Poniższe wspomnienia przywołała rozmowa z młodym historykiem z IPN, zainteresowanym przeszłością Tygodnika Solidarność.

Żyd

Wydarzenie pierwsze miało miejsce w czasie I Krajowego Zjazdu NSZZ Solidarność, w Hali Oliwii. Obserwowałem zjazd z trybun, czasami jednak wchodziłem na parkiet, na którym stały krzesła delegatów, na wprost prezydium. W czasie przerw w obradach na parkiecie kłębił się tłum działaczy, delegatów, dziennikarzy, ludzi z obsługi zjazdu, pracowników technicznych. Tam właśnie można było spotkać każdego, kogo chciało się zobaczyć z bliska - Lecha Wałęsę, Mariana Jurczyka, generała Borutę-Spiechowicza, albo Jacka Kuronia czy Marię Moczulską (Leszek Moczulski czas ten spędzał w więzieniu).

Tego dnia, gdy przechodziłem w poprzek hali przez parkiet wpadłem na osobę, której bym tu najmniej się spodziewał: był to oficer SB Andrzej Ptaszyński, którego parę lat wcześniej poznałem jako narzeczonego przyjaciółki mojej żony. Ptaszyński, wysportowany trzydziestolatek, mówił wtedy o sobie, że jest zawodowcem, którego państwo zawsze potrzebuje niezależnie od ustroju. Ideologia miała go nie interesować, ważne było dla niego tylko dobrze wykonane rzemiosło, które - tak mówił - polegało na ochronie FSO. O szczegółach swojego rzemiosła, o zadaniach na terenie fabryki na Żeraniu, o tym, przed kim lub przed czym fabrykę chronił, wolał jednak nigdy nie mówić i, prawdę mówiąc, raczej unikał spotkań ze mną i moją żoną.

Rodzina przyjaciółki mojej żony w milczeniu tolerowała narzeczonego z SB. Jej matka i rodzeństwo czasami jednak napomykali o nim, jakby z politowaniem, w taki sam sposób, z tym samym zawstydzeniem i pewną niechęcią, jak mówiło się w tamtych czasach o kimś niepełnosprawnym umysłowo, coś w rodzaju - no wiesz, trudno, on już taki jest i nic na to nie można poradzić.

Pod koniec lat 70. Andrzej Ptaszyński w ogóle zniknął z mojego widnokręgu, przyjaciółka żony rozstała się z nim, kupiła gospodarstwo rolne 400 km od Warszawy i tam wyszła za mąż.

I na tego właśnie Andrzeja Ptaszyńskiego wpadłem przechodząc przez parkiet Hali Oliwia. Zdziwiłem się, i zdziwienia swojego nie kryłem: co tu robisz? - pytanie było oczywiste. Ale odpowiedź - bardzo dziwna: jestem w składzie delegacji Związku Zawodowego Pracowników Budownictwa (chyba tak się ten związek zrzeszony w CRZZ nazywał). Było to dziwne - bo jeśli już, to powinien towarzyszyć raczej przedstawicielom związku zawodowego pracowników przemysłu motoryzacyjnego, ale widać przeniesiono go z branży automobilowej do budowlanej, o czym mogłem nie wiedzieć. Wykręcił się od pytań, odwrócił się na pięcie i spiesznie odszedł.

Odprowadziłem go wzrokiem, czekając aż wtopi się w tłum po drugiej stronie parkietu, a potem przekazałem informację o tym spotkaniu komuś - dziś już nie pamiętam, komu - z organizatorów zjazdu.

Spotkałem Ptaszyńskiego koło południa. Wieczorem, a może było to wcześniej, po południu, wśród delegatów na zjazd pojawiła się ulotka, napisana na pozór przez osoby pochodzenia żydowskiego, świadczyć o tym miała treść, jak i podpisy. W treści domniemani autorzy nawiązywali do Protokołów Mędrców Syjonu. Były to znane nazwiska, znane zwłaszcza z antysemickiej kampanii w 1968 roku. Ulotka była napisana na maszynie, odbita na powielaczu, nazwiska ułożone w kolejności alfabetycznej. I na końcu, poza tym porządkiem, dopisany został Piotr Rachtan.

Czy to Ptaszyński spiesznie dopisał mnie do opracowanej przez niego i jego zwierzchników, gotowej do powielenia ulotki?

Tak oto zostałem oficjalnie i publicznie uznany za Żyda. Potem wątek ten pojawi się w dokumentach, produkowanych przez zespół oficerów prowadzących sprawę obiektową TySola, jest to już jednak inna historia.

Esbek

Jesienią 1981 roku atmosfera robiła się w Polsce coraz bardziej gęsta. I Krajowy Zjazd Solidarności skończył się wyborem Lecha Wałęsy na przewodniczącego związku, dokonano też wyboru Komisji Krajowej.

Tego jesiennego wieczora - był koniec października - odwiedziłem biuro włoskiej agencji ANSA. Mieściło się ono, tak jak większość biur korespondentów zagranicznych, na ul. Pięknej, na 3 piętrze kamienicy. Myślę, że w ten sposób, gdy korespondenci zagraniczni pracowali w jednym miejscu, można było ich łatwo kontrolować, szczególnie łatwo, że - nie ma co do tego złudzeń - w każdym z zespołów (na ogól szefem był dziennikarz zagraniczny, oprócz niego w biurze pracowało kilkoro Polaków, niektórzy z nich mieli pełne akredytacje z prawani, przysługującymi dziennikarzowi z paszportem obcego państwa). Nie to jest jednak tematem tej anegdoty, ważne jest jedynie miejsce i zagraniczni dziennikarze, włoscy i francuscy, a wśród nich - korespondent francuskiego dziennika Le Monde Bernard Guetta.

W ów jesienny wieczór w biurach agencji zagranicznych „spadła" depesza PAP z informacją, że Marian Jurczyk, przewodniczący NSZZ Solidarność regionu zachodniopomorskiego, czołowy działacz związku, który przed rokiem złożył podpis pod porozumienia w Stoczni Szczecińskiej, oświadczył, że w Polsce, a zwłaszcza w KC PZPR rządzą Żydzi i że należy z tym skończyć.

Kiedy wszedłem do biura agencji ANSA, dziennikarze zastanawiali się, czyja to jest prowokacja - czy ty PAP manipuluje, czy też ktoś posłużył się Jurczykiem dla skompromitowania związku. Konsekwencje takiego oświadczenia, ujawnienie antysemickich poglądów jednej z ikon Solidarności w momencie, gdy zaczynał się nasilać atak środowisk „Grunwaldu" i tygodnika „Rzeczywistość", które skwapliwie sięgały po tego rodzaju argumenty, były niewyobrażalne. Propaganda rządowa dostawała do ręki wspaniały oręż. Z drugiej strony wewnątrz Solidarności ujawniały się podziały, podsycane przez władze, lub przez ludzi złej woli; w Regionie Mazowsze ujawnili się tzw. Prawdziwi Polacy, którzy znajdowali coraz liczniejszych sojuszników w innych regionach i w niektórych środowiskach niepodległościowych. Pod wpływem przedstawicieli tych grup, wrogich tradycjom KSS KOR, znalazło się wielu działaczy Solidarności. Jaki w tym był udział władz i służb - do końca nie wiadomo i dzisiaj, mimo dostępu do większości dokumentów.

Najsilniej zareagował na oświadczenie Jurczyka Bernard Guetta, w czy nie ma nic dziwnego, nie krył on nigdy, że jego rodzina ma sefardyjskie korzenie. A więc Guetta był najbardziej poruszony.

Był już wieczór, minęła 22. Dzwonię do szefa. Tadeusza Mazowieckiego w redakcji już nie ma. Łapię go w domu i czytam mu przez telefon depeszę PAP. Mówi: niech pan zadzwoni do Jurczyka i w moim imieniu poprosi o potwierdzenie lub zaprzeczenie.

Telefon do Szczecina. Sekretarka każe czekać, przez telefon dobiega mnie jakaś awantura: słyszę podniesione głosy; czas mija, a Jurczyk nie podchodzi do aparatu. Wreszcie jest. Przedstawiam się, czytam tekst depeszy, proszę o potwierdzenie. I wtedy Jurczyk wybucha i zaczyna przez telefon mi wymyślać. Nie słucha, gdy tłumaczę, że to jest depesza agencyjna, że jestem dziennikarzem z TySola, że dzwonię na prośbę Mazowieckiego. Wrzeszczy do mikrofonu, wreszcie stwierdza, że pytam go jak jakiś ubek, że moje pytanie jest ubeckie. Nie słucha. Odkładam słuchawkę.

Minęło kilka dni. Jest już listopad, kiedy w Gdańsku odbywa się właśnie posiedzenie Komisji Krajowej. Pierwszy dzień kończy niespodziewany, wcześniej niezapowiadany wyjazd Lecha Wałęsy na spotkanie z gen. Wojciechem Jaruzelskim i prymasem Glempem. Członkowie KK, zaskoczeni tym faktem, początkowo nie wiedzą, jak się do tego ustosunkować. W ich wypowiedziach pobrzmiewa podejrzliwość i nieufność.

Drugiego dnia obrad pojawia się sprawa Mariana Jurczyka. Oddaję głos sam sobie - cytuję za sprawozdaniem z posiedzenia, zamieszczonym w 33 numerze TS:

„Marian Jurczyk wstaje i mówi, że „obrońca zabronił mi mówić cokolwiek. Jedno mogę powiedzieć, że nigdy nie powiedziałem, żeby wieszać komunistów. Zaś prawo musi być jedno dla wszystkich, dla robotnika i dla tego, co ma trójwładzę". Przewodniczący obrad odczytuje pismo, które do prezydium wpłynęło od sekretarza redakcji „Tygodnika Solidarność", Krzysztofa Wyszkowskiego: „...M. Jurczyk stwierdził, że 3/4 władz polskich stanowią Żydzi, którzy są nieprzyjaciółmi naszego państwa. Chciałbym zwrócić uwagę Komisji na fakt, że ta publiczna rasistowska wypowiedź wysokiego i popularnego funkcjonariusza obciąża cały Związek (...). Jest to poważny cios w dobre imię Związku...". Odpowiedzi M. Jurczyk udzieli znacznie później,. Po południu. Powie tak: „Nie będę uchylał się od żadnej odpowiedzialności. Wszystkie narody szanuję niezależnie nawet od koloru skóry. Powiedziałem, że tam jest 3/4 Żydów, ale nie powiedziałem, że Żydzi są winni. Teraz nie mogę powiedzieć nic więcej". Sprawę Jurczyka zamknął A. Słowik, wnioskując, by na tej wypowiedzi już skończyć".

Z grupą dziennikarzy zagranicznych wychodzę wieczorem po zakończeniu obrad, kierujemy się do hotelu. Nagle mija mnie spieszący się gdzieś Marian Jurczyk Korzystam z okazji, podchodzę, przedstawiam się i mówię mu, że nie życzę sobie, by odzywał się do mnie tak jak przed kilku dniami. Jestem z tygodnika związkowego i obraża nie tylko mnie, ale całą redakcję.

W Jurczyka jakby piorun strzelił. Zaczyna wrzeszczeć i wymyśla mi znów od ubeków. Trwa to sekundy, kiedy Bernard Guetta łapie mnie za podniesioną już do uderzenia rękę i z innymi dziennikarzami odciągają od awanturującego się Jurczyka.

Więcej przewodniczącego ze Szczecina nie spotkałem. Myślę, że rozumiał dobrze, co naważył i jaką szkodę związkowi wyrządził. Rozumiał to, ale nie chciał się z tym pogodzić. Frustracja z powodu niedawnej przegranej z Lechem Wałęsą (o stanowisko przewodniczącego związku), zmieszana z zakłopotaniem, jakie wywoływało w nim ujawnienie rzeczywistych poglądów, wylała się w formie wściekłego ataku na dziennikarza, który mu się nawinął. A że był to akurat Rachtan, nie miało większego znaczenia.

Tak oto w owym pamiętnym roku 1981 w krótkim czasie zostałem najpierw Żydem, a potem esbekiem.

Piotr Rachtan