Antoniego Macierewicza znam od 38 lat. To dosyć długo, choć nigdy nie byliśmy przyjaciółmi ani nawet kolegami. Ot, daleka znajomość dwóch ludzi, których drogi wielokrotnie przecinały się w czasach walki z komuną.
W marcu 1968 roku zbierałem podpisy pod listem otwartym do Sejmu w sprawie zdjęcia przez cenzurę przedstawienia „Dziadów" Adama Mickiewicza w Teatrze Narodowym. Zaczepiłem wówczas na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego młodego studenta pierwszego (chyba) roku historii. Nie znałem go, ale zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałem się, że jest zwolennikiem Fidela Castro i „Che" Guevary oraz, że ma żal do Chruszczowa o to, iż ZSRR nie zaatakował Stanów Zjednoczonych w czasie kryzysu kubańskiego. Były to poglądy dziwne i dlatego rozmowę zapamiętałem, choć nazwisko mojego rozmówcy nic mi wówczas nie mówiło.

Po chwili rozmowy ten młody człowiek złożył podpis pod listem do Sejmu. Podpisał się: „Antoni Macierewicz". Zapewne był to jego pierwszy czyn polityczny w życiu (z racji wieku) i być może w ten sposób natchnąłem go do bardziej krajowej działalności politycznej.

Antoniego Macierewicza spotkałem ponownie kilka lat później, gdy jako autor proklamacji KOR-u był jednym z czołowych opozycjonistów. Ja nie byłem członkiem KOR-u, ale się wokół tego środowiska kręciłem, czasem coś pomogłem, coś schowałem albo przeniosłem, zbierałem jakieś podpisy lub pieniądze. Antoni Macierewicz był wówczas w opozycji antykomunistycznej gwiazdą pierwszej wielkości.

Ponownie spotkaliśmy się w latach 1980-81, gdy obaj byliśmy działaczami Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność". Jak już pisałem, nie byliśmy kumplami, ale się znaliśmy, jak większość ludzi pojawiających się codziennie najpierw w siedzibie Regionu na ul. Szpitalnej a później na Mokotowskiej. Później nasza znajomość się urwała na całe lata.

Przyszła niepodległość i Antoni Macierewicz okazał się nagle zupełnie innym człowiekiem. Niespodziewanie oskarżył wielu kolegów z dawnej opozycji o współpracę z SB (większość oskarżeń okazała się nieprawdziwa). Z tego, co pamiętam, już w czasach KOR-owskich dopatrywał się nadmiernej ilości spisków i widział jakieś zwalczające się koterie, których inni jakoś nie zauważali, ale to jeszcze nie była ta skala.

Kilka lat później znów mnie zaskoczył, gdy na antenie Radia Maryja tłumaczył, że nie jest Żydem i do ilu pokoleń wstecz to sprawdzał, oraz usprawiedliwiał się, dlaczego był w KOR, jakby to była jakaś wina a nie zasługa. Cóż, ludzie się zmieniają, ale droga od „Che" Guevary do księdza Rydzyka jest doprawdy imponująca.

Ostatni raz spotkaliśmy się pięć lat temu na korytarzu w Sejmie. Ja, wówczas dziennikarz „Wprost", on - poseł. Przywitaliśmy się, ale nie jestem pewien, czy mnie poznał.

I tak sobie myślę, czy to przypadkiem nie ja, prosząc go w 1968 roku o podpis pod listem do Sejmu, spowodowałem jego wejście w świat polityki?

Jeśli tak było, to wszystkich Polaków bardzo przepraszam.

Krzysztof Łoziński

Komentarze

mifin | 2006-09-01 21:34

Stefan Niesiołowski może i jest kontrowersyjną postacią, wielu go nie znosi za sposób bycia głównie, ale zdarza sie mu czasem rzucic istna perełke oceny sytuacji. Otóż jego reakcją na ostatni występ Antoniego była krótka charakterystyka pana vizeministra, mianowicie: ma ów prędki w słowach pan takie przypadłości psychiczne, cyklicznie się powtarzające, że musi coś palnąć, ale jedno jest pewne - w czasie pełni księżyca powinien siedzieć w domu i na krok się nie ruszać.