zamieszania". Tak sobie myślę, iż nawiązanie do „aksjologii" nie zostało chyba użyte przez Prezydenta z namysłem, lecz było wyrazem chwilowej emocji. Wywód swój bowiem Prezydent przeprowadził jakoby z pominięciem pewnego istotnego wyznacznika, jaki zawiera się w aksjologii, a mianowicie kryteriów, którymi się kierował. To, co jest dla Prezydenta normą, wartością i kryterium jednoznacznie aksjologicznym, może takowym nie być ani dla mnie, ani dla Jana Kowalskiego, ani też (za przeproszeniem) dla Grzegorza Napieralskiego chociażby... Dlaczego w demokratycznym kraju w XXI wieku, ktoś miałby mi narzucać kryteria widzenia porządku moralnego tego świata i sposób podejścia do norm i wartości? Dlaczego ktoś (nawet demokratycznie wybrany Prezydent demokratycznego kraju), miałby mi narzucać swój system wartości?

Czy „jestem człowiekiem..." nic już nie znaczy?

Może odpowiedzią - w części chociażby - na moje wątpliwości, będzie tekst Prof. Jedlicki o wystąpieniu prezydenta: Ludzie czują, że dosyć[3].

Nawiązując do wspomnianego, „Pałacowego spotkania 36", uczony podkreśla wypowiedzianą w jego trakcie przez Prezydenta odmowę prawa do powoływania się na inteligencki etos wszystkim przeciwnikom lustracji. Przywołuje przy tym - jako stwierdzenie znaczące - taki oto cytat z refleksji głowy państwa: „Nie, nie godność jest zagrożona, tylko agenci. I w tym tkwi esencja tej sprawy.". Zdaniem prof. Jedlickiego „są to słowa zasmucające, ponieważ dowodzą niemożności porozumienia - co do esencji właśnie"[4].

Uczony dzieli się dalej taką oto refleksją: „Bronimy agentów? Bronimy przestępców? Bronimy siebie? Być może. (...) może być broniony każdy z ministrów obecnego rządu, kiedy jakaś przyszła władza będzie czuła pokusę, aby któregoś z nich przed kamerami wyprowadzić w kajdankach. Wtedy też trzeba będzie wołać, że na to nie ma i nie będzie zgody. A kto tego nie krzyknie, będzie żył z poczuciem wstydu.

To jest, jak sądzę, esencja tej sprawy (...)"..[5]

Czy wypada te refleksje komentować? Chyba nie....

Pozwolę sobie jeszcze tylko powołać się na wypowiedź polityka. Polityka, który nie tak dawno jeszcze był postacią znaczącą, a który dziś (z racji samozagłady Unii Wolności) nie jest już tak popularny dla ogółu rodaków. Zacytuję jego wypowiedź dlatego, że nie można rzeczonemu odmówić nie tylko zacięcia publicystycznego, ale i prób analizowania i racjonalnego diagnozowania sytuacji, co z pewnością nie jest zjawiskiem powszechnym wśród obecnej elity władzy.

Mam na myśli Mirosława Czecha, który stwierdza między innymi: „Jeśli ktoś szukał uzasadnienia dla protestów środowisk akademickich wobec ustawy lustracyjnej, to prezydent dostarczył go w nadmiarze."[6]

Jakoby nawiązując do moich doświadczeń życiowych (a także chyba do doświadczeń wielu innych ludzi w moim wieku), polityk ten pisze dalej w tym samym tekście: (...) obozowi władzy nie chodzi o rozrachunek z przeszłością, lecz o ugruntowanie podziału na swoich i obcych. Na "zamieszanych aksjologicznie" i dziedziców "prawdziwego etosu" polskiej inteligencji, na agentów i nieagentów.

Kończy zaś następująco: „Słowa prezydenta zasmucają podwójnie. Lech Kaczyński wywodzi się z "Solidarności" - wielkiego ruchu walczącego o wolność i godność człowieka. Dlaczego nie rozumie, że nie chodzi tu o "wypełnienie krótkiej kartki", lecz o godność i wolność właśnie?"

Jak to więc jest z tym „aksjologicznym zamieszaniem", z elitami (z przedrostkami czy bez nich), z dylematami ludzi, którzy mają do wyboru opór wobec prawa (stanowionego - w domniemaniu - na polityczne zapotrzebowanie) lub bezkrytyczny legalizm? Dokąd doprowadzi nas wszystkich wynoszenie doraźnych interesów partyjnych ponad interes ogólnospołeczny? Celowo piszę o takim ujęciu pojęcia „interes", a nie o widzeniu go w kategoriach „ogólnopaństwowych". To przecież także „aksjologia", nieprawdaż?

Historycznie rzecz ujmując, słabością każdej władzy było, jest i będzie poddawanie się urokowi represji, zamiast hołdowaniu rzetelnemu dyskursowi, z udziałem jak najszerszej reprezentacji ogółu społeczeństwa.

Dlatego też wybór dla inteligenta AD´2007 przestaje się sprowadzać do tego, czy (i w jaki sposób) rozliczyć się z pozycjami „winien-ma" we własnym sumieniu, dokonując tego z wlasnej i niczym nie przymuszonej woli. Musi on wybrać, czy boi się braci Rojek, czy nie. Na podpowiedź ze strony Olgi Lipińskiej nie powinien przy tym liczyć, bo życie to jednak nie kabaret.

Witold Machura

P.S. Zadeklarowanych przeciwników GAZETY WYBORCZEJ uprzejmie przepraszam, że skorzystałem jedynie z nawiązań do tekstów zamieszczanych przez ten tytuł. To nie wyraz mojej szczególnej atencji dla WYBORCZEJ, lecz kwestia tylko i wyłącznie przypadku. Zaznaczę jedynie, że to nie jedyny tytuł ogólnopolski, który czytam na co dzień...



[1] Agnieszka Kublik: Agenci i inteligenci. Źródło: portal GAZETY WYBORCZEJ
(link: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4055797.html), ostatnia aktualizacja 2007-04-12 21:34

[2] j.w.

[3]: Prof. Jedlicki o wystąpieniu prezydenta: Ludzie czują, że dosyć. Źródło: portal GAZETY WYBORCZEJ
(link: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4055843.html) ostatnia aktualizacja 2007-04-12 22:04

[4] j.w.

[5] j.w.

[6] Mirosław Czech: A to godność właśnie. Źródło: portal GAZETY WYBORCZEJ
(link: http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4055815.html) ostatnia aktualizacja 2007-04-12 21:44