Wszystko jest wspaniale, tylko mamy „kłopoty wizerunkowe" za granicą. Tak można streścić przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na niedawnej konferencji prasowej. Pomijając kwestię, że „sukcesy" rządów PiS kwalifikują się raczej do postawienia w przyszłości szanownego Hegemona przed Trybunałem Stanu, niż na pomniku, pragnę przypomnieć, że pretensje rządzących do mediów i opinii publicznej o to, jaki jest rządzących wizerunek, są tej samej natury zjawiskiem, co pretensje brzydkiej kobiety do lustra.
W każdym podręczniku psychologii można przeczytać, że poszukiwanie przyczyn własnych porażek, a złego wizerunku w oczach innych zwłaszcza, należy zacząć od analizy własnego postępowania. Postawa typu: ja jestem wspaniały, tylko wszyscy się na mnie uwzięli, świadczy właśnie o czymś odwrotnym do wspaniałości - o kłopotach z samooceną i braku kontaktu z rzeczywistością. A właśnie taką postawę przyjmuje od dawna PiS. Początkowo objawiało się to notorycznym twierdzeniem, że za wszystkie błędne i głupie czyny PiS odpowiadają PO i media, teraz twierdzeniem, że winna jest zagraniczna opinia publiczna.

Prawda jest zupełnie inna. Przyczyną złego wizerunku Polski (a ściślej jej rządu) za granicą jest postępowanie partii rządzącej i jej koalicjantów. Czym się bowiem miały zagraniczne media zachwycać? Niszczeniem demokracji? Próbami ograniczania wolności słowa? Uczynieniem przestępcy i ksenofoba wicepremierami? Zawłaszczaniem państwa? A może całkowitą klęską polskiej polityki zagranicznej i to na wszystkich kierunkach?

Zacznijmy od polityki zagranicznej. Rok temu Polska miała ze wszystkimi istotnymi państwami świata stosunki dobre lub złe, ale z przewagą dobrych. Obecnie mamy tylko stosunki chłodne, złe i fatalne. Najlepsze jeszcze stosunki mamy z USA, Wielką Brytanią, Czechami i Węgrami, które to państwa, do niedawna nasi najwięksi sojusznicy, zachowują obecnie do Polski chłodny dystans. O zniesieniu wiz do USA możemy na długie lata zapomnieć po chwaleniu Franco i Salazara przez Macieja Giertycha i mianowaniu Romana Giertycha Ministrem Edukacji. Żaden amerykański senator nie zagłosuje na rzecz państwa reprezentowanego przez takich ludzi. Oczywiście Amerykanie będą realizować w Polsce swoje interesy (np. tarczę antyrakietową), ale nasze już nie (np. objęcie tą tarczą Polski).

Największe szkody wizerunkowi Polski poczyniły wcale nie obce media i wrogie służby specjalne tylko czyny i wypowiedzi prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława.

Zacznijmy od początku. Gdy w czasie wizyty Lecha Kaczyńskiego w USA wyskoczył on z nieoczekiwaną deklaracją wrogości wobec kraju-gospodarza, grzmiąc, że jeśli Amerykanie nie zniosą wiz dla nas, to my wprowadzimy wizy dla nich, politycy amerykańscy i tamtejsze media miały jeszcze tak duży margines wyrozumiałości dla początkującego prezydenta, iż incydent przemilczano. Następna gafa nastąpiła na linii Polska-Rosja, gdy Lech Kaczyński, zamiast zaprosić Władimira Putina do Warszawy, zaproponował mu spotkanie na neutralnym gruncie, tak jakby nasze państwa prowadziły niemalże wojnę, a nie miały normalne stosunki dyplomatyczne. Sprytny Putin zaproponował wówczas spotkanie w Mińsku, doskonale wiedząc, że jest to dla Polski miejsce nie do przyjęcia. W ten sposób wyszło na to, że to Polska nie chce dialogu. Gdyby po prostu zaproszono Putina do Warszawy, nie mógłby on odmówić, bo odmowa byłaby okazaniem złego stosunku do Polski. I tą metodą poprawa stosunków z Rosją skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. W oczach Zachodu, Polska zademonstrowała niezrozumiałą dla większości obywateli UE niechęć do Rosji, zaś Rosja zyskała punkty okazując dobrą wolę (nie szkodzi, że fałszywą, ale wizerunkowo skuteczną).

W międzyczasie dobiegały do zachodniej opinii wieści o zapowiedziach ograniczenia wolności słowa, niezawisłości sądów i banku centralnego, sejmowe wrzaski Hegemona o „łże-elitach", o wprowadzeniu do rządu przestępców, zawłaszczaniu mediów publicznych i innych instytucji, pogróżki wobec dziennikarzy i adwokatów, obelgi pod adresem profesorów prawa itp.

Poważnym gwoździem do trumny naszego wizerunku w świecie zachodnim było w wprowadzenie do rządu Romana Giertycha i jego partii. Zachodnia opinia odnotowała to jako wyniesienie do władzy twórcy antysemickich bojówek, a ta opinia jest szalenie czuła na punkcie antysemityzmu. Najbardziej na tym punkcie jest uwrażliwiona opinia amerykańska. Ten gwóźdź do trumny dobił Maciej Giertych, chwaląc w Parlamencie Europejskim faszystowskich przywódców, Franco i Salazara.

Roman Giertych wykonał później kilka gestów łagodzących, ale zbyt drobnych, by zostały na Zachodzie odnotowane. W sumie w świat poszedł bardzo niedobry sygnał: w Polsce współrządzą zwolennicy antysemityzmu i faszyzmu i naprawdę nie ma większego znaczenia, czy ten sygnał oddaje precyzyjnie prawdę, czy też nie. Zagraniczną opinie publiczną znacznie bardziej kształtują spektakularne incydenty, niż precyzyjne fakty. I tu przykład: wybryk grupy amerykańskich żołnierzy w My Lai w czasie wojny wietnamskiej popsuł opinię USA tak bardzo, że pamiętają o nim wszyscy po kilkudziesięciu latach, choć mówiąc precyzyjnie, komuniści wietnamscy w tym samym czasie zamordowali miliony ludzi. No i co z tego, skoro w pamięć pokoleń zapadł incydent a nie precyzyjne fakty. Podobnie jest teraz. W oczach opinii publicznej Zachodu w Polsce współrządzi nie „Roman Giertych, który się zmienił" tylko „Roman Giertych twórca antysemickiej Młodzieży Wszechpolskiej". A wszystkie próby łagodzenia tego wizerunku szlag trafił po jednym nieodpowiedzialnym wybryku jego ojca, który pochwalił faszystów najbardziej publicznie, jak tylko było można. I w dodatku nie zrobił tego „tatuś Romana" osoba prywatna, tylko eurodeputowany z ramienia Polski.

Po tym wszystkim należałoby oczekiwać od Polski łagodzenia złego wizerunku Giertycha, ale jest wręcz odwrotnie. W świat płyną sygnały, że ma on wkrótce zostać wiceprezesem PiS, gdy partie się połączą (to znaczy PiS połknie LPR) a Hegemon wypowiada się w dodatku publicznie, że ludzie którzy krytykują Giertycha za maturalną amnestię i inne głupie pomysły (mądrych nie odnotowałem) będą surowo ścigani („Roman Giertych realizuje nasz program i wszelka agresja przeciw niemu, także słowna, będzie preferencyjnie traktowana pod względem prawnym" - Jarosław Kaczyński na wspomnianej konferencji prasowej). Co świat z tego rozumie? Oto ksenofob i homofob, postrzegany przez zachodnie media jako rasista i zwolennik przemocy, często (przesadnie i niesłusznie) określany mianem „faszysty" jest przez partie rządzącą zapraszany w jej szeregi i awansowany. W dodatku ma być objęty immunitetem zakazu krytyki (rzecz nie do pomyślenia w demokratycznym państwie prawa i budząca zdumienie).

Drugim gwoździem do trumny polskiego wizerunku była awantura wobec publikacji Tageszeitung, o której napisano już morze atramentu, więc temat tylko odnotowuję.

Pragnę jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt PiS-owskiego stosunku do świata, na pobrzękiwanie szabelką. Oto Polska będzie ścigać niemieckiego dziennikarza za pomocą prokuratury, policji, listów gończych itp. Oczywiście nieskutecznie, bo obywatela Niemiec w Niemczech polskie prawo w żadnym stopniu nie obowiązuje, więc włos mu z głowy nie spadnie. Ale przy okazji wyskakując z tym wnioskiem o ściganie, Przemysław Gosiewski w mądrości swojej przypomniał światu, że w Polsce ciągle obowiązuje pofeudalne prawo ochrony majestatu (obrazy prezydenta, urzędnika wysokiego szczebla itp.), prawo którego zniesienie dawno postulowała UE. Mało tego, takie feudalne pomysły ciągle trzymają się głów partii rządzącej.

Podobne pobrzękiwania szabelką wydają politycy PiS z okazji lansowania głupawego pomysłu przywracania kary śmierci. Oto, niech się Europa zacznie z nami liczyć, a nie mówić, że zniesienie kary śmierci jest warunkiem przynależności do UE. Rozlegają się głosy, że mamy wbrew Europie realizować nasz „interes narodowy" polegający na cofaniu Polski do XIX wieku, a nawet, że jak nie, to my możemy z Unii Europejskiej wystąpić, bo jesteśmy dużym krajem i damy sobie radę.

Chciałbym tu co bardziej zapalczywym krzykaczom przypomnieć, co oznacza wystąpienie z UE. Oznacza zamkniecie granic dla polskich towarów, załamanie wielu firm żyjących z eksportu, znaczny spadek tempa wzrostu gospodarczego (bo zawdzięczamy go głównie otwarciu dla nas unijnego rynku), a może nawet regres gospodarczy, koniec unijnych funduszy strukturalnych, dopłat dla rolników itp. jednym słowem, byłby to cios w gospodarkę i poziom życia, którego Polska może nie wytrzymać. W przypadku kursu na konfrontację, wszystkie argumenty siły ma Unia a Polska żadnych.

I tu wracamy do wizerunku. Kraj, który zaczyna grozić innym użyciem siły, a tej siły nie ma, nie staje się groźny, staje się śmieszny. Przestańmy grozić, bo nikt się nas nie boi i nikt się bać nie zacznie. Ośmieszamy się tylko zarówno ściganiem niemieckiego dziennikarza, który naszej jurysdykcji nie podlega, jak i groźbami wystąpienia z Unii, bez której pieniędzy nie możemy już funkcjonować. Zupełnie już komiczna jest postawa Jarosława Kaczyńskiego, który niemal jawnie zapowiada, że za pieniądze Unii pogonimy Unii kota.

Naprawą wizerunku ma się zająć specjalny rzecznik. Nic to nie da, bo nic nie pomoże kulawemu puder i szminka. W każdym podręczniku psychologii przeczytamy, że aby poprawić swój wizerunek, trzeba samemu się zmienić, a próby zmuszenia innych do zmiany opinii przynoszą tylko skutek odwrotny.

Krzysztof Łoziński

Komentarze

piotrwojcicki | 2006-08-19 22:07

Zaczynanie od siebie, w kwestii zmiany wizerunku..., w polityce (?!) - wolne żarty. W żadnym wypadku. A poza tym: ograniczanie wolności słowa, niezawisłości sądów, niszczenie demokracji, sygnał, który poszedł w świat, ale nie ma znaczenia czy w sposób precyzyjny oddaje prawdę (acha, My Lai), grożenie użyciem siły (pewnie znów My Lai). Serio??? Franco i Salazar tam, a faszysta i homofob (a nawet dwóch) tutaj. Naprawdę? Obyśmy tylko zaparcia nie dostali, bo wtedy dopiero dopadnie nas bezradność i frustracja (totalna, rzecz jasna). Ale się porobiło i pomerdało.