W Kielcach wybuchła ostatnio sprawa „korupcji" w Akademii Świętokrzyskiej. Dwie panie przyjęły (podobno, bo informacje są raczej skąpe i niczego nie wiadomo) korzyści materialne w postaci pieniędzy (mówi się o 700 zł) oraz biżuterii (wartość nieznana). Panie twierdzą, że były to wyrazy wdzięczności, policja twierdzi, że w zamian za pozytywne oceny.  Nie wiadomo czy panie wykładowczynie korzyści materialne wymuszały czy nie, ale tak czy owak sprawa jest brzydka i źle o tych paniach świadczy. I wszystko byłoby jasne i proste. Wiadomo, że tak robić nie należy, panie są winne i powinny zostać ukarane. Czy jednak rzeczywiście wszystko jest takie proste? Wydaje mi się, że nie do końca. Cała afera generuje niestety sporo pytań. Nie są to pytania szczególnie odkrywcze, padały wielokrotnie w podobnych sprawach, myślę jednak, że warto je powtórzyć, bo mimo, że często stawiane, są równie często natychmiast po „ostygnięciu"  afery zapominane. Powtórzmy je zatem.
Opinia publiczna poklasyfikowała dających na tych, którym dawać może i nie wypada, ale których można zrozumieć i takich, którzy są zawsze winni. Jeśli łapówkę daje lekarzowi córka ciężko chorej kobiety, to bardziej winny jest lekarz (bo bierze), a jeśli łapówkę daje urzędnikowi właściciel dobrze prosperującego zakładu, to on właśnie jest bardziej winny. To taki odprysk naszej słowiańskiej mentalności, która pochyla się nad małym, a nie lubi dużych.  W tej konkretnej sprawie chodziło o wręczenie korzyści majątkowych firmowanych przez studentów. Nie były to więc pojedyncze osoby, ale zorganizowana grupa, która składała się na prezenty dla wykładowców. Prawo kwalifikuje to jako działania w zorganizowanej grupie przestępczej i karze bardzo surowo; o wiele surowiej niż wręczanie łapówki przez pojedynczą osobę. Ta zasada wydaje się być słuszna; pytanie jednak czy można ją rzeczywiście zastosować. Jeżeli przyjąć, że studenci rzeczywiście wręczali łapówkę w celu uzyskania pozytywnych ocen to należałoby wszystkie te oceny unieważnić (chodzi podobno o sprawę sprzed kilku miesięcy, gdzie oceny zostały już wystawione) i studentów ponownie, tym razem uczciwie, przeegzaminować. A gdzie pewność, że pozostałe oceny uzyskali w sposób uczciwy? Jaka jest wartość dyplomu wydziału gdzie afera miała miejsce? Studenci powinni również ponieść konsekwencje prawne; zgodnie z polskim prawem karze się zarówno dającego jaki i biorącego. Tych dających należałoby wobec tego zidentyfikować i oddzielić od tych, którzy oceny uzyskali w sposób uczciwy. Jedynymi osobami, które mogą to zrobić są ci którzy pieniądze zbierali czyli starości (to oni ujawnili sprawę). Zakładając nawet, że są to ludzie i uczciwi i bardzo uzdolnieni czarno widzę ich przyszłość w uczelni. Podpadli zarówno swoim kolegom jak i pracownikom. Czy zechcą się dalej wychylać i powiedzą o kogo chodzi?  Nie sądzę by robiono im jakieś problemy w zdawaniu egzaminów. Wydaje mi się nawet, że większość wykładowców będzie starała się dla świętego spokoju oceniać ich pozytywnie bez względu na posiadaną wiedzę. Niewykluczone więc, że będzie się o nich mówić, że skończyli studia za donosy. Nie można oczywiście wykluczyć sytuacji odwrotnej; oto jakiś kolega lub koleżanka pań, które przyjęły korzyści materialne wykaże takiemu staroście, że nie nadaje się na studia. Nawet w przypadku, gdyby wszystko było w porządku starosta taki pozostanie na zawsze człowiekiem podejrzanym o to, iż uzyskał oceny w sposób uważany przez wielu za nieetyczny. Tak to naprawdę jest. W naszym społeczeństwie długo jeszcze człowiek ujawniający „przekręty" odbierany będzie bardzo dwuznacznie. Niewielu powie, że działa on „pro publico bono". Większość pochwalających jego postawę działa na zasadzie cieszenia się, że oto dokopano temu, co miał lepiej niż oni. Pozostali doszukiwać się będą pobudek osobistych i chęci „odegrania  się" za poniesione krzywdy. Jeśli taki ujawniacz ma pecha, to szybko okaże się, że to on jest wszystkiemu winny. Gdyby nie jego działania (z niskich oczywiście pobudek), to sprawy by nie było i wszyscy żyliby godnie i uczciwie.  Taka jest sytuacja ujawniacza.

Popatrzmy teraz na reakcję środowiska. W tym konkretnym przypadku nabrało ono wody w usta. O sprawie dyskutuje się pewnie w pomieszczeniach katedr i na prywatnych spotkaniach pracowników, ale nie słychać, by koledzy zatrzymanych pań zabrali publicznie głos podpisując się własnym nazwiskiem. Jedynym, który to zrobił jest emerytowany profesor tej uczelni, który napisał artykuł w lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej". Artykuł bardzo kontrowersyjny. Z jednej strony autor wskazuje, że sprawa w porównaniu np. z aferą Rywina jest drobna, a z drugiej wspomina wysokie wymagania stawiane nauczycielom akademickim. Mnie jednak najbardziej bulwersuje fakt, iż środowisko milczy. Obie panie pracowały przecież przez wiele lat w Akademii. Miały tam zapewne wielu przyjaciół i ludzi życzliwych. Dlaczego nikt z nich nie powie, iż są winne, ale ich dotychczasowe życie wymowę tej winy osłabia?. Czyżby wszyscy byli sprawiedliwymi do bólu Katonami? Gdzie zatem mieli oczy przed ta aferą? Dlaczego nie ustawili koleżanek „do pionu" zanim zajęła się tym policja? A policja mówi, ze sprawa jest „rozwojowa". Jeśli nie jest to straszenie (po co?) pozostałych pracowników i studentów, to sprawa nie jest incydentalna. Można oczywiście przyjąć, że obie panie są mistrzami maskowania się, ale studenci zwykle są gadatliwi i obgadują swych wykładowców również do ich kolegów.

Równie dziwną postawę przyjęły władze Uczelni. Przez wiele dni były dla dziennikarzy nieosiągalne. Następnie zwołano specjalne posiedzenie Senatu, który wydał lakoniczne i nic w zasadzie nie mówiące oświadczenie potępiające korupcję w Akademii. Wyglądało na to, że Senat jest sprawą zaskoczony. A gdzie miał oczy, uszy, a przede wszystkim rozum kiedy akceptował sprawozdania o prawie 100 procentowej „sprawności nauczania"? Czy w AŚ studiują sami geniusze? Jeśli nie, to jak to się dzieje, że tak gładko egzaminy zdają? Poziom jest przecież wysoki, bo AŚ pretenduje do zostania uniwersytetem. Na te pytania odpowiedzi brak. Nie tylko w Akademii Świętokrzyskiej. Senat nie zaproponował żadnych przedsięwzięć zapobiegających powtórzeniu się takich afer. Zaapelowano jedynie do pracowników i studentów, aby się nie korumpowali. Czyżby Senat uważał, że ani studenci, ani pracownicy nie wiedzą o tym, że branie pieniędzy jest w takiej sytuacji korupcją? A może Senat uwierzył że po takim apelu wszyscy zainteresowani ulegną metamorfozie. Studenci przestaną składać się na prezenty dla pracowników, a pracownicy poświęcą społecznie kilka wykładów na podnoszenie morale studentów (ich morale podniosła przecież natychmiast uchwała Senatu).

Cała sprawa ma jeszcze jeden nieprzyjemny aspekt. Okazało się, że wmieszane są w nią osoby pracujące w policji i prokuraturze. Nie wiadomo jak instytucje te z afery wybrną, bo w tejże uczelni studiowało i nadal studiuje wielu pracowników obu tych instytucji.

O takich sprawach łatwo jest pisać i piętnować winnych. Wiadomo, że korupcja to wrzód, a korupcja w instytucji wychowującej i nauczającej to wrzód do kwadratu. Każda korupcja w szkolnictwie, dowolnego szczebla, wywołuje ostrą reakcję społeczeństwa. Oto ludzie nauczający i wychowujący młodzież przekazują jej fatalne wzorce postępowania. Oburzają się wszyscy: rodzice, uczniowie, studenci, przełożeni, politycy (tu akurat nie, głosów lokalnych polityków w tej sprawie nie słychać. Być może dlatego, że zaangażowali się w sprawę przekształcenia Akademii w uniwersytet). Nikt jakoś nie pyta czy w istniejącym systemie da się rzeczywiście zwalczać takie afery klasycznymi metodami, tj. zamykać winnych. Czy myślał ktoś o tym, by zamknąć wszystkich „skladkowiczów"? A członków władz Wydziału i Senatu za brak nadzoru i tolerowanie tak wysokiej „sprawności nauczania"? Czy to się da zrobić? Jeśli nie, to może warto pomyśleć o innych metodach walki z korupcja lub jej systemowego eliminowania.

Nie piszę tego wszystkiego po to by bronić obu wykładowczyń. Ja się po prostu obawiam, że ta historia, jak wiele innych, zakończy się jakimiś mniej lub bardziej cichymi wyrokami i nie wniesie niczego do zwalczania korupcji. Być może powoła się jakąś komisje, ktoś będzie brał pieniądze za opracowanie wyników jej pracy i na tym sprawa się skończy. O przyczyny zjawiska i ich ewentualne usunięcie nie zapyta nikt. A w tym przypadku można sprawę załatwić stosunkowo prosto, co więcej znane są przykłady skuteczności działań, o których niżej piszę.

Zauważmy po pierwsze, że korupcja w nauczaniu opiera się na oczekiwaniu studenta (ucznia), iż uzyskany w uczelni dyplom, właśnie dyplom, a nie wiedza zapewni mu w życiu sukces. Oczekiwanie to jest w wielu przypadkach wzmacniane wymaganiem posiadania „wykształcenia odpowiedniego do zajmowanego stanowiska". Nie byłoby to złe, gdyby przez „odpowiednie" rozumiano  „zgodne z charakterem wykonywanej pracy". Wtedy policjant powinien znać się na prawie czy kryminalistyce, a kierownik sekretariatu na sprawach administracyjnych. Niestety „odpowiednie" oznacza na ogół „wyższe" i nikogo nie obchodzi fakt, że większość policjantów uzyskuje dyplomy z zarządzania czy pedagogiki, a w policji brak jest specjalistów od łapania złodziei. Można powiedzieć, że jest to przeżytek systemu komunistycznego, kiedy to w kwestionariuszu wpisywano po prostu wykształcenie wyższe i mało kto patrzył na to jakie to wykształcenie, bo pracę i tak załatwiano po znajomości. Komunizm padł w Polsce 16 lat temu i nie ma żadnych powodów, aby tę niechlubną tradycję kontynuować. Zjawisko to w gospodarce wolnorynkowej w zasadzie nie występuje. Tam pracodawca sprawdza adekwatność wykształcenia, a przede wszystkim przydatność konkretnej osoby do pracy na wakującym środowisku. W administracji tzw. budżetówce (do której zaliczam również policję i wymiar sprawiedliwości) obowiązują jednak stare kryteria. Czy można w tej sytuacji dziwić się, że pracownik sekretariatu chce uzyskać dyplom magistra dowolnej specjalności

Przy okazji; dowody wdzięczności na studiach dziennych występują raczej rzadko. Jedną z przyczyn jest prawdopodobnie mniejsza presja na uzyskanie dyplomu, bo student dzienny ma jeszcze nadzieję, że mimo wszystko jakąś pracę uzyska, a student zaoczny bał się często (dziś już coraz mniej, bo wielu studentów zaocznych to ludzie młodzi), że pracę straci. Gdy obarczony jest rodziną, ma na głowie pracę zawodową i uwikłany jest w wiele spraw życiowych normalne uzyskanie dyplomu jest znacznie trudniejsze i wszelkie „ułatwienia" nabierają znacznie większej wartości. O różnicy w ilości godzin zajęć nawet nie wspomnę. Wszyscy o tym wiedzą i wszyscy akceptują powszechną w naszym (k)raju fikcję. Akceptują do tego stopnia, że przez wiele lat dyplomy ukończenia studiów zaocznych były takie same jak ukończenia studiów dziennych i tylko porównanie daty urodzenia i daty otrzymania dyplomu mogło (ale nie musiało) informować jakie to były studia. A przecież gdyby przyjąć, że dyplomy te są równoważne to należałoby wszystkich kończących w normalnym terminie studia zaoczne uznać za genialnych i jakoś ekstra nagrodzić, bo w tej sytuacji trójka na studiach zaocznych byłaby więcej warta niż piątka na studiach dziennych. Jest akurat odwrotnie; studia zaoczne uznawane są za namiastkę „prawdziwych" studiów dziennych. Jest to oczywiście krzywdzące dla wielu studentów zaocznych, którzy osiągają często wyniki lepsze niż ich dzienni koledzy, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. I tu dochodzimy do wspomnianych wyżej możliwości ograniczenia korupcji w szkolnictwie. Wystarczy zunifikować wymagania i „uzewnętrznić" egzaminy. Gdyby student nie wiedział u kogo i gdzie zdawać ma egzamin, to nie wręczałby łapówki, bo nie wiedziałby komu ją dać. Taka sytuacja występuje od kilku lat przy egzaminach maturalnych i zawodowych. Nie ma żadnych przeszkód, aby wprowadzić to również na studiach wyższych. Co więcej, ustalane przez Ministerstwo standardy nauczania i sylwetki absolwentów są właściwie niemożliwe do wyegzekwowania bez takich centralnych egzaminów. Rozwiązanie takie wcale nie musiałoby być kosztowne. Jedną z możliwości byłoby potraktowanie pracy przy układaniu pytań egzaminacyjnych i egzaminowaniu jako pracy twórczej uprawniającej do uzyskania odpisu kosztu uzyskania przychodu. Jest to bowiem w istocie praca twórcza, bo pytania musiałyby być odpowiednio często zmieniane, modyfikowane. Rozwiązanie takie urealniłoby również wartość dyplomu studiów zaocznych. Jeśli już nie można z nich zrezygnować (a na Zachodzie taki sposób uzyskiwania dyplomu jest praktycznie nieznany) to spróbujmy przynajmniej doprowadzić do sytuacji kiedy dyplom ukończenia studiów zaocznych będzie naprawdę certyfikatem porównywalnym z dyplomem ukończenia studiów dziennych.

Korupcji nie zwalczymy przez tworzenie nowych urzędów i angażowanie do jej zwalczania coraz to większej rzeszy ludzi; kontrolujących w końcu będzie więcej niż kontrolowanych. Korupcja to nie zajączek, gdzie „nie chodzi o to by go złapać, ale aby gonić go". Trzeba stworzyć instytucjonalne ramy, w których przestanie się ona opłacać. W szkolnictwie wyższym jest to stosunkowo proste. W szkole średniej czy podstawowej, gdzie nauczanie miesza się z wychowaniem egzaminy zewnętrzne dadzą raczej niewiele, ale to już inna bajka.

Konrad Łęcki,
Radny Sejmiku Województwa Świętokrzyskiego
Kielce