Ostatnie tygodnie przebiegały i nadal przebiegają pod znakiem lawinowo publikowanych i prezentowanych informacji o sytuacji przedwyborczej, a teraz już po-wyborczej na Białorusi. Zastanawia, czym kierują się media i rzesze komentatorów, eksponując jedne wydarzenia, a marginalizując inne.
Niewątpliwie tematy walki o demokrację, prawa człowieka i praworządność są frapujące. Jednakże trudno czasem pojąć, dlaczego jedne wydarzenia uznawane zostają za bardziej znaczące od innych wydarzeń, choć jedne i drugie miewają wspólny mianownik.
Dokładnie w tym samym czasie rozgrywają się masowe demonstracje i starcia młodzieży francuskiej, wspieranej przez niemal wszystkie związki zawodowe z tamtejszymi siłami porządkowymi. Konflikt rozgorzał na tle przyjętych przez francuski rząd przepisów kodeksu pracy, które w sposób zupełnie niezrozumiały z punktu widzenia zasad demokracji i praw człowieka, stawia młodych ludzi w sytuacji niemalże współczesnego niewolnika.

Prawo do zwolnienia bez podawania przyczyn osób do lat 26, po raz pierwszy podejmujących pracę, musiał wywołać takie reakcje, jakie - z rzadka i fragmentarycznie - pokazywano i nadal tak się pokazuje w polskich mediach.

Jednocześnie nie było godziny, by w telewizji czy radio nie podawano obszernych relacji i komentarzy o sytuacji w trakcie białoruskiej kampanii prezydenckiej. To samo w prasie ogólnopolskiej, w przekazach internetowych.

Wspieranie ruchów wolnościowych, dążeń do demokratyzacji życia w innych krajach jest, oczywiście, chwalebne i pożądane. Warto jednak przy tym pamiętać, że takie działania nie mogą naruszać suwerenności innego kraju. Tymczasem we wszystkich tych relacjach brak jest przekazu na tyle zbliżonego do precyzji, że intensywność zaangażowania wszystkich niemal środowisk w kraju, co najmniej rodzi kilka znaków zapytania.

W istocie nie wiadomo właściwie, jaka jest rzeczywista skala oporu przeciwko obecnej władzy, w szczególności wobec poprzednio prezydenta-elekta, a teraz już prezydenta. Liczba demonstrujących, w porównaniu do wydarzeń francuskich, wydaje się być śladowa. Większość komentatorów twierdzi, iż wybory na Białorusi były sfałszowane, jednak nikt nie podaje skali tych fałszerstw, a nawet konkretnych przykładów. Oczywiście, przyczyną tej niewiedzy są, jak się powszechnie twierdzi, trudności a nawet niemożność dotarcia do tych informacji z powodu totalnej blokady obozu prezydenckiego.

To w takim razie skąd się bierze ta wiedza o fałszerstwach? I skąd przekonanie, że wybory pod wnikliwą kontrolą obserwatorów międzynarodowych zakończyłyby się porażką Łukaszenki?

Mgliste zdają się być wszystkie te twierdzenia o zagrożeniach praw człowieka i oporach przed wprowadzeniem systemu demokratycznego, którego z utęsknieniem wygląda białoruskie społeczeństwo. Tu też brak jest jakiejkolwiek informacji o skali zjawiska. Jakie liczby rzeczywiście wchodzą w grę? Zwłaszcza, gdy nieodparcie odnosi się wrażenie, jeśli tak spróbować popatrzeć nieco z dystansu, że antagoniści stanowią w istocie może z dziesięć procent całego społeczeństwa białoruskiego.

Brak konkretów i precyzji, zwłaszcza co do skali tych ruchów społecznych, budzi uczucia ambiwalentne w odniesieniu do wydarzeń i nastrojów u sąsiadów. Ukazywane akty przemocy wobec uczestników demonstracji są wprawdzie faktami bezspornymi, ale w naszej szesnastoletniej demokracji niejednokrotnie dochodziło do starć z siłami porządkowymi i nikt nie podnosił z tego tytułu rwetesu o totalitarnym terrorze.

Jednocześnie w tym samym czasie rozgrywają się wydarzenia francuskie, gdzie liczba demonstrantów sięga już kilku milionów, a starcia ogarniają dziesiątki miast i przynoszą setki poszkodowanych. To jednak jakoś z zadziwiającą konsekwencją jest marginalizowane poprzez zalew doniesień z Białorusi.

O co w tym wszystkim chodzi?

Zagrożenie dla istniejącej od dawna demokracji francuskiej i bezsporne naruszanie praw człowieka wydaje się być nie mniej groźne, niż dławienie ruchów wolnościowych i umacnianie dyktatury. Skąd więc ta dysproporcja intensywności informacji i komentarzy w stosunku do sytuacji społeczno-politycznej obydwu krajów?

Francuskie zmiany kodeksu pracy w praktyce, jako się rzekło, stawiają niebagatelną liczbę młodych ludzi w pozycji współczesnego niewolnika. I to w kraju, który, zdawać by się mogło, jest kolebką i ostoją demokracji i praw człowieka.

Nasuwają się też i takie myśli, że te zastanawiające rozwiązania francuskie w dziedzinie prawa pracy podejrzanie korespondują z zapędami w kierunku zmian w polskim kodeksie pracy.

Jakoś niewiele, jeśli w ogóle, można doszukać się komentarzy dotyczących francuskich pomysłów. Zwłaszcza w odniesieniu do naszego systemu prawa pracy, nad którym pracowicie pochylają się rodzime autorytety z tym, że o konkretnych rozwiązaniach niewiele społeczeństwo polskie otrzymuje informacji.

Czy reakcje na białoruskie wydarzenia polskich ośrodków medialnych, intelektualnych, naukowych i politycznych, ocierające się niemal o histerię, nie stanowią przypadkiem szyldu, poza którym rozgrywają się zupełnie inne gry, o których lepiej, by społeczeństwo polskie zbyt wiele się nie dowiedziało przedwcześnie i nie próbowało podejmowania dyskusji?

Niewykluczone, że w stylu zapożyczonym znad Sekwany.

Witold Filipowicz
Warszawa