Wczoraj w programie „Prosto w oczy", Jarosław Kaczyński wreszcie powiedział, o co mu naprawdę chodzi. Nie zgodzi się na uchwalenie budżetu dopóki inni mu się nie podporządkują. Nie chce się także zgodzić na przyspieszenie prac nad budżetem i zwołanie wcześniej posiedzenia sejmu, bo jak twierdzi, była umowa, że sejm zbierze się dopiero 26 stycznia. Tak się składa, że wcześniejsza umowa, mówiła o głosowaniu budżetu 14 stycznia. To jednak dla pana prezesa PiS nie ma znaczenia. Inni mają umów dotrzymywać, on nie musi. On ma do spełnienia misję. Chce utworzyć wielką partię i dąży do tego celu jak taran, strasząc, szantażując i próbując wyłuskać z innych partii ludzi, tak jak on sam, żądnych władzy.

W tym celu obiecuje stanowiska, czasem nawet je daje. Pomija jednak w tych awansach ludzi związanych z od początku z PiS-em. Przekształca w ten sposób klub parlamentarny PiS na coś, co bardziej przypominać będzie klub parlamentarny Romana Jagielińskiego w poprzednim parlamencie, zaś ze swojej partii uczynić chce nowy Front Jedności Narodu. Dlatego PiS organizuje konferencje prasowe i na nich oznajmia publicznie, że właśnie trzech posłów PO przystąpiło do klubu PiS. Nie wspomina jednak o tym, że dwaj z nich zostali z PO usunięci, jeden jeszcze przed wyborami. Smaczku tej sprawie może dodać fakt, że na jednego z nich, w trakcie wyborów, złożył doniesienie do prokuratury jeden z prominentnych posłów PiS ze Śląska.

Takie działania prowadzą jednak do narastania frustracji wśród działaczy od dawna związanych z PiS-em, a których dziś omijają awanse na rzecz usuniętych z PO. Prowadzona polityka rozdymania do granic wytrzymałości swojej partii, rychło doprowadzi do wielkiego wybuchu. Ci ludzie zamiast zatopić Platformę doprowadzą do rozsadzenia PiS. Tymczasem zamiar zatopienia Platformy doprowadził bardziej do zwarcia jej szeregów niż jej rozbicia ale i pomaga tej partii w pozbywaniu się ludzi bezideowych, łasych jedynie na stanowiska. Efekty takiego działania są więc wręcz odwrotne od zamierzonych, co jest dość charakterystyczne dla dotychczasowych przedsięwzięć braci Kaczyńskich.

Po powołaniu Zyty Gilowskiej do rządu, mogło się wydawać, że to już ostatnia amunicja jaką dysponuje prezes PiS. Okazuje się jednak, że to nie koniec jego pomysłów. Teraz wyciąga kolejnego asa z rękawa i mówi, że termin przekazania prezydentowi budżetu upływa nie 19 lutego ale 29 stycznia. Wcale się nie zdziwię, jeżeli do końca pierwszego terminu nie uda mu się nikogo skutecznie zastraszyć, prezydent zacznie się skłaniać jednak do tego drugiego terminu by móc dalej uprawiać szantaż polityczny. Wszak przez cały czas realizuje zadania nałożone na niego przez pana prezesa.

Osobiście nie bardzo wierzę w istnienie wcześniejszych ekspertyz mówiących o tym, że termin czterech miesięcy liczy się od momentu przekazania budżetu przez ustępujący rząd staremu parlamentowi. Bardziej jestem skłonny przypuszczać, że taka ekspertyza została zamówiona przez Jarosława Kaczyńskiego stosunkowo niedawno. Była ona albo skutkiem albo przyczyną awantury w sejmie przed dwoma tygodniami. Sama zresztą ekspertyza jest moim zdaniem bardzo naciągana. W ten sposób, każdy ustępujący rząd mógłby podłożyć bombę pod nowo wybrany sejm. Wystarczy, że ma swojego prezydenta i wie z sondaży, że ma w wyborach przechlapane, lub po prostu tak na wszelki wypadek, złoży projekt budżetu na trzy miesiące przed wyborami. Zgodnie z prawem, w ten sposób mógłby zapewnić sobie ewentualną powtórkę wyborów. Taki szatański pomysł może być zrealizowany dzięki takim ekspertyzom.

To nie koniec jeszcze pomysłów Jarosława Kaczyńskiego. Teraz pojawił się plan „paktu stabilizacyjnego". Wzywa w nim opozycję by ta przez sześć najbliższych miesięcy nie atakowała rządu, nie atakowała marszałka sejmu, oraz wzywa do uchwalenia jedenastu ustaw. Jak ktoś przy zdrowych zmysłach, może zgodzić się w ciemno na uchwalenie ustaw, których treści nikt nie zna, nawet posłowie PiS. Po drugie, jak można nie krytykować premiera, za to, że zapewniał wszystkich o późniejszym terminie zakończenia prac nad budżetem. Wszystko jedno czy kłamał, czy nie wiedział. To go dyskwalifikuje jako wiarygodnego i kompetentnego polityka i wyraźnie wskazuje na osobę która faktycznie sprawuje władzę.

Dokładnie te same zarzuty, rozszerzone o utrudnianie pracy sejmu dotyczą obecnego marszałka sejmu. Dołóżmy do tego sytuację nie przyjmowania rezygnacji Lecha Kaczyńskiego z funkcji prezydenta Warszawy i mamy bardzo czytelny obraz działań partii, która ma czelność nazywać siebie „Prawo i Sprawiedliwość". Trudno dziś oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę bracia Kaczyńscy mają gdzieś konstytucję. Chcą doprowadzić do rozwiązania parlamentu. Być może nawet nie myślą o rozpisaniu nowych wyborów. Wstępem do tego było odwołanie KRRiT. Jest to instytucja zapisana w konstytucji. Dzięki błyskawicznym zabiegom PiS-u w dniu dzisiejszym instytucja ta nie istnieje. Mało tego. Wybory członków nowej rady zostały odłożone na czas po uchwaleniu budżetu. Dziś, gdy prezes Kaczyński mówi o tym, że uchwalenie budżetu byłoby skrajną nieodpowiedzialnością, wygląda na to że rada ta nie zostanie powołana.

Wszyscy myśleli, że ustawy medialne to był zamach na media. Moim zdaniem jest zamach na konstytucję. Zaraz dowiemy się, że skoro państwo może istnieć bez jednej instytucji, to może istnieć i bez drugiej. Prawda, jakie to proste. Tylko gdzieś w tych działaniach zagubiła się Polska. Myślę, że nawet ci, którzy głosowali na PiS inaczej wyobrażali i wyobrażają sobie IV Rzeczpospolitą.

Janusz Krakowian