Z pamiętnika Lumpenpolaka.
Kazimierz Marcinkiewicz ukarał burmistrza Berlina i nie pojechał na spotkanie z nim, bo w tym 5-milionowym mieście otwarto wystawę „Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku", przygotowaną przez szefową Związku Wypędzonych panią Erikę Steinbach. Muzeum Historyczne m. st. Warszawy wycofało wypożyczone przez organizatorów eksponaty. Premier Jarosław Kaczyński potępił wystawę, choć trzeba przyznać, że przynajmniej nie obciążył odpowiedzialnością za ten wybryk pani kanclerz. A przecież mógł!
Jest to kolejna odsłona w grotesce, która trwa od dwóch lat. Co takiego zaszło, że od dwóch lat, gdy Polska znalazła się w Unii Europejskiej i zaczęła odczuwać pozytywne tego faktu rezultaty, pomiędzy Polska a jej unijnymi partnerami, a zwłaszcza tym największym, Republiką Federalną Niemiec, poczęły się ujawniać coraz nowe i nowe konflikty? Czy stało się tak z powodu różnic w podejściu do CAP - Wspólnej Polityki Rolnej? A może na tle innego podejścia do wykorzystania środków na cele strukturalne? Lub też z powodu odmiennego widzenia kształtu budżetu Unii. Czy poważne w istocie różnice w ocenie roli poszczególnych państw też mogły mieć wpływ na pogorszenie się klimatu? A może źródło kryje się w stosunku Polski do USA i wojny w Iraku?
Nic bardziej błędnego. Najsilniejszym, najmocniejszym czynnikiem, który zniweczył początkową euforię (po stronie polskiej, bo niemiecka była daleko bardziej ostrożna i sceptyczna - wiadomo, moja chata z kraja, Niemcy są i jeszcze długo będą największym płatnikiem do unijnej kasy) były emocje. Negatywne emocje, wywoływane przez politykę historyczną. Politykę prowadzoną przez polskie elity, szczególnie nasiloną po dojściu do władzy partii braci Kaczyńskich oraz udział w niej ich alianta - Ligi Polskich Rodzin, co by nie mówić, partii fundującej się nie na patriotyzmie, a na nacjonalizmie.

Właściwie przedsmak tego, co się szykuje można było poczuć w czasie obchodów 60 rocznicy Powstania Warszawskiego. Z najtragiczniejszej w ostatnich dwóch stuleciach klęski prezydent unicestwionego w wyniku tamtej decyzji miasta uczynił swój sztandar. Osadził patriotyzm w ramach skojarzeń wyłącznie negatywnych. Jest to zrozumiałe, gdy pamięć i przekaz rodzinny wpajają dziecku i młodemu człowiekowi taki obraz przeszłości, w której wyłączną winą za śmierć 200 tysięcy ludzi obarcza się bezpośrednich jej sprawców, podczas gdy jest jeszcze odpowiedzialność polityczna i moralna decydentów, która gdzieś zanikła. I proszę nie wyciągać z tego, co piszę, że potępiam Powstanie Warszawskie i przyznaję rację politykom komunistycznym, którzy uczynili z tego oręż w walce z pamięcią narodową. Nic bardziej błędnego. Mnie chodzi wyłącznie o to, że obecna polska władza całkowicie zatraciła miarę, a skutki prowadzonej przez nią polityki zagranicznej są rozpaczliwe. Incydent kartoflany to tylko komiczny przypadek, znacznie poważniejsza jest sprawa pomieszania patriotyzmu z instrumentalnym wykorzystaniem wspólnej z Niemcami przeszłości do pieczenia własnych korzyści (by nie powiedzieć - kartofli). Korzyści, na dodatek, doraźnych i wewnętrznych. W czasie kampanii wyborczej najlepszym przykładem tej metody było uczynienie z dziadka Donalda Tuska argumentu politycznego. Dziś jest to niezbyt dobrze - jak donoszą obserwatorzy - wystawa zorganizowana przez Erikę Steinbach. Mam nieodparte wrażenie, że gdyby organizatorem owej wystawy był berliński ratusz, i gdyby miała ona kształt dokładnie taki sam, żade3n polski polityk nie kiwnął palcem, nie bąknął słowem przeciwko treści, formie i organizatorowi. A tym bardziej nie wykorzystał jej do swoich celów wyborczych, jak uczynił to pełniący obowiązki prezydenta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz. Jego reakcja jest kopią oświadczenia minister Fotygi na satyrę w Tageszeitung. Pani Fotyga powiedziała to, czego od niej oczekiwano. Marcinkiewicz czyni podobnie, a na dodatek wdziewa na siebie szatki gorącego patrioty, obrońcy prawdziwej historii i innych ważnych dla Polaków wartości. Nie będzie Steinbach pluć nam w twarz....

Dziwi mnie jednak pewna jednostronność owej historycznej polityki, nakierowana na siłowanie się z Niemcami, które od dziesięcioleci nie uchylają się od uznania swoich win w stosunku do Polski. Z Rosją jest już inaczej, i to jest dość jasne - ta udaje, że wystarczyło raz, ustami Borysa Jelcyna, załatwić sprawę.

Wybiórczość tej historycznej polityki ma jednak swój szczególny wyraz w stosunku do Ukrainy. Bracia Kaczyńscy mówią, że wychowali się na lekturze „Ogniem i mieczem". Jak pamiętam, jest to opowieść o wojnie o Ukrainę, a Kozacy i rusińska czerń to nie są bynajmniej pozytywni bohaterowie. Zbrodnie Bohdana Chmielnickiego i jego pułkowników tak barwnie opisane przez Sienkiewicza, na wiele wieków odcisnęły się w pamięci Polaków. Także ukształtowały i charaktery patriotycznie wychowywanych chłopców. Gdzie dziś ich pamięć o Żółtych Wodach? A przecież w znacznie świeższej przeszłości też można odgrzebać inne traumy, choćby łuny nad Wołyniem czy udział ukraińskich żołnierzy w krwawej jatce w Warszawie . Obecna ekipa nie chce ich wykorzystać, nie gra na uczuciach wołynian, bo Polska nie ma interesu zadrażniać stosunki z niepodległą Ukrainą. Polska ma interes, by Ukraina była państwem przyjaznym, które konsekwentnie wyślizguje się z objęć Rosji.

Wobec tego jaki Polska ma zysk z zadrażniania stosunków z Niemcami? Czy w ogóle jakąś korzyść mieć można z pogarszania, psucia tych relacji, dzięki którym nasz kraj ma dostęp do ogromnego rynku unijnego?

Oczekujemy od Niemców, że zniosą ograniczenia dla polskiej siły roboczej. Chcemy, by sąsiad zachodni w swojej polityce wobec sąsiada wschodniego zaczął kierować się solidarnością z nami właśnie. Liczymy na to - oto dwulicowość - że gospodarka niemiecka będzie coraz większym odbiorcą polskiej produkcji, że Niemcy zrezygnują z budowy gazowej rury przez Bałtyk, w czym pewnie mają swój własny interes, a niemiecki podatnik pozostanie nadal naszym dobroczyńcą, wnosząc swój wkład w unijne finanse.

Nie proponuję niemoralnej rezygnacji z wartości na rzecz korzyści materialnych. Uważam jednak, że nie wolno po pierwsze, wykorzystywać historii do poprawienia swoich notowań w sondażach przedwyborczych i po drugie, że jeśli na coś się już władza decyduje, to musi być konsekwentna. Jeżeli twierdzimy, że przeszłość w stosunkach z Niemcami nadal nie jest zamknięta, to nie oczekujmy od nich udziału w finansowaniu naszego wzrostu i postępu, tylko domagajmy się odszkodowań za zniszczoną infrastrukturę, za szczerby w piramidzie demograficznej, żądajmy zwrotu wszystkich zagrabionych dzieł sztuki. I to nie tylko w imieniu państwa i jego skarbu, ale także w imieniu wszystkich polskich obywateli, którzy ponieśli w czasie wojny straty, I domagajmy się także symetrycznego rozliczenia z Rosją. Bo jak się mówi A, to trzeba powiedzieć B.

Jestem przekonany, że jednak nic z tego nie będzie. Pozostaną tylko puste gesty, o które w Polsce zawsze było tak łatwo oraz oczekiwania, że Niemcy nadal będą wnosili swój wkład (finansowy, za pośrednictwem UE) w nasz rozwój. Tej dwulicowości większość polskich wyborców na razie nie dostrzega, przyjdzie jednak moment, gdy zauważą oni, że ich własna pamięć historyczna i patriotyzm nie tylko stały się narzędziem, to jeszcze przyniosły szkody państwu polskiemu - i rozliczą obecną koalicję.

Oby tylko stało się to zanim prowadzący idiotyczną politykę historyczną narobią nieodwracalnych szkód.

Piotr Witulski

Komentarze

piotrwojcicki | 2006-08-19 22:28

Tylko rzetelna analiza stosunków gospodarczych z sąsiadami prawdę nam powie. Stosunki te nie muszą i nie powinny znajdować się w ścisłej zależności od ideologicznych i historycznych "zawijasów". Interes interesem, a literatura piękna wieczorem w miękkim fotelu. Wydaje mi się zresztą, że niektóre kraje Unii wykazują wysoką wrażliwość i drażliwośc na punkcie własnej tożsamości historyczno-narodowej (vide Francja), ale nie przeszkadza im to w realizowaniu racjonalnej aktywności gospodarczej i politycznej.