W urzędach, i to nie tylko, centralnych panuje w pełni uzasadnione przekonanie, że po objęciu władzy przez nową ekipę ze stołkiem może pożegnać się spora grupa urzędników. Takie działania związane są zazwyczaj z taktyką obsadzania co bardziej kluczowych stanowisk zaufanymi ludźmi, choć czasami wiąże się także ze „od dawna” planowanymi zmianami strukturalnymi instytucji. Zmiany te – pociągające zwykle za sobą falę zwolnień – odbywają się pod hasłami „usprawnienia”, „dostosowania do nowych potrzeb/wymogów” lub też „odpolitycznienia” (sic!) urzędów i polegają na łączeniu, dzieleniu lub też restrukturyzacji instytucji (przybierających nazwę zmiany struktury organizacyjnej, samo słowo „restrukturyzacja” nie pada prawie nigdy).

Zazwyczaj też pierwsza taka zmiana struktury odbywa się jeszcze przed wejściem ludzi nowego układu politycznego, a jej celem jest destabilizacja działania instytucji, zwłaszcza gdy nowy układ polityczny jest jawnie konkurencyjny wobec istniejącego. (Celowo używam tu słowa konkurencyjny, bo trudno tu mówić o klasycznie pojmowanej prawico- czy lewicowości). <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


Ale jak to w podobnych sytuacjach bywa, urzędnik nie w ciemię bity i kombinuje sobie już zawczasu w jaki sposób najlepiej przefarbować się, podlizać czy tylko ukazać w nowym świetle, tak aby nie tylko nie stracić, ale może nawet zyskać w pod nowymi rządami. Naprędce czynione są poszukiwania jakichkolwiek koligacji z dawnymi „najlepszymi kolegami ze szkoły”, „serdecznymi przyjaciółmi z przedszkola” czy też „kompanami do piwa znanymi z czasów studenckich”, którzy to funkcjonują w formacjach politycznych w obrębie nowego układu rządzącego. Pech, gdy okazuje się, że dana formacja nie wchodzi jednak do rządu a ogłasza się opozycją. Ale nawet w takich sytuacjach urzędnik ma już wypróbowane strategie. Jedną z nich jest zakładanie związków zawodowych.


Zakładanie związków zawodowych odbywa się zazwyczaj co cztery lata i ma na celu jedynie ochronę pewnych konkretnych miejsc pracy. Można powiedzieć, że w konkretnych przypadkach „modne” są konkretne związki zawodowe. W niektórych instytucjach, jak na przykład w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa tworzone na czele tworzonych związków zawodowych (Związek Zawodowy Pracowników Służby Publicznej) stają ludzie kierujący daną instytucją. Jak informowało Życie Warszawy związek ten kierował listy elektroniczne do swoich potencjalnych członków z informacją, że po wstąpieniu do związku będą oni chronieni w przypadku nieuzasadnionego rozwiązania umowy o pracę. W świętokrzyskim oddziale NFZ utworzony został nowy związek zawodowy „Związek Zawodowy Pracowników” zrzeszający przede wszystkim członków tamtejszego SLD.


Inną strategią jest ratowanie ludzi ścisłego kierownictwa urzędów przez przenoszenie ich na emeryturę, często nawet w przypadku, gdy nie osiągnęli oni jeszcze wieku emerytalnego. W taki sposób chroni się przede wszystkim osoby, które zasłużyły się staremu układowi. Opcją takiego rozwiązania jest przeniesienie na wyższe stanowisko (najczęściej do innego urzędu; tzw. kop w górę) tak, aby przenoszony delikwent mógł jeszcze przed odsunięciem od kierowniczego stanowiska uzyskać znacznie wyższe pobory lub dodatkowe gratyfikacje. Ideałem jest otrzymanie jakiejkolwiek funkcji, która wiąże się z dożywotnimi profitami – jak na przykład nominację do Prokuratury Krajowej.


W niektórych urzędach taktyka „ucieczki w górę” owocuje wysokim stanowiskiem w służbach dyplomatycznych (np. płk Andrzej Derlatka w Seulu na stanowisku ambasadora, byli zastępcy szefa WSI Cezary Lipert w Pradze, zaś Roman Oziębała w Rzymie). Ministerstwo Spraw Zagranicznych planowało także przeprowadzenie szybkich procedur wyłonienia nowych dyrektorów departamentów. Procedury konkursowe, które jednak – jak to w podobnych przypadkach bywa – miały być realizowane pod konkretne nazwiska (o czym informowała szeroko Rzeczpospolita – powołując się na wywiad z jednym z pracowników tego ministerstwa).


Generalnie jednak można powiedzieć, że ze stołkami rozstać się trudno nawet niższym stopniem pracownikom urzędów. Na utrzymanie stanowisk stosują oni jeszcze wiele innych rozwiązań, często zostają oni członkami partii, z którymi wiążą największe nadzieje na to, że w wyborach zgarną większość parlamentarną. Jakoś nigdy nie mogłem uwierzyć w apolityczność urzędników...


Na najwyższych szczeblach władzy – w gabinetach ministrów – pożegnania z urzędem odbywają się za zamkniętymi drzwiami, podczas imprez, których koszty ponosi przecież dane ministerstwo. Stratega spalonej ziemi stosowana jest równolegle do intensywnych „prac” polegających na zabezpieczeniu statusu materialnego urzędnika. „Spalona ziemia” ma na celu utrudnienie, lub nawet uniemożliwienie nowej ekipie efektywnego sprawowania władzy i kierowania podległymi resortami. Strategia ta przybiera różnorakie formy, które jednak zawsze polegają na maksymalnym wydatkowaniu wszystkich dostępnych środków finansowych (często na konto kolejnych okresów rozrachunkowych), tak aby żadne nadwyżki nie znalazły się w puli środków przekazywanych „nowym”.


Część urzędników liczy na to, że nowa władza nie pozbawi ich stołków i okaże się łaskawa. Problem jednak w tym, że duża liczba pracowników urzędów centralnych nigdy nie będzie mogła znaleźć pracy poza swoimi resortami – nie są to ani wybitni specjaliści, ani nawet średniej klasy fachowcy, których zatrudniłyby komercyjne przedsiębiorstwa (chyba, że potrzebują one „wejść” do ministerstw i stworzenia niezbędnych dla swojego funkcjonowania układów).


Co sprawniejsi urzędnicy nabywają uprawnienia służby cywilnej co czyni ich praktycznie nieusuwalnymi. Jest to problem szczególnie istotny, ponieważ jak dotąd w naszym kraju nie udało się stworzyć apolitycznej służby cywilnej (informował o tym między innymi jeden z raportów Najwyższej Izby Kontroli). NIK stwierdził, że w centralnej administracji zatrudniani są zazwyczaj urzędnicy niekompetentni za to z silnym poparciem politycznym. Takie praktyki dotyczą zwłaszcza najwyższych stanowisk urzędniczych. Za czasów Millera wprowadzono nawet odpowiednie zapisy prawne gwarantujące stanowiska na wysokich szczeblach urzędów centralnych osobom spoza korpusu służby cywilnej.


Często strategie zabezpieczenia miejsc pracy stosowane przez urzędników ocierają się o działania na obrzeżach korupcji, zaś zapowiadane przez Marcinkiewicza stworzenie nowego urzędu antykorupcyjnego raczej nic w tej materii nie zmieni (poza tym, że stworzenie takiego nowego urzędu pociągnie za sobą zwiększenie zatrudnienia w administracji).


Aleksander Żołnierski