Jednym z senatorów rządzącej partii PiS został były (do niedawna) Rektor Akademii Świętokrzyskiej, prof. Adam Massalski. Akademia Świętokrzyska pod jego rządami nie miała dobrej prasy i dobrej opinii w środowisku akademickim. Krytycy twierdzili, że Akademia stała się w istocie przechowalnią dla kadry naukowej po niesławnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR i innych ideologicznych uczelniach PRL-u, a nawet Akademii Politycznej Wojska Polskiego im. Feliksa Dzierżyńskiego.
Część kadry uczelni oskarżano o brak dorobku naukowego, padały oskarżenia o nadużycia związane z naliczaniem pracownikom dydaktycznym nadgodzin (liczbę przepracowanych godzin rozmnażano nawet czterokrotnie), a po wydaniu się sprawy została ona przez władze uczelni zatuszowana. Mimo oczywistego przestępstwa nikt nie poniósł odpowiedzialności karnej. Wątpliwości na temat Akademii Świętokrzyskiej jest znacznie więcej. Padały nawet oskarżenia o wystawianie „lewych" dyplomów, rozmnażanie etatów ... Postanowiliśmy przyjrzeć się im dokładniej, udzielając jednak głosu nie tylko krytykom, ale i drugiej stronie. Do Senatora Adama Massalskiego skierowaliśmy list z pytaniami (o tym dalej). Krążą słuchy, iż prof. Massalski ma być promotorem pracy doktorskiej Przemysława Gosiewskiego. Panowie w każdym razie muszą być zaprzyjaźnieni, bo mieli wspólną ulotkę wyborczą.

Oświadczenie majątkowe

Nie ma nic zdrożnego w tym, że ktoś jest bogaty. Musi jednak zastanawiać bogactwo nieproporcjonalne do zajmowanego stanowiska i rangi uczelni, tym bardziej, jeśli jest to senator partii malującej się jako obrońca uciśnionej biedoty. Według naszych informacji prof. Adam Massalski jest najlepiej zarabiającym rektorem ze wszystkich polskich uczelni a ranga Akademii Świętokrzyskiej wśród wyższych uczelni jest raczej dość niska. Według oświadczenia majątkowego Senatora, W Akademii Świętokrzyskiej zarobił on 172.376 zł w okresie I-X 2005 r. oraz we Wszechnicy Świętokrzyskiej 43.930 zł w tym samym okresie, plus 8.820 zł z tytułu umowy o dzieło. Daje to 225.076 zł w okresie 10 miesięcy, czyli przeciętnie ok. 22.500 złotych miesięcznie brutto.

Małżonka Senatora też nie należy do ubogich. W okresie 1stycznia - 5 czerwca 2005 roku (5 miesięcy) otrzymywała ona zasiłek chorobowy w łącznej wysokości 33.295 zł, czyli 6.659 złotych miesięcznie. Ponieważ zasiłek chorobowy wynosi 80 procent pensji, domyślamy się, że płaca szanownej małżonki wynosiła ok. 8 tys. złotych miesięcznie. Gdzie tak płacą? Wedle cytowanego oświadczenia majątkowego, pani Massalska zarabia w Szkole Podstawowej w Bolechowicach, gmina Sitkówka-Nowiny, gdzie jest nauczycielką, ok. 2.042 złote miesięcznie a w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej aż 5.622 zł miesięcznie. Oczywiście Towarzystwo Wiedzy Powszechnej ma prawo tak wysoko cenić zatrudnianą przez siebie nauczycielkę szkoły podstawowej, że płaci jej tak dużo za niewielką ilość prowadzonych zajęć. Dlaczego niewielką? Dlatego, że Pani Massalska pracując na pełnym etacie w szkole, w dodatku poza miejscem zamieszkania, nie może mieć zbyt wiele czasu na dodatkowe wykłady. Ale cóż, jest wolny rynek, TWP może płacić, ile chce.

Jednak coś mi się w tym wszystkim nie zgadza. Państwo Massalscy zarabiają razem ponad 30 tysięcy złotych miesięcznie, a według oświadczenia majątkowego Senatora Massalskiego, ma on tylko 30 tysięcy złotych na lokacie i 19 tysięcy na rachunku bieżącym. Gdzie reszta? Przecież nie jest łatwo przepuścić 360 tysięcy rocznie na drobne wydatki (bo większe powinny być w oświadczeniu majątkowym). Albo wiec Pan Senator trzyma ogromne sumy w gotówce, albo na koncie żony, albo w coś zainwestował. No tak, ale to powinno być uwidocznione w oświadczeniu majątkowym. Jest to wszystko o tyle dziwne, iż wedle oświadczenia pan Senator musiał wziąć kredyt (30 tys.) na zakup samochodu toyota Corolla (Senator posiada jeszcze volkswagena Bora i forda Focusa).

Państwo Massalscy mają też dom o powierzchni 200 metrów kwadratowych na działce o powierzchni 800 metrów oraz działkę opisaną jako „rekreacyjna - nieużytki" o powierzchni 5,3 ha zakupioną od Agencji Rolnej Skarbu Państwa po cenie 66 groszy za metr kwadratowy. Działka ta zlokalizowana jest nad przyszłym Morzem Chęcińskim i wówczas jej wartość wielokrotnie wzrośnie, może nawet kilkanaście razy. Cóż, każdy ma prawo robić dobre interesy, ale czemu podaje w oświadczeniu majątkowym wartość tej działki według ceny jej zakupu (ok. 35 tys. zł)?

Reasumując, Pan Senator ma prawo być bardzo bogaty, ale czemu się tego wstydzi?

Dorobek naukowy i publikacje

Pan profesor niewątpliwie ma dorobek naukowy i nikt tego nie kwestionuje. Jednak niektóre jego publikacje są nieco dziwne jak na senatora PiS. W 1969 roku w piśmie pod wdzięczną nazwą „Wychowanie Socjalistyczne" napisał:

"Związek Harcerstwa Polskiego jest ideowo-wychowawczą organizacją dzieci, dorastającej młodzieży i wychowawców, która poprzez swe działanie uczestniczy w twórczym wysiłku naszego narodu budującego socjalistyczną przyszłość. W harcerstwie działa obecnie przeszło dwa miliony zuchów, harcerzy i instruktorów. Harcerstwo jest jedyną organizacją ideowo-wychowawczą na terenie szkoły podstawowej, która jest głównym terenem jego działania. Na terenie szkoły średniej i zawodowej harcerstwo działając wspólnie z ZMS i ZMW, jest sojusznikiem szkoły w dziedzinie społecznego i ideowego wychowania młodzieży." ("Harcerski system wychowawczy i możliwości wykorzystania go w planie wychowawczym szkoły", w: „Wychowanie Socjalistyczne. Materiały pomocnicze dla nauczycieli", Kielce 1969, s. 67-80.)

Inne ciekawe publikacje to (podaję za opracowaniem „Bibliografia publikacji Profesora Adama Massalskiego", jego autorstwa):

Rola regionu kieleckiego w wychowaniu patriotycznym („Materiały pomocnicze dla nauczycieli wychowania obywatelskiego", Kielce 1969;

Z frontu tajnego nauczania („Wychowanie Socjalistyczne. Materiały pomocnicze dla nauczycieli", Kielce 1969),

Turystyka w harcerstwie - wystąpienie podczas plenarnych obrad V zjazdu ZHP(„Wszystkie siły socjalistycznej Polsce. V zjazd ZHP", Warszawa 1973).

Znajdujemy tam też cały szereg publikacji w piśmie „Harcerstwo" oraz w organie Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Kielcach „Przemiany" (9 publikacji) oraz w innych pismach bynajmniej nie wyglądających na naukowe. Są też w tym wykazie „publikacji" pozycje co najmniej dziwne - 3 „głosy w dyskusji", z czego jeden w dyskusji redakcyjnej pisma „Przemiany" oraz 5 „wpisów do księgi pamiątkowej", „Przemówienie wygłoszone 30 czerwca 1996 roku na odsłonięciu pomnika", „Słowo wstępne" w „Materiałach z sesji naukowej". „Słowa wstępne" „przedmowy", „wprowadzenia", „od redakcji" i „posłowia" do różnych publikacji występują w tej bibliografii dość licznie (19 pozycji). Jest też taka pozycja: „Wywiad z rektorem WSP w Kielcach prof. dr hab. Adamem Massalskim" dla pisma „Ikar" podany jako publikacja... Adama Massalskiego.

Powtarzam: nie twierdzę, że prof. Massalski nie ma dorobku naukowego, bo ma, ale po co rozmnaża go wpisami do ksiąg pamiątkowych itp.?

Bardzo dziwna Akademia - opowieść dr Korczyńskiego

Do Kielc przeniosłem się w 1991 roku. Pracowałem początkowo w Instytucie Matematyki, a po dwóch latach za namową znajomej, która obiecywała duże zarobki przeniosłem się na nowo utworzony Wydział Zarządzania i Administracji. Dziekanem tego Wydziału był wtedy dr hab. Ryszard Czarny, a prodziekanem dr Zdobysław Kuleszyński. Ten ostatni sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie i szybko się zaprzyjaźniliśmy. O swoich studiach i doktoracie wypowiadał się bardzo oględnie; przez dwa lub trzy lata byłem przekonany, że z wykształcenia jest pedagogiem po UJ-cie, a doktorat robił z socjologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Był to okres boom-u na kształcenie menadżerów i Wydział dynamicznie się rozwijał. Ja zostałem kierownikiem zakładu Przetwarzania Danych i Zastosowań Matematyki liczącego początkowo razem ze mną dwie osoby; drugą był psycholog - samouk prowadzący własną firmę wydawniczą. Mniej więcej po roku pracy okazało się, że „załatwiono" otworzenie filii Wydziału w Staszowie, gdzie stawki za godzinę były ponad dwukrotnie wyższe niż w Kielcach. Nie miałem pojęcia jak tę filię otworzono, ale wszystko wydawało się być w porządku. O szczegóły nie pytałem, bo miałem mnóstwo pracy, cieszyłem się, że bardzo dobrze zarabiam, a głownie dlatego, że nigdy przedtem o żadnych nielegalnych filiach nie słyszałem i nie wpadłbym na pomysł, że coś może nie być w porządku.

Jakoś tak w połowie lat dziewięćdziesiątych poinformowano mnie, że znaleziono nowego, bardzo dobrego informatyka, który ma pracować w moim zakładzie. Następnego dnia pojawił się dr K., o którym wszyscy, a głównie władze Wydziału wypowiadały się w samych superlatywach. Okazało się też, że nabytek jest podwójnie korzystny, bo dr K. ma firmę komputerową, która miała na bardzo korzystnych warunkach zaopatrywać Wydział (jak się później okazało również prawie całą Uczelnię) w sprzęt i oprogramowanie. Współpraca z dr-em K. układała się początkowo znakomicie; był w stosunku do mnie więcej niż spolegliwy i spełniał natychmiast wszystkie polecenia. Wszystko było dobrze, Wydział rozwijał się bardzo dynamicznie, kupowaliśmy mnóstwo sprzętu, a ludzie zarabiali coraz lepiej.

Na początku drugiej dekady lat 90-tych (nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się że był to rok 96 lub 97 zacząłem mieć dziwne telefony. Początkowo były to wyzwiska i żądania bym przestał dokuczać niewinnym ludziom. Były również drobne groźby typu „obijemy ci mordę" czy „spalimy samochód", ale nie traktowałem ich wtedy poważnie, bo byłem przekonany że pochodzą od studentów, którzy zwykle i tak otrzymywali w końcu pozytywne oceny, więc uważałem, że sprawa umrze śmiercią naturalną. Potem jednak zaczęły się poważne groźby, kilka razy przebito mi opony i miałem wrażenie, że ktoś otwiera mi nocą samochód (rano był otwarty, a wydawało mi się że wieczorem go zamknąłem). Poprosiłem wtedy kolegę, do którego miałem zaufanie, a który miał pewne możliwości sprawdzenia połączeń, aby sprawdził co się dzieje. Początkowo oświadczył mi że „sprawa jest drobna, i że gnoja dopadniemy" (ustalił nawet szybko dwa miejsca skąd mnie telefonicznie straszono, a potem wycofał się twierdząc że jest na to za krótki i że lepiej by było żebym dał sobie spokój, a najlepiej żebym się przeniósł na inną uczelnię.

Usiłowałem tak właśnie zrobić i podjąłem już nawet starania o przeniesienie się na jedną z politechnik (złożyłem dokumenty i wszystko było na dobrej drodze). W międzyczasie rozmawiałem z Kuleszyńskim, który powiedział mi, że nie mam się czego bać, że sprawa się na pewno wyjaśni i żebym się nie przenosił, bo nigdzie tyle nie zarobię, tu jestem potrzebny i w ogóle dobrze się ze mną pracuje. Obiecał również dodatkowe zatrudnienie w powstającej prywatnej uczelni. Dał mi też do podpisania oświadczenie, iż zgadzam się na zaliczenie mnie do tzw. minimum kadrowego tej uczelni, co pozwalało oczekiwać dodatkowych wysokich zarobków. I rzeczywiście przez ponad miesiąc nic się nie działo, konfliktów nie miałem żadnych, więc uznałem że przenosiny są bez sensu i nie wysłałem do politechniki brakujących dokumentów, a potem nie pojechałem na Radę Wydziału, gdzie miałem być przedstawiony jako nowy pracownik.

Przez następny rok lub dwa wszystko było w idealnym porządku, zarabiałem znakomicie i pisałem mnóstwo bzdetów drukowanych w uczelnianych wydawnictwach. Zimą 1999/2000 dotarły do mnie informacje, że rzekomo coś zawalam w pracy i będę miał z tego tytułu kłopoty. Zapytany o to bezpośrednio Kuleszyński zaprzeczył, informacje wyśmiał i na tym się właściwie skończyło. Mniej więcej dwa, trzy miesiące po tych zdarzeniach miałem znowu telefony, w których co najmniej dwie osoby (mężczyzna i kobieta) wyzywały mnie i groziły bliżej nieokreślonymi negatywnymi konsekwencjami. Składałem to wówczas na karb rozmaitych nieporozumień i posądzałem niewinne, jak się później okazało, osoby. Sprawa skończyła się z nastaniem wakacji i przez kilka miesięcy nic się nie działo.

Jesienią 2000 roku okazało się, że wspomniany doktor K. usiłował wmanewrować mnie w dwuznaczną sytuację związaną z zakupem komputerów w jego firmie. Sprawę wyprostowałem, a zaraz po tym jeden z kolegów z Wydziału Przyrodniczego, któremu o sprawie opowiedziałem oświadczył, że nie jest to nic nowego, a ja byłem bardzo naiwny. Powiedział mi wtedy również kim są pracownicy Wydziału. Chodziło o to że większość z nich uzyskała, jak wówczas twierdził, stopnie i tytuły naukowe w uczelniach partyjnych i w bardzo podejrzany sposób. Ja w drugiej połowie lat 90-tych wiedziałem już o tym, że kilka osób rzeczywiście uzyskało stopnie i tytuły naukowe w Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, ale nie wiedziałem, że jest ich tak wielu, ani nie orientowałem się, że była to lipa.

Znałem przedtem faceta, który robił tam doktorat i chociaż nie miałem o tej pracy najlepszego zdania, to jednak nie uważałem że jest ona denna. Sądziłem, że moi koledzy mieli prace podobne. Wiedziałem oczywiście, że dorobek naukowy tych ludzi nie jest imponujący (miałem częściowy wgląd w robioną przez koleżankę na zlecenie Kuleszyńskiego bazę danych o naukowcach Wydziału - w zasadzie tylko tytuły czasopism, bo nie mogła sobie poradzić z ich punktacją), ale nie miałem pojęcia, ani o tym że to jest cały ich dorobek - większość twierdziła, że są to wybrane prace - ani ich nie oglądałem.

Mój kolega stwierdził przy okazji, że wlazłem „w niezłe gówno", i jakby się coś działo to będę współwinny. Po tej rozmowie zacząłem dochodzić kto jest kim i co się w Wydziale dzieje. Ustaliłem najpierw, że tak wysoko przeze mnie ceniony dr K. ma właściwie zerowy dorobek naukowy i wprowadził mnie w błąd, podając do dorobku naukowego dwa razy tę samą pracę, czego nie zauważyłem. Nie podpisałem mu wówczas (jesienią 2000 roku) z tego powodu opinii uzależniając to od przedłożenia kopii wspomnianej pracy.

Okazało się przy okazji, że nakłamał również w innych sprawach, ale w to już nie wchodziłem. Pod koniec 2000 roku i na początku 2001 miałem znów jakieś telefoniczne pogróżki. Próbowałem na własną rękę ustalić kto był ich autorem, bo nie dowierzałem już wówczas kieleckiej policji ani prokuraturze. Wiedziałem, że władze Uczelni mogą bardzo wiele załatwić między innymi dlatego, że wielu policjantów i przedstawicieli urzędów i niektórych władz powiatowych uzyskiwało dyplomy studiując w specjalnych „grupach oficerskich". Niestety nie udało mi się wówczas ustalić kto mnie straszył.

W lutym 2001 roku wyjechałem do zagranicę, a po powrocie okazało się że dr-owi K. w międzyczasie pozytywną opinię wystawił - nie powiadamiając mnie o tym - Dziekan. Mniej więcej dwa-trzy tygodnie po powrocie dowiedziałem się prywatnie w bardzo nieprzyjemny sposób, że „pracownicy mojego zakładu mają po 10 etatów". Sporządziłem wówczas (nie informując władz Wydziału po co to robię) kserokopie rozkładów zajęć z roku akademickiego 2000 i 2001. Wyniki były porażające. Okazało się, że dr K. miał rzeczywiście ponad dwa tysiące godzin dydaktycznych (etat to 210 godzin rocznie), a pracownicy Wydziału nagminnie „dublowali" zajęcia dydaktyczne pobierając za to nienależne wynagrodzenie. Polegało to na tym, że łączono grupy ćwiczeniowe i za przepracowanie np. 2 godzin brano takie wynagrodzenie jak za przeprowadzenie 4, 6 a niekiedy 8 godzin. Wszystko to było wyraźnie zaznaczone na publicznie dostępnych rozkładach i zatwierdzane przez władze Wydziału. Okazało się też przy okazji że K. prowadzi zajęcia m.in. z tzw. technik multimedialnych o których ja, jako jego przełożony, nie wiedziałem że w ogóle istnieją, a których w naszych warunkach prowadzić się nie dało, bo nie mieliśmy do tego odpowiedniego sprzętu (zajęcia wymagające bardzo silnych komputerów prowadzone były przy pomocy kredy i tablicy w sali wyposażonej jedynie w ławki i krzesła).

Okazało się przy okazji, że rekordzistami wcale nie byli pracownicy „mojego" zakładu, ale dojeżdżający do nas ludzie którzy przeprowadzili w ten sposób niekiedy 100% przydzielonych im zajęć (zdublowali wszystko co było możliwe). Z moich wyliczeń wynikało, że gdyby dr K. miał rzeczywiście przeprowadzić przydzielone mu zajęcia, to przez półtora miesiąca (tj. do końca roku akademickiego) musiałby prowadzić zajęcia dla studiów zaocznych w każdy weekend przez trzy dni po 24 godziny na dobę. Byłem tym przerażony i w bardzo ostrych słowach poinformowałem Kuleszyńskiego, że jest to lipa i skandal, dr-a K należy ukarać (tu się chyba myliłem, bo on w końcu tylko „realizował" przydzielone mu przez Dziekana zajęcia), a zajęcia dać natychmiast innym osobom. Zagroziłem wówczas, że jeżeli nie podejmie takiej decyzji do końca maja 2001, to napiszę do Rektora, Senatu i że zrobię aferę na pół uczelni.

Ponieważ do 31 maja nic się nie zdarzyło, więc napisałem oficjalne pismo do Kuleszyńskiego i Rektora, w którym stwierdzałem że nie mam z tymi godzinami nic wspólnego i żądałem wyjaśnień dlaczego dr-owi K. przydzielono bez mojej wiedzy tak dużą liczbę godzin. To był początek całej afery. W odpowiedzi otrzymałem komicznie napisane pismo Kuleszyńskiego, w którym usiłował się wyłgać z odpowiedzialności (a to on podpisywał zlecenia na godziny K.), zwalić ją na innych, a przy okazji obciążyć mnie winą oraz dodatkowymi wymyślonymi przez niego ad hoc pracami. Odpisałem - niezbyt uprzejmie, ale byłem mocno wkurzony - że jego pismo to bzdura i prywatnie zagroziłem mu, że sprawę godzin skieruję do prokuratury. W odpowiedzi usłyszałem, że on takie rzeczy olewa, ja nic mu zrobić nie mogę, a jak będę podskakiwał to on mnie za pomocą policji i prokuratury „załatwi".

W tej sytuacji nie kombinując już nic w Kielcach złożyłem w Ministerstwie Sprawiedliwości odpowiednią informację i prośbę o pomoc. Potem miałem jeszcze kilka drobnych w tym również telefonicznych awantur z Kuleszyńskim, a 26 czerwca miałem rozmowę z ówczesnym Rektorem Massalskim, który zapewnił mnie, że nie mam się czego bać;  on całą sprawę wyprostuje, a winnych ukaże. Mniej więcej w połowie lipca 2001 wyjechałem na kilka dni z Kielc, a po powrocie rozmawiałem ponownie z Massalskim. Okazało się, że wie o złożonym w Ministerstwie Sprawiedliwości moim piśmie (nie informowałem go o tym wcześniej). Poprosił mnie wówczas, abym dla dobra uczelni sprawę wycofał, a on wszystko wyprostuje. Wkurzył mnie trochę stwierdzając, że nie powinienem pisać pism do niego, ale do Kuleszyńskiego zaś do niego kierować kopie. Uznałem to wtedy za idiotyzm, ale znajomy powiedział mi, że taka jest uczelniana pragmatyka.

Wkrótce potem miałem przesłuchanie w komisariacie policji na którym zgodnie ze złożoną Massalskiemu obietnicą wycofałem moje oskarżenia wobec Kuleszyńskiego. Ponieważ moje działania okazały się zupełnie bezskuteczne więc we wrześniu napisałem pismo do władz Uczelni, w którym uprzedziłem, iż brak reakcji spowoduje powiadomienie mediów. Po tym piśmie około 15 (chyba 17, ale nie pamiętam dokładnie) września 2001 roku zostałem zaproszony na rozmowę do Massalskiego. Okazało się, że w jego gabinecie byli już dwaj prorektorzy i Kuleszyński, o czym nikt mnie nie uprzedzał. Massalski rozpoczął rozmowę stwierdzeniem, że jestem niewiarygodny, bo wbrew obietnicom, że wycofam zarzuty przeciw Kuleszyńskiemu i sprawa pozostanie w Uczelni, chcę powiadomić media. Powiedziałem wtedy, że to on nie dotrzymuje warunków umowy, bo obiecał wyjaśnienie sprawy i jasne publiczne stwierdzenie kto jest winny zaistniałych nieprawidłowości. Potem była bardzo nieprzyjemna dyskusja, w której Massalski i Kuleszyński usiłowali mnie zastraszyć. Prorektorzy zachowywali się raczej neutralnie. Bezpośrednio potem, około 10 minut po tej rozmowie, zostałem zaproszony do gabinetu Prorektora Króla wraz z Kuleszyńskim; Król natychmiast wyszedł, a Kuleszyński zaczął mi grozić i tłumaczyć, że Massalski i tak zrobi co mu każą, prasę lokalną mają urobioną, i że tak czy owak, to oni i tak mnie załatwią. Zaoferował wówczas wycofanie się z decyzji o rozwiązaniu kierowanego przeze mnie zakładu (decyzję taką podjęła 21 czerwca - jako reakcję na moje pismo - Rada Wydziału). Powiedział również, że nie będę miał żadnych problemów z planowanym wyjazdem do Meksyku. Warunkiem było zaprzestanie grzebania w sprawach Wydziału. Kiedy spytałem jak wyobraża sobie takie wyjaśnienie sprawy stwierdzonych przeze mnie przekrętów, bym ja nie mógł być z nimi wiązany ani bym nie musiał ponosić ich konsekwencji odparł, że nikt o to nie będzie pytał. Dyskusja skończyła się właściwie niczym; ja upierałem się przy wyjaśnieniu sprawy i jasnym stwierdzeniu, kto jest winny zaistniałych przekrętów, a Kuleszyński groził mi policją, prokuraturą i wyrzuceniem z Uczelni, a z drugiej strony składał obietnice różnych korzyści. Kilka dni po tej rozmowie odbyła się Rada Wydziału, na której zaproponowano „zawieszenie" decyzji o likwidacji „mojego" Zakładu. W tym samym mniej więcej czasie kilka osób z Wydziału namawiało mnie do zaprzestania mojego dochodzenia.

W tym okresie parę osób namawiało mnie do wyjazdu do Meksyku, a prorektor Kik w ekspresowym tempie wyraził na to zgodę. Dowiedziałem się wówczas również, że wyjazd może być wykorzystany przeciwko mnie i podczas nieobecności mogę zostać oskarżony o firmowanie niektórych z uczelnianych przekrętów, więc z wyjazdu zrezygnowałem.

W okresie od października 2001 do kwietnia 2002 pisałem mnóstwo pism do władz Wydziału i Uczelni z prośbą o „wyprostowanie" zaistniałej sytuacji. Pisałem również do Ministerstwa i nawet do Millera. Efekt zerowy - poza faktem, że pani Łybacka przez telefon złożyła mi wyrazy współczucia. Pod koniec kwietnia 2002 roku, w niedzielę wieczorem, napisałem list do lokalnej gazety „Słowo Ludu", w której opisałem sytuację w uczelni. W Kielcach zrobił się wielki hałas, a cztery dni później ukazała się „miażdżąca" odpowiedź, w której zapowiedziano publicznie moje zwolnienie jesienią 2002.

Ponieważ „Słowo Ludu" odmówiło opublikowania mojej repliki na tą odpowiedź, więc opublikowałem ją na internetowym forum dyskusyjnym kieleckiej edycji „Gazety Wyborczej". Wywołało to na tym forum żywą dyskusję w której brałem udział, o czym powiadomiłem telefonicznie władze Wydziału i uczelni, a wobec braku ich odpowiedzi powiadomiłem pisemnie Rektora, że na forum dyskusja taka się toczy. Mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się na forum informacja o habilitacji prof. Szplita i doktoracie prof. Gazdy (obecnego Dziekana) stwierdzająca, że habilitacja Szplita pochodzi ze szkoły partyjnej, a Gazda jest z wykształcenia politrukiem.

Przez wakacje działo się niewiele. W lipcu w Gazecie Wyborczej ukazała się notatka stwierdzająca, że w Akademii rzeczywiście były wskazane przeze mnie przekręty, które Massalski miał rzekomo ukrócić (por. GW z 15 lipca 2002). Ja znów miałem jakieś sprzeczne informacje; z jednej strony, że Massalski chce załagodzenia konfliktu, z drugiej zaś, że bez względu na to co zrobię i tak wylecę z pracy. Co ciekawe przez ponad rok na kilkadziesiąt (szacuję około 60-80, Massalski przyznał się do 70, ale tylko w okresie od maja 2001 do wiosny 2003) pism nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Nie otrzymywałem również informacji, np. o organizacji roku akademickiego - niezbędnych do przydziału godzin pracownikom zakładu, które normalnie powinienem otrzymać jeszcze wiosną. 12 września 2002 Szplit przesłał mi pismo stwierdzające, że rzeczywiście habilitację otrzymał w szkole partyjnej, a moją działalnością postara się zainteresować władze uczelni.

Wkrótce potem miałem nieprzyjemną rozmowę z nowym dziekanem, prof. Malinowskim (który informował mnie wcześniej o skierowanych przeciwko mnie działaniach władz Wydziału). Postawił on mi ultimatum: albo natychmiast zaprzestaję rozróby wycofuję się ze wszystkiego i przepraszam Massalskiego i Kuleszyńskiego, albo wylatuję z pracy. Zaproponowałem wtedy spisanie protokołu stwierdzającego stan faktyczny i obiecałem że po jego podpisaniu przez władze uczelni ja przestanę „rozrabiać". Malinowski powiedział, że przedstawi tę propozycję Massalskiemu i na tym rozmowa się skończyła. Potem nie działo się nic, poza faktem, że mimo moich monitów nie przydzielano nam żadnych zajęć dydaktycznych.

25 września 2002 roku, o godzinie 18:55 będąc przypadkiem w pracy (przyjechałem po materiały na konferencję w dniach 26-28 września, których zapomniałem wziąć) otrzymałem od portiera pismo z żądaniem, bym w dniu 30 września przekazał znajdujące się w zajmowanym przeze mnie pokoju, a będące w ewidencji Wydziału, przedmioty kierownikowi budynku. Kwitując pismo napisałem, że nie jest to możliwe, bo 29 września (niedziela) miałem jeszcze dodatkowe egzaminy dla studentów studiów zaocznych, a 1-go października wyjeżdżałem ponownie do Warszawy na umówione jeszcze w sierpniu spotkanie. 30 września, również po południu i również przypadkiem, od portiera, otrzymałem pismo o przeniesieniu mnie do Zakładu Zarządzania Rozwojem Organizacji kierowanego przez Szplita. W obu tych dniach byłem w pracy w godzinach 9-16 i można było doręczyć mi pisma w normalny sposób.

Po powrocie, trzeciego października nie wpuszczono mnie do zajmowanego wcześniej pokoju i zakomunikowano, że nie będę już mógł do niego wejść. Kilka dni później otrzymałem pismo, z którego wynikało, że pokój został przejęty przez powołaną przez Dziekana komisję, która jednak nie sporządziła żadnego spisu przejmowanych moich prywatnych rzeczy i przedmiotów będących własnością Akademii, ale pokwitowanych przeze mnie m.in. wyposażenie notebooka i rewersów wypożyczalni międzybibliotecznej. Przypuszczam, że celem było pozbawienie mnie niektórych materialnych dowodów popełnionych przestępstw (m.in. kopii rachunków, niektórych planów zajęć, zrobionych dużym nakładem pracy zestawień itp.) co się zresztą częściowo udało. Prosiłem wielokrotnie o ich spisanie i zwrot. Władze Wydziału „wyjaśniały" najpierw, że mogę je odebrać od Szplita, który je rzekomo ma, ale mimo moich próśb nie przedkładają do dziś spisu będących w ich posiadaniu przedmiotów ani nie wyznaczyły żadnego terminu ich wydania, a wiele tych rzeczy zostało bez żadnego pokwitowania wydane osobom trzecim, na tydzień przed upływem wyznaczonego przez Dziekana drugiego terminu zdania pokoju.

Tu warto wspomnieć, ze nie miałem normalnego dostępu do pokoju, mogłem tam przebywać tylko w ustalonych z kierownikiem obiektu godzinach i tylko w jej (to jest kobieta) obecności. Nie było to nikomu potrzebne, wytwarzało atmosferę konfliktu i, dając do zrozumienia, że mogę cos ukraść, poniżało mnie zarówno w oczach współpracowników jak i studentów, którzy gromadnie przychodzili wtedy po wpisy (nb. nie mogłem niczego im wpisywać, bo protokoły zabrała bez mojej wiedzy pracownica Dziekanatu).

Proponowałem komisyjne wydanie mi rzeczy, bym mógł te oceny wpisać, ale władze uparły się, bym odbierał, „jak leci" to co mi łaskawie dadzą. Gdybym podjął próbę takiego odebrania moich rzeczy, a „okazałoby się", że protokołów i notatek tam nie ma, to oczywiście byłbym jedynym winnym faktu, ze studenci nie mogą uzyskać wpisu.

Wśród zajętych przez władze Akademii moich rzeczy jest wiele napisanych przeze mnie tekstów, w tym kilka przygotowywanych do publikacji, m.in. teksty, które zamierzałem przedłożyć jako pracę habilitacyjną (miałem uzupełnić złożoną już pracę opisem możliwych zastosowań), sporządzone dużym nakładem pracy materiały dydaktyczne oraz protokoły egzaminacyjne i prace studentów, wiele materiałów potrzebnych mi do normalnej pracy (m.in. kserokopie prac naukowych - w Kielcach nie ma właściwie żadnej biblioteki matematycznej) oraz sporo innych przedmiotów.

Nie mając notatek ani protokołów egzaminacyjnych nie mogłem wpisywać studentom ocen, co dało asumpt do pomawiania mnie o złe ich (studentów) traktowanie. Zabór znacznej części pracy habilitacyjnej przekreśla moje starania o uzyskanie stopnia doktora habilitowanego, a jego brak spowodował (przynajmniej oficjalnie, bo inni, znacznie gorsi naukowo pracownicy pracują dalej) moje zwolnienie z pracy.

Tak więc zostałem zwolniony (byłem, mimo nieszczególnych osiągnięć naukowych - na 120 zatrudnionych - w pierwszej trójce najlepszych - ostatnio podejrzewam, ze spośród pracowników na pierwszym etacie byłem po prostu najlepszy - ze względu na publikacje pracowników Wydziału), ponieważ nie posiadam stopnia naukowego, w którego uzyskaniu skutecznie przeszkodziły mi władze Akademii. Inne, również bardzo skuteczne działania Akademii w tym zakresie to m.in. odmowa opłacania moich wyjazdów do bibliotek i na konsultacje naukowe, mimo, ze inni nie mieli z tym problemów oraz, że miałem na ten cel przydzielone fundusze z tzw. badań statutowych i badań własnych.

Po wydaniu, bez jakiegokolwiek pokwitowania, moich rzeczy nie mogłem już niczego odbierać, bo nie można było ustalić co zostało wydane. W mojej opinii, takie „przejmowanie pokoju" jest zwykłą kradzieżą, a fakt, iż dokonał tego pracodawca nie uzasadnia innej kwalifikacji tego czynu, bo nie dokonano komisyjnego spisania zajmowanych przedmiotów, a poprzez wydanie ich części osobom trzecim definitywnie uniemożliwiono mi zgodne z prawem ich odzyskanie. Okolicznością dodatkowo obciążającą władze Wydziału jest fakt, iż dokonano tego w sposób nie praktykowany w normalnych stosunkach służbowych w zakładach pracy, a ze względu na zagarnięcie bez spisania obciążających te władze dokumentów i zestawień podejrzewać można, iż głównym celem zaboru mojej własności było zagwarantowanie sobie bezkarności podejmowanych wielokrotnie prób mataczenia w sprawach popełnianych w Uczelni przestępstw.

Dowiedziałem się jednak, że ani w Kielcach, ani w Akademii nie był to pierwszy taki przypadek. Pierwszy „zrobiony" w ten sposób nie powiedział nic, a drugi sądzi się do dziś z Akademią z podobnym jak ja skutkiem.

Władze Akademii Świętokrzyskiej podejmowały wielokrotnie próby zacierania śladów korupcji i zamknięcia mi ust. Grożono mi zarówno wykorzystaniem wpływów we władzach lokalnych oraz centralnych jak i wykorzystaniem możliwości wyciągania „konsekwencji służbowych", m.in. komisją dyscyplinarną. Większość tych gróźb przekazywano ustnie, ale niektóre otrzymałem na piśmie. W szczególności Rektor Massalski groził mi bliżej nieokreślonym „odrębnym postępowaniem", a Szplit zakazał mi wypowiadania się o Akademii Świętokrzyskiej bez jego uprzedniej zgody. Pismo zakazujące mi wypowiadania się o Akademii otrzymałem 21 października 2002, po tym jak poprzedniego dnia i 19 października nieznana mi osoba podpisująca się pomówiła mnie na forum dyskusyjnym Gazety Wyborczej w Kielcach o popełnianie, totalnie bezsensownego (mogłem znacznie więcej zarobić legalnie) w mojej sytuacji przestępstwa. Niezastosowanie się do tego  „polecenia" było głównym zarzutem stawianym mi przez władze Wydziału przed Komisją dyscyplinarną. Postawione mi zarzuty były, prawdopodobnie ze względu na pośpiech, fatalnie skonstruowane i normalnie zostałyby przez Przewodniczącego Komisji odrzucone. Tu Rzecznik Dyscyplinarny explicite wyartykułował zarzut o niezastosowaniu się do polecenia zakazującego wypowiadania się o Uczelni, o czym wiedział zarówno Rektor jak i Przewodniczący Komisji. Nie mogłem podjąć zajęć dydaktycznych, bo mimo moich wielomiesięcznych monitów (mam „kwity", jeśli trzeba przedłożę) nie otrzymałem zlecenia na ich prowadzenie (otrzymałem je dopiero 28 października 2002), a na planie zajęć były one przypisane innej osobie (dr-owi K.). Nie mogłem skontaktować się normalnie z prof. Szplitem, bo będąc poważnie obciążonym zajęciami (m.in. w innych uczelniach; aby było wesoło w jednej z nich nauczał - jak się niedawno okazało bez uprawnień - niemieckiego) nie pojawiał się on w budynku Wydziału, a w godzinach wpisanych jako jego konsultacje miał zajęcia dydaktyczne. Wyraźnie mnie zresztą unikał. Nie mogłem zastosować się do polecenia przekazania znajdujących się w przejętym przez Komisję pokoju przedmiotów, bo w jedynym dniu jaki miałem do dyspozycji (30 września) nie byłem w stanie tego uczynić (w mojej opinii potrzebowałbym na to ok. tygodnia), a potem nie miałem już wstępu do tego pokoju. Potwierdziła to zresztą Komisja Dyscyplinarna w swoim orzeczeniu. Na rozprawie nie wzięto pod uwagę moich wyjaśnień i zostałem ukarany upomnieniem za nie przeprowadzenie zajęć, których nikt mi nie zlecał. Od decyzji Komisji Dyscyplinarnej odwołałem się do Komisji Dyscyplinarnej Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego. Na rozprawie odwoławczej w styczniu 2004 roku zostałem uniewinniony.

27 lutego 2003 ukazał się na wielu forach dyskusyjnych „Gazety Wyborczej" w Polsce post, w którym zapytywano co jest niegodne nauczyciela akademickiego. W odpowiedzi na to zapytanie ukazał się post pomawiający mnie o wiele niegodnych nauczyciela akademickiego czynów i cech charakteru oraz ewidentne przestępstwa. Po mojej odpowiedzi wywiązała się dyskusja, w której byłem przez osobę podpisującą się jako „student" (wykazała się ona - nieosiągalną dla zwykłego studenta - znakomitą znajomością spraw Wydziału i osobistych spraw Szplita) wielokrotnie jeszcze pomawiany. W dniu 5 marca 2003 powiadomiłem o sprawie Rektora Massalskiego i członków Uczelnianej Komisji Dyscyplinarnej oczekując, iż w wyniku podjętych działań winny pomówień zostanie zidentyfikowany i ukarany. Było to łatwe do wykonania, bo dwa z pomawiających mnie postów wysłano z serwera Wydziału Zarządzania i Administracji Akademii, gdzie można było natychmiast zidentyfikować komputer, z którego je wysłano, a na podstawie listy osób pobierających klucze bez trudu ustalić sprawcę. Zero reakcji. Moje późniejsze perypetie, to materiał na książkę, która kiedyś pewnie napiszę. Nie ma chyba sensu przedłużanie tej historii, wiec tylko kilka słów zakończenia.

Mam znikome szanse na zgodne z prawem rozwiązanie moich problemów, m.in. dlatego, że większość profesorów Wydziału Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej pracowała uprzednio w Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, i ma wbrew pozorom również dziś znakomite „układy". Wielu rządzących polityków związanych było z tą właśnie szkołą, zarówno jako pracownicy jak i studenci lub doktoranci, a wskutek dość powszechnych w Polsce ironicznych wypowiedzi o poziomie tej uczelni są szczególnie wyczuleni na negatywne opinie o niej i - pośrednio - o sobie. Nie mam szczególnych uprzedzeń politycznych ani nie przeceniam tego zjawiska, ale spotykałem już ostre reakcje na drobne nawet uwagi pod adresem ANS. Rzecz w tym, iż ktoś podpisujący się pseudonimem „Bąbel" opublikował w Internecie listę profesorów Wydziału Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej, którzy pracowali w ANS wraz z raczej nieprzychylnym dla nich komentarzem. Post ten wywołał dyskusję, w której brałem udział, a w której wielu dyskutantów wypowiadało się bardzo niekorzystnie o kwalifikacjach naukowych i moralnych tych ludzi. Ja starałem się zachować umiar, ale zdarzały mi się również wypowiedzi raczej emocjonalne, których dziś bym pewnie nie powtórzył. Obawiam się otóż, że wielu znaczących w Polsce ludzi mogło poczuć się urażonymi moim udziałem w tej dyskusji. Jest bardzo prawdopodobne, że post „Bąbla" wywołany niejako został moimi wypowiedziami i w tym sensie czuję się odpowiedzialnym, choć nie jestem pewien czy również winnym, bo w wielu sprawach dyskutanci, choć w nieuprzejmej formie, pisali jednak prawdę. Problem w tym, że naruszono w ten sposób interesy wielu wpływowych profesorów byłej ANS, którzy poczuli się urażeni i zagrożeni. Mają oni zarówno interes osobisty (wielu np. korzystając ze zniżki pensum pracowało w istocie na kilku etatach, co kwalifikowane jest jako wyłudzenie. Nb. to samo robił Massalski.) jak i możliwości, aby utrudniać mi dochodzenie moich praw.

Generalnie rzeczywistym problemem w mojej sprawie jest to, że dotyka ona wielu ważnych osób i nie da się ukarać naprawdę winnych bez kompromitowania np. Ministerstwa Edukacji, które znając sprawę od kilku lat tolerowało naruszanie prawa i nie uczyniło niczego, aby ukarać winnych, a przeciwnie nagradzało ich (M.in. Przewodniczący Komisji Dyscyplinarnej odznaczony został jakimś wysokim odznaczeniem państwowym, a Massalski nagrodził Kuleszyńskiego, Szplita i siebie, oczywiście, pieniężnie) W województwie sprawa jest niewygodna dla większości radnych; zarówno miejskich jak i wojewódzkich, bo mogą zostać zapytani dlaczego, mimo iż powiadomiłem ich o nadużyciach, nie uczynili niczego aby im zapobiec, a przeciwnie głosowali za finansowaniem kolejnych. Przykładów takich jest więcej. W ten sposób, dzięki zręczności władz uczelni, w drobny, lokalny, konflikt wciągnięto rozmaite lokalne i centralne autorytety, które narażone są teraz na niewygodne pytania. Ja sygnalizowałem korupcję kilku, nieszczególnie, jak sądzę, ważnych osób, podnoszone przeze mnie zarzuty są w skali afer krajowych śmiesznie małe, ja jestem szeregowym pracownikiem prowincjonalnej uczelni i normalnie sprawa była do załatwienia jednym pociągnięciem pióra.

Tyle relacja dr Korczyńskiego.

Dziwne dyskusje na temat prof. Szplita

Latem  2002 roku na forum dyskusyjnym Gazety Wyborczej pojawiła się m.in. informacja, że pracujący w Wydziale Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach prof. Andrzej Szplit stopień doktora habilitowanego otrzymał w szkole partyjnej NRD w niezupełnie normalny sposób. Chodziło o to, że mimo usilnych poszukiwań nie można było znaleźć wymaganych - jak w każdej innej uczelni - jego „znaczących dokonań naukowych". We wrześniu 2002 prof. Szplit ni stąd ni zowąd stwierdził, że habilitację uzyskał w Hochschule fuer Oekonomie, która postrzegana była jako szkoła partyjna i natychmiast po zjednoczeniu Niemiec została rozwiązana, a studentów przeniesiono do Wyższej Szkole Zawodowej Techniki i Gospodarki w Berlinie, która miała mniejsze niż Hochschule fuer Oekonomie uprawnienia, m.in. nie miała uprawnień habilitacyjnych.

W maju 2004 na tymże forum GW zacytowano życiorys prof. Szplita z książki „Leksykon Przedsiębiorcy", której był redaktorem naukowym. Został on szybko wykpiony przez dyskutantów jako samochwalstwo, a ponadto wskazano, że podane w nim tłumaczenie tytułu pracy habilitacyjnej prof. Szplita ma się nijak do oryginału. Z tłumaczenia zniknęły słowa PRL i DDR (w oryginale VR i DDR), a słowo „Aufgaben" (zadania) przetłumaczone zostało jako „porównanie". Jako  redakcja „Kontratekstów" napisałem do prof. Szplita list z prośbą o ujawnienie jego dorobku naukowego. Odpowiedzią były dziwne listy, w których prof. Szplit poinformował, że kierował naukowym grantem KBN nr 1 HO2C 117 28 (Min. Nauki, które przejęło sprawy naukowe prowadzone przez KBN oświadczyło, że nie finansowało tego grantu), grantem dydaktycznym Min. Edukacji Narodowej, jego wspólna z innym autorem książka („Rady nadzorcze - zasady funkcjonowania" - załączył wydruk oferty księgarni) osiągalna jest w internetowym sklepie, a pozostały dorobek ujawni po uprzednim umówieniu się na osobiste spotkanie. Do listu dołączył też kopię prośby Zakładów „Armak" o zaopiniowanie oprogramowania. O tym, co było przed habilitacją nie napisał. Przesłał też pismo, w którym prof. Fischer, Prorektor Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Mittweidzie, gratuluje mu habilitacji, dziękuje za współpracę i wyraża przekonanie, że wspólne działania służyć będą dalszemu postępowi społecznemu PRL i NRD.

O sprawie dorobku prof. Szplita już pisaliśmy i nie będziemy do niej wracać. Przypomnę tylko pewien incydent, który dobrze oddaje styl dyskusji, jaką prowadzą niektórzy wykładowcy Akademii Świetokrzyskiej.

W pewnym momencie dowiedziałem się, że moje nazwisko pojawiło się w dyskusji o prof. Szplicie na forum kieleckim „Gazety Wyborczej", w której to dyskusji nie brałem udziału. Internauta zaciekle broniący prof. Szplita, podpisujący się „miko2" napisał do Waldemara Korczyńskiego:

„Korespondencja z redakcją "Kontratekstów: (przekaż moje pozdrowienia dla Krzyśka  Łozińskiego przy okazji) nie jest sprawą publiczną. Zdaje się Krzysiek wyraźnie powiedział ci, co dalej powinieneś robić z tymi materiałami."

W odpowiedzi na to napisałem, że pana „miko2" nie znam i nie życzę sobie spoufalania, pisania o mnie per „Krzysiek" itp. Napisałam też, że podejrzewam, iż „miko2" to po prostu prof. Szplit, gdyż tylko on wiedział, z kim korespondował w redakcji „Kontratekstów".

Wówczas na adres mojej prywatnej poczty nadszedł list:

„Szanowny panie redaktorze,

chciałbym pana serdecznie przeprosić za nazwanie pana "Krzyśkiem" i przekazanie (za pośrednictwem dr Korczyńskiego) dla pana pozdrowień. Miałem (mylne jak się okazuje) wrażenie, że znamy się osobiście a spotkanie nasze miało miejsce na Uniwersytecie Warszawskim. Zapewniam pana, że nazwiskiem posłużyłem się po lekturze korespondencji pana z prof. Szplitem. Jeśli nie jest pan osobą, o której byłem przekonany, że ją znam to jeszcze raz serdecznie przepraszam i zapewniam, że więcej pana nazwisko w moich dyskusjach z panem doktorem Korczyńskim nie będzie przeze mnie używane.

Nie jestem oczywiście prof. Szplitem chociaż znam i szanuje tego człowieka. Moja znajomość treści pism wynika z tej znajomości. Musze panu powiedzieć, że nękanie prof. Szplita przez dr Korczyńskiego ma długą historię i jest częstym tematem wielu rozmów na Akademii Świętokrzyskiej. Szczerze mówiąc to dziwię się, że człowiek o pana biografii i zasługach dał się wciągnąć w taką brzydką krucjatę będącą prywatną zemstą pana dr Korczyńskiego za usuniecie go z pracy z Akademii Świętokrzyskiej. Najśmieszniejsze w tej historii jest to, że prof. Szplit nie miał z tym zdarzeniem nic wspólnego.

Jako, że oświadczył pan, że zna dr Korczyńskiego chciałbym zaprezentować próbkę jego twórczości z forum.gazeta.pl i prosić o wyrażenia komentarza w tej sprawie."

Tu następowała „próbka" pełna niezbyt uprzejmych zwrotów, podobnych raczej do języka używanego na forum przez „miko2" a nie dr Korczyńskiego („miko2" pisze do wszystkich per „ty" i obrzuca ich inwektywami). Sprawdziłem. Owa „próbka" nie była autorstwa Waldemara Korczyńskiego, lecz innego internauty. Tak więc ów „miko2", który podpisał się pod listem do mnie imieniem i nazwiskiem Mikołaj Korzec (jest to pseudonim jednego z naszych autorów, który jednak nazywa się inaczej i żadnym „miko2" na pewno nie jest), próbował mnie oszukać przysyłając mi cudzy tekst, jako tekst W. Korczyńskiego, zapewne po to, by adwersarza skompromitować. Nie przewidział tylko, że sprawdzę. Poza tym nadal utrzymuję, że żadnego „miko2" vel Mikołaja Korca z Kielc, czy okolic, nie znam i nie jestem z nim na „ty", zaś Uniwersytet Warszawski w bliżej nieokreślonym momencie, to lokalizacja spotkania mało precyzyjna.

Myślałem, że na tym koniec, ale nagle, kilka dni później „miko2" napisał do mnie znowu przysyłając „kolejną próbkę twórczości W. Korczyńskiego":

Moje doświadczenie życiowe nakazało mi także zwrócić uwagę na kilka jeszcze innych faktów występujących w Szanownym życiorysie, a nawet na jakby zwyczajową w pewnych kręgach tematykę historyczną prac - kieleckie miasteczka itd." (m.in. typowa dla hochsztaplerki pseudohistorycznej WSP Kraków!) - oraz na nowosocjologiczne ujęcia tematów niby historycznych (pomijam tu nawet już przysłowiową: rolę kobiety w ...), co było typowe dla historyków żydowskich i osób związanych z antypolskim żydostwem, a później także dla słabszych umysłowo (w sposób naturalny) historyków, spadkobiorców PZPR-SB, zapatrzonych w swoich mistrzów pochodzenia żydowskiego, od których otrzymali przecież naukowe szlify. Dlatego zadałem pytania. Nie musiałbym pytać, gdyby kieleckie Szanowne personki dostosowały swe komunistyczne i żydowskie zwyczaje do elementarnych wymagań europejskiej demokracji, którą tak lubią sobie wycierać gębę po koszernej baraninie z czosnkiem, i opublikowały podstawowe dane WYMAGANE PRZEZ PRAWO, do czego ZOBOWIĄZUJE ich PRAWO."

Wyglądało na to, że dr Korczyński jest zaciekłym antysemitą, co mi zupełnie do niego nie pasowało. Ponownie okazało się po sprawdzeniu, że tekst nie jest autorstwa W. Korczyńskiego, lecz innego internauty. Tak więc „miko2" ponownie próbował wprowadzić mnie w błąd i skompromitować dr Korczyńskiego. Ponownie podpisał się jako Mikołaj Korzec.

Nie mam pewności, czy „miko2" to prof. Andrzej Szplit, czy też jego stronnik, ale cały incydent dobrze oddaje osobliwy styl dyskusji, jaką prowadzi część władz Akademii Świętokrzyskiej z dr Korczyńskim.

List do Senatora

Po zebraniu powyższych faktów (i sporego już stosika dokumentów) postanowiłem zwrócić się do Senatora Massalskiego o wyjaśnienia. Napisałem do niego następujący list:

Niezależny Magazyn Publicystów „Kontrateksty", Warszawa

Szanowny Pan
Senator RP,
prof. dr hab. Adam Massalski

Szanowny Panie Senatorze,

wiadomo nam, że w kierowanej przez Pana Akademii Świętokrzyskiej doszło podczas Pańskiej kadencji jako Rektora do wielu nieprawidłowości, a być może nadużyć na szkodę Skarbu Państwa, pracowników i studentów AŚ. Być może posiadane przez nas informacje nie są do końca prawdziwe, jeśli jednak są, to w Akademii Świętokrzyskiej dopuszczono się wielokrotnie łamania prawa. W tej sytuacji uprzejmie proszę o odpowiedź na następujące pytania:

  1. Wiadomo nam, że w Akademii Świętokrzyskiej „dublowano" zajęcia dydaktyczne. Dlaczego nie zareagował na informacje (m.in. kopie planów zajęć z naniesionymi „zdublowanymi" godzinami na ca. 100 000 zł) o tym fakcie? Kopie planów otrzymał Pan w listopadzie 2001 roku? Jak to się stało, że pojawiły się w tej sprawie sprzeczne informacje? Według jednych pobrane nienależnie wynagrodzenie zostało zwrócone, według innych (oświadczenie Rzecznika Akademii pana Biskupa dla prasy) godziny te zostały odrobione. Jeśli zostały odrobione to w jaki sposób odrabiano godziny zdublowane na piątym roku studiów; czy wzywano absolwentów - posiadających już wówczas dyplom magistra do przyjazdu na uczelnię w celu uczestniczenia w zajęciach? Jeśli pracownicy zwracali pieniądze (gdzie można znaleźć pokwitowania), to na jakiej podstawie, skoro realizowali plan zajęć w którym naniesiono zdublowane godziny? Plan zajęć jest przecież dokumentem służbowym - poleceniem Dziekana realizowania tych zajęć w sposób określony w planie zajęć. Na czym polegała więc wina pracownika, który zgodnie z poleceniem Dziekana prowadził zajęcia w zdublowanych grupach. Jaki jest stan faktyczny w tej sprawie? Czy znaleziono i ukarano winnych? Czy, kiedy i w jakiej formie powiadomił pan organa ścigania?
  2. Czy prawdą jest, że winni nadużyć z tytułu zdublowania godzin zostały w 2001 i 2002 roku uhonorowani przez Pana nagrodami finansowymi? Chodzi w szczególności eks-Dziekana Zdobysława Kuleszyńskiego i Dyrektora Instytutu Zarządzania prof. Zbigniewa Olesińskiego, którzy odpowiadali za ułożenie planu zajęć z naniesionymi zdublowanymi godzinami.
  3. Czy i jak zareagował Pan na informacje o podejrzeniu, iż niektórzy pracownicy Wydziału Zarządzania i Administracji AŚ mogą nie posiadać kwalifikacji do prowadzenia zajęć, które im przydzielono (chodzi tu m.in., ale nie tylko, o ex-profesorów Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR)? Informacje te podane zostały publicznie w „Słowie Ludu" z 22 kwietnia 2002 roku. Czy wdrożył Pan wówczas jakieś dochodzenie?
  4. Dlaczego wypowiadał się Pan publicznie o możliwości utworzenia w Kielcach Uniwersytetu na bazie AŚ po uchwale RGSW z 16 grudnia 2004? Na jakich podstawach opierał Pan obietnice szybkiego utworzenia w Kielcach Uniwersytetu, skoro wiadomo było (m.in. z przywołanej opinii RGSW), że nie jest to możliwe? Prosimy o szerszą wypowiedź na temat Pańskich starań o utworzenie uniwersytetu i ocenę dlaczego się to nie udało.
  5. Gdzie i w jakim celu był Pan służbowo za granicą w czasie swojej rektorskiej kadencji w czasie (1999-2005)? Czy prawdą jest, że niektóre z wyjazdów do krajów zachodnich miały charakter naukowy? Jeśli tak to jakie były ich efekty (czy wygłaszał Pan jakieś referaty, pisał wspólne książki, brał udział w seminariach itp.)? Jeśli tak to jakim posługiwał się językiem, w szczególności w Stanach Zjednoczonych i Japonii?
  6. Czy prawdą jest, że w wyjazdach do krajów zachodnich towarzyszyły Panu osoby trzecie? Jeśli tak to w jakim charakterze?
  7. Jakie języki obca zachodnie Pan zna pan? Czy korzystał z usług tłumacza? Jeśli tak to kto za to płacił?
  8. Czy prawdą jest, że podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych w 2004 lub 2003 roku korzystał Pan z pomocy konsula RP w Stanach, Romana Czarnego, który jest bratem pracownika Akademii Świętokrzyskiej prof. Ryszarda Czarnego? Jakie były wymierne efekty naukowe podróży do Stanów Zjednoczonych? Jaki uniwersytet i w jakim celu zaprosił tam Pana? Czy w podróży towarzyszył Panu ktoś z rodziny prof. Czarnego?
  9. Dlaczego uznał Pan, że zakaz wypowiadania się o uczelni wydany w stosunku do Pana Korczyńskiego (por artykuł „Milcz adiunkcie" w GW) był zasadny? Czy któraś wypowiedź pana Korczyńskiego była kłamstwem lub naruszała ogólnie przyjęte normy (np. czy obraził kogoś publicznie, znieważył, itp.)? Czy zakaz ten nie był podyktowany chęcią zamknięcia mu ust aby nie ujawniał dalej nadużyć które stwierdził w uczelni?
  10. Czy zapoznał się pan z dokumentacją sprawy dyscyplinarnej Pana Korczyńskiego? Wiadomo nam, że został przez Komisję Dyscyplinarną Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego uwolniony od zarzutów, a komisja wyraźnie stwierdziła, że zawiódł system komunikacji stosowany w uczelni. Czy wyciągnął Pan konsekwencję w stosunku do winnych tych zaniedbań i przeprosił pana Korczyńskiego za bezpodstawne oskarżenia?
  11. Jak to się stało, że dopiero w 2002 roku uznał Pan, że Akademicki Ośrodek Kształcenia w Staszowie nie jest częścią Akademii Świętokrzyskiej; na jakiej podstawie przez trzy lata podpisywał Pan dyplomy ludziom którzy tam właśnie studiowali? Czy byli to zatem studenci Akademii Świętokrzyskiej i jaki jest status ich dyplomów? Proszę podać podstawy prawne wydawania tych dyplomów i indeksów. Czy sam prowadził Pan zajęcia w tym ośrodku np. wykład monograficzny? Czy prowadziła tam zajęcia Pańska córka Agnieszka Massalska? Jeśli tak, to jakie wynagrodzenie Państwo wówczas pobierali?
  12. Czy Ośrodek Kształcenia w Pińczowie był częścią Akademii Świętokrzyskiej? Jeśli nie to jaki jest status prawny jego studentów i wydawanych im dyplomów? Proszę podać podstawy prawne wydawania tych dyplomów i indeksów. Jeśli tak - to czy czuje się Pan odpowiedzialny za stwierdzone przez NIK nieprawidłowości finansowe związane z funkcjonowaniem tego ośrodka (zaginięcie części dokumentacji finansowej)?
  13. Czy prawdą jest, że mając obniżone pensum oraz dodatek za sprawowanie funkcji Rektora, pobierał pan wynagrodzenie za nadgodziny?
Z wyrazami szacunku

Z-ca. red. naczelnego
Krzysztof Łoziński

Byli byśmy wdzięczni za udzielenie odpowiedzi także w formie elektronicznej, na adres: redakcja@kontrateksty.pl. Zaoszczędziłoby to nam przepisywania.

List został wysłany poczta elektroniczną (po uzgodnieniu z rzecznikiem prasowym Senatora i z kopią dla rzecznika) 20 marca 2006 r. Następnego dnia, na wszelki wypadek złożyłem go też w biurze podawczym Senatu. 28 marca 2006, wobec braku jakiejkolwiek odpowiedzi, wysłałem do Senatora Massalskiego list z przypomnieniem o pytaniach. Ponownie odpowiedziała mi cisza. W swojej praktyce dziennikarskiej wielokrotnie zadawałem pytania, nieraz bardziej kłopotliwe, posłom, senatorom, ministrom. Wszyscy ci ludzie mają rzeczników prasowych i nie muszą pisać osobiście. Jeszcze nigdy nie było tak, bym czekał na odpowiedź dłużej niż kilka dni.

Jak na razie nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Ponieważ nie wierzę, że w ogóle ją dostaniemy, tekst publikuję. Jeśli odpowiedź nadejdzie, zostanie opublikowana.

Krzysztof Łoziński

Komentarze

herem1 | 2006-03-31 19:32

W Gazecie Wyborczej/Kielce z dnia 18.02.2005 r. Massalski redaktorowi Kędrackiemu powiedział pytany o kandydowanie na senatora:...."Zwrócono się do mnie i nie widzę przeciw wskazań. Najpierw muszę jednak rozstrzygnąć sprawę mojego nazwiska na liście Wildsteina. Wziąłem już papiery z IPN-u. Uważam, że to jakaś ubecka prowokacja - twierdzi rektor AŚ...."Pytanie.Czy wiadomo już, kto dopuścił się i tej ubeckiej prowokacji wobec naszego ukochanego Profesora.

herem1 | 2006-03-31 19:39

Do naszego ukochanego senatora Profesora Massalskiego - niech Pan,Panie Profesorze zaprzeczy wreszcie, że zatrudniał Pan, na Akademii Świętokrzyskiej, sędziów z sądu rejonowego w Kielcach i fakt ten nic nie ma wspólnego z orzekaniem w sprawach, gdzie Akademia jest pozwaną.

alladin | 2006-03-31 20:05

Żarty na bok. To jest po prostu kpina! Jesli pytania sa zasadne, a Senator rzeczywiscie musi się zastanawiac nad odpowiedzia, to strach pomyslec co by było, gdyby mu zadano naprawde trudne pytania.

herem | 2006-03-31 20:26

Z życiorysu Pana Senatora Massalskiego, a byłego Rektora Akademii Świetokrzyskiej w Kielcach:..."W latach 1991-2004 pełnił funkcję prezesa Zarządu Wojewódzkiego (od 2000 r. - Regionalnego) Towarzystwa Wiedzy Powszechnej w Kielcach, równocześnie od 2001 r. do 2004 r. był wiceprzewodniczącym Zarządu Głównego, a w 2002 r. pełnił obowiązki prezesa Zarządu Głównego..."Ten fragment wyjasnia, dlaczego jego żona tyle zarabiała w TWP.

olsen | 2006-04-01 03:07

Wierzę Panu Korczyńskiemu. I podziwiam Go za odwagę. Cóż, jeśli ktoś nie jest z nami, jest nienormalny:).I to trzeba o nim opowiadać:P.Wkrótce będziemy jedynym krajem na świecie, gdzie święta habilitacja musi istnieć. Innego- lepszego - systemu kontroli nad nauczycielami akademickimi jeszcze nikt nie wymyślił:). Profesora bowiem nikt nie ruszy. Może w ogóle nie pracować. Może nic nie robić. Może już nie żyć. Ważne, że jest na liście płac.

korczynski | 2006-04-03 12:09

Dziękuję, ale odważny to jest głównie red. Łoziński, ze to tu umiescił. Pozdrawiam. W.Korczyński

fasolt | 2006-04-11 18:44

Wypowiedź "herema" jest przerażająca. Gdyby przyjąć, że zarobki żony zależą tak mocno od pozycji i stanowiska męża, to trzebaby zastanowić się, czy przypadkiem żony mężów na odpowiednio wyskoich stanowiskach nie powinny mieć ustawowego zakazu pracy w jakichkolwiek instytucjach państwowych. Nepotyzm istnial zawsze, ale czy musi sie rozwijać?