Dziwni ludzie – nie maja paszportów, więc nie mogą dorobić w szklarniach w Holandii, od czego po jednych wakacjach byle studenciak czuje się jak milioner, a gotowego grosza ode mnie nie chcą. To był problem. Wezwał mnie Przemyslida i wziął na spacer na stawy.<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


- Słuchaj – tak nie może być, żebyś miał takie słabe wyniki w opozycji. Suszą mi już o to głowę.


- No ale co mam zrobić? Jak nie chcą, to nie...


- Aktywniej trzeba, z głową...


- No ale konkretnie jak?


- Sam nie wiem. Wsadź ten problem swoim ludziom.  Ale tak sobie myślę, że to wszystko nie jest trudne. Moim z Moskwy suszą głowę, więc oni mi. Ty zaś zasugeruj, że przecież problem jest w tym, aby na nazwisko przyszła na pocztę przesyłka.  No to wystarczy przez prowadzących, bo przecież każdy z twoich ludzi nadal ma prowadzących, z którymi się dzieli zyskami. Oni zrozumieją. Będą przejmowali te zawiadomienia na poczcie, czy od listonoszy – co ciebie obchodzi – jak. Niech się wykażą inwencją. Przecież straty na tym nie będą mieli. A potem tylko na dowód, można przecież obiektowi zwinąć i podmienić fotografię. Skarżyć się nie będzie, bo nawet nie będzie wiedział, że odebrał paczkę i nawet zapłacił cło.  O tym  przecież też się nie dowie! Tamci zgarną kasę, a my wszyscy będziemy mieli święty spokój.


- No, wiesz – nasi to nasi – ale gdyby ruscy się dowiedzieli?


- A jak? Czy ich przesłuchują, czy jak?


- No, ale gdyby interweniowali, to mogą w oparciu o te listy kaperować...


- Daj spokój – jak zainterweniują, to będzie taki burdel, że nikt do tego nie będzie miał głowy. Nie znasz ruskich. 


- Zresztą – dodał po chwili – będziemy się martwić. To nie nasza głowa. Niech ci z Moskwy się martwią, czy ich wtedy pogłaszczą za brak dozoru... Coś wymyślą... Ja ich znam... A zresztą powiem ci. Pojawia się szansa na nowy towar, jeszcze bardziej dochodowy. Ale jeśli się nie postaramy na błysk, to nas ubiegną. A kto się nie rozwija, ten ginie – to jest prawo natury.


- Czy schodzimy z tych długopisów?


- No nie – poszerzymy może asortyment, a może i stracimy wszystko. Moi ludzie z Moskwy też się boją. A co ty myślisz – w Moskwie nie ma chętnych do interesów?


   No i po tej rozmowie wszystko poszło jak z płatka. Wszystko to przepuszczałem przez takiego studenta z Łodzi. On brał w Warszawie nielegalne gazetki i różne takie, zawoził to do Łodzi, a przy okazji w Warszawie na różnych przyjęciach kaptował mi w Warszawie ludzi. Jednak ze dwa razy złapałem go na oszustwie i teraz od razu wiedziałem, do kogo się zgłosić. Wzrosła mi wydajność – inni mimo sygnałów działali z większym umiarem, a ten Mariusz od razu chwycił blusa i aż go musiałem miarkować, żeby razem ze swym parówą, czyli prowadzącym, wzięli na wstrzymanie i przynajmniej co piątego opozycjonistę uznawali za niemożliwego do zorganizowania. Co za zachłanni ludzie! Od tego czasu sumiennie wykazywali co piątego za niemożliwego do wciągnięcia do współpracy przy imporcie.


   Musiałem tylko trochę porządku zrobić w biznesie bieliźniarskim. W coraz większym stopniu zastępował mnie w różnych zadaniach Piotruś Czereśniewski – ten kościelny z Pragi. Teraz już nie był kościelnym, formalnie pracował jako pracownik społeczny w szpitalu. Jego proboszcza przenieśli do kościoła na Powązkach i Piotruś tam się nie załapał. Zresztą chyba wolał u mnie robić. Ale zaczęły mu się przyklejać pieniądze. Zwracał mi na to uwagę tata, a on ma oko na takie sprawy. Tego tolerować nie mogłem. Poprosiłem, aby Zygmunt pogadał z jego prowadzącym i po paru dniach znałem problem. Nie był prosty. Mój Piotruś to pederasta i krocie wydaje na różnych chłopców poznawanych w takiej kawiarni na Krakowskim Przedmieściu. Na dodatek ostro gra na wyścigach i choć czasem wygrywa, to jednak zwykle oczywiście przegrywa.   Bóg z nim, ale on tych chłopców opłaca i szasta na konie moimi pieniędzmi. Na razie ma jakąś miarę, skoro miałem tylko mgliste podejrzenia, ale długo tak nie potrwa. Poprosiłem Zygmunta, by wykorzystując swoje możliwości wsadził go na tydzień do aresztu, postraszył, a wykorzystać można fakt, że ciągle jeździ po alkoholu łamiąc swoja skodą przepisy ruchu drogowego.


   Ja w tym czasie miałem już prawie nie używane BMW klasy trzysta. Człowiek ciężko pracuję, to musi jednak wygodnie jeździć. Fiata dałem w używanie księgowej. Choć ma już tyle pieniędzy, że mogłaby sobie sama kupić. Ale co tam  - w rachunkach mam przejrzystość, na dodatek jak mnie zeprze, to nie tracę czasu, bo ona mi druta ciągnie. Czasem się zapominam i staję koło niej. Ona myśli, że o to chodzi i dawaj sięga mi do interesu. Ona chciała, żebym ja jej przy tym pieścił biust, ale już jej jednak trochę zwiotczał. To podobno od odchudzania.


  Z aferą z tym Piotrusiem były jednak trudności. Jego ojciec był członkiem IV, całkowicie naszej Komendy WiN, czyli zbrojnej organizacji antysocjalistycznej w latach czterdziestych i oczywiście miał zasługi. Jego matka to kadrowa wręcz w „Trybunie Ludu”. No ale z drugiej strony – za jazdę po pijaku można go trochę potrzymać.  Dałem kilka zleceń komu trzeba, kilka wziął sam Zygmunt, chyba tylko dla siebie i dla prowadzącego Piotrusia, ale tak się sprawili, że w pięć dni, zanim wyszedł – znaczy dostał sankcję – dostał wciry od klawiszy i jeszcze większe od współzatrzymanych. No nie wiem, czy to go wyleczy z chłopców i koni, ale przynajmniej teraz wie, czym to pachnie. Jest grzeczny, jak nigdy, a przecież i tak zawsze był grzeczny. Nie tym mnie wpienił!


***


  Aż wreszcie doczekaliśmy się. A raczej to ja się doczekałem. Chyba coś niezbyt zadowolony był Przemyslida, gdy przekazywał mi informację, że jestem zaproszony na szkolenie do Wilna. Dał mi świstek z okrągła pieczęcią i bilet kolejowy. Wsiadłem na Warszawie Centralnej, w Kuźnicy Białostockiej zmieniano koła. Zaraz potem Grodno, a na dziewiętnastą Wilno. Od Grodna towarzyszyła mi towarzyszka z Inturistu.  Nie była to Udarka. Nawet nie wiedziała, kto to jest. Ta nazywała się Irena i była rodowitą Litwinką. Na handel nic nie brałem, bo nikt mnie do tego nie zachęcał. A zresztą – jakie ja mogłem na tym zarobić pieniądze? Była zdumiona. Jednak parę sztuk portek z Pewexu wziąłem i dobrze. Jedne od biedy na nią pasowały. Założyła je pod spódnicę, którą potem zdjęła, żeby zobaczyć, jak leżą. Ona twierdziła, że jak ulał, ja nie byłem taki pewien. No bo za co jej mam dawać prawdziwe Wranglery? Smutna zdjęła zapominając o spódnicy. Ładna była bestia – co tam – umówiliśmy się, że da mi jeszcze i w drodze powrotnej. W Wilnie chciała te gacie już wziąć, ale powiedziałem jej:


- Hola, moja panno – a rozmawialiśmy po polsku – spodnie dostaniesz w drodze powrotnej!


   Już to jej głowa, by ona mnie odprowadzała. 


   Zawiozła mnie w Wilnie zamówionym samochodem służbowym do hotelu „Draugiste”, trochę w bok od starówki. Restauracja hotelowa okazała się być bardzo dobra – choć oczywiście nie tej klasy, co „”Bristol”, czy „Forum”, że nie wspomnę o wilanowskiej „Kuźni”. A to podobno ich najlepsza knajpa.  Ale jak mówię – bardzo przyzwoita. Tylko kelnerzy są rozpaczliwie leniwi.


   Następnego dnia zwiedzałem Wilno. Straszne nudziarstwo, ponadto moja Irena nie darowała sobie i zaznaczyła, że pod Ostrą Bramą żebrzą tylko żebracy – Polacy. W ogóle tego nie skomentowałem. Ale gdy swe powinności za spodnie chciała odrobić choćby w parku na ławce – to też udałem głupiego. Obcałowywała mnie, tuliła się, a ja nic... Pewnie chciała założyć na już umówiona randkę, ale takiego wała! Umówiliśmy się na pociąg powrotny i kwita.


   Na wieczór zawieźli mnie do Druskiennik. Umieszczono mnie w luksusowym pensjonacie architektów – kuchenka z łazienką i dwa pokoje. W jednym nocowałem, a w drugim były pomoce naukowe. Rano przyszło dwóch specjalistów. Jeden był sowieckim Polakiem i mówił śmieszną, taka archaiczną polszczyzną, a drugi normalnie – ruski  - język polski znał kiepsko i ciągle ten Polak musiał coś tłumaczyć, a widać było, że zna język z domu i terminologii po polsku nie umie używać. Ale to nawet lepiej, bo ja też nie znałem. No bo co ja wiedziałem o komputerach?


   Okazało się, że mam importować przez turystów wyjeżdżających z Polski i przywożących z powrotem towar – komputery osobiste. W stosunku do cen w Berlinie Zachodnim – podobno najtańszym rynku w Europie – przebicie było prawie czterokrotne. Nadto dla mnie miało być piętnaście procent, z czego musiałem opłacić naganiaczy. Ja to przekalkulowałem i zaproponowałem jednak dwadzieścia procent. Inaczej mógłbym się nie zmieścić. Ponieważ cena dolara w złotych nie była już stabilna, to rozliczać się mieliśmy w złotówkach, ale rachując w dolarach. To było rozsądne. Ponieważ nie od razu łapałem co i jak z tymi komputerami, więc oni dali spokój, gdy obiecałem, że wynajmę studenta, który na tym się zna. Skupiony zaś towar miałem gromadzić w Aninie i zawsze po telefonie, na drugi dzień, mogłem się spodziewać mikrobusu z ambasady.


   Ja wyjaśniałem, że zanim wytworzę podaż, to minie parę miesięcy, bo przecież moi studenci musza wyjechać na zachód, zarobić parę groszy i potem jeszcze wrócić. Nadto poprosiłem, bym mógł przydzielać paszporty moim łącznikom, to oni już sami w kraju będą załatwiać dewizy i jeździć będą tylko po zakupy.


   Obiecali przekazać wyżej wszystkie moje dezyderaty, a następnie wręczyli mi honorarium za konsultacje techniczne – bon na dwa tysiące rubli. Wyszło na to, że to ja byłem konsultantem, he, he. Wieczór spędziliśmy w takiej drewnianej restauracji w lesie, nad jeziorem. Było już na tyle ciepło, że zaczęliśmy go na drewnianym stoliku na dworze, ale skończyliśmy w środku. Starałem się pić mało, ale nie udało się. Jedzenie też było dobre. W ogóle zdaje mi się, że na Litwie karmią lepiej, niż na Krymie.


   Następnego dnia przed pociągiem powieźli mnie do Wilna i tam wraz z tym Polakiem poszedłem w jakiejś nowoczesnej dzielnicy do sklepu za żółtymi firankami. A w środku tylko importowane towary i jeszcze taniej, niż w Pewexie!  Okazało się, że ceny dolarowe bez cła przeliczają po sześćdziesiąt parę kopiejek za dolara i ja musiałem na raz wydać dwa tysiące rubli. Z trudem, ale dałem sobie rade. Gdy już nie miałem pomysłów, to resztę dopchnąłem koniakami i papierosami, ale wydałem co do kopiejki.   Nawet ekspedientki – nieodmiennie z kokami – robiły wielkie oczy. A przecież musiały to być damy doświadczone. Na zewnątrz czekała już jak najbardziej polska Nyska, tylko na rejestracji sowieckiej i cały ten towar zapakowany w jedną kolosalną skrzynię z desek zawiozła w ślad za nami na dworzec. Odebrać miałem na dworcu w Warszawie z bagażowego.


   No i dobrze. Irenka by mi żyć nie dała.


   Obiad zjedliśmy z dawnym hotelu „Astoria”. W toalecie wodę spuszczałem nieśmiertelną „Niagarą” z polskimi napisami.  Zresztą, chętnie to przyznaję – miłe miasto, to Wilno.


   Okazało się zresztą, dlaczego Irence było tak spieszno – gdy wracaliśmy, to miała okres. Ona była gotowa do wszelkich desperackich kroków, lecz ja oczywiście nie. Mówię jej, jak komu dobremu, żeby załatwiła rzecz doustnie, a ona, że nie, bo się wstydzi.  


   Pal cię licho – myślę, i zapraszam ją do wagonu restauracyjnego. A sam mam na tyłku, jak to w podróży, porządne Levis’y. Gdy tak szliśmy wzdłóż korytarzy, to ja byłem z przodu i musiała na to patrzeć. Już przy przystawkach z kieliszkiem szampana, ona odwołała, nie pytając mnie o zdanie, zamówienie, tylko wzięła butelkę połusuchowo i dawaj ciągnie mnie do przedziału. Ale dała mi szkołę! Dobra była! Trzy razy ze mnie wycisnęła. I tylko za każdym razem zagryzała kawałkiem suchego chleba popijając szampanem. A taki ogień miała w oczach!


   Przed Grodnem dałem jej te spodnie i na dodatek sweterek zachodni też z Pewexu. Ona źle zrozumiała mój gest i znów z łapami do  mnie. Ale ją jakoś powstrzymałem. No normalnie wpadła na widok swetra w orgazm. Różne rzeczy widziałem, ale z takim temperamentem dziewczyna! I to blondynka! A mówią, że blondynki mają właśnie mniej temperamentu.


   Na dworcu w Warszawie czekał na mnie Staś, zresztą nieźle nawalony. Oczywiście, jego nieśmiertelna wołga nie była w stanie unieść wielkiej skrzyni. Telefony na dworcu nie działały. Załatwił bagażową, lecz za kurs do Anina musiałem zapłacić dwa tysiące złotych...  Narody!  Prawie pensję. Alternatywą było koczowanie do rana z tą skrzynią na dworcu bez pewności, że rano pojawią się jakieś bagażówki i że widząc przymusowa sytuację szoferak znów czegoś nie wymyśli. Mogłem jeszcze na dworcu rozbić skrzynie i przy ludziach ładować to całe bogactwo do Wołgi. Ciekawe, czy bym zdążył? 


   Już na miejscu w domu pomyślałem, że cholera chyba naprawdę robię się ważną postacią.


   Tam w knajpie w Druskiennikach eksperci mi mówili, że na Litwie żyje się najlepiej w całym sojuzie. Lepiej, biorąc średnio, niż w Moskwie. Mało miałem czasu, ale na ulicy nędza i szarzyzna Litwy na tle Polski po prostu rzucała się w oczy. Choć ludzie, w porównaniu z mieszkańcami Odessy te parę lat wcześniej, bez porównania są bardziej schludni.


   No i do tego doszło, że teraz ja na potęgę skupowałem czekoladki. Innego wyjścia nie miałem. Bałem się wozić dolary za granicę, bo jednak dupną, a w kraju to niby co mam trzymać? A złoto to jednak złoto.


   Z pensjonatem jednak załatwiłem. Jadę do Olsztyna do konserwatora zabytków i pytam, czy w ramach akcji ratowania polskich dworków nie mógłbym kupić tej ruiny. I tam urzędnik mi na to, że nie zna stanu prawnego, ale sprawdzi. No to ja już wiem, o co chodzi i wykładam dwieście dolarów na stół. On, że to mało, bo pałac duży, więc i trudności do przełamania  odpowiednio większe i nie starczy mu na opędzenie nieuniknionych przeszkód, które będzie musiał pokonać.  Ale wiadomo o co chodzi – jak masz pieniądze na remont takiego pałacu, to płać człowieku. Spieraliśmy się zajadle, bo on chciał okrągłe dwa tysiące dolarów.  Stanęło jednak na sześciuset i okazało się, że tego samego dnia wyruszyłem do gminy z właściwym zaleceniem. Za sam pałac, przy zobowiązaniu się, że będę przestrzegał zasad remontowania obiektów zabytkowych, zapłaciłem symboliczną złotówkę.


   Komputery skupowałem wprost od oficerów prowadzących. Prowadzący wysyłali na zakupy swoich tajnych współpracowników, często krewnych i potem w zębach, poprzez struktury wojewódzkie, wszystko spływało do mnie. Oni skupowali dolary na rynku i podobno – tak mi powiedział pewien obrotny pułkownik – istniała przez chwilę możność zaistnienia rzeczy niemożliwej – oderwania kursu dolara od ceny półlitrówki, którą za dolara zawsze można było kupić w Pewexie. Oczywiście – dolar zawsze kosztuje trochę więcej, bo trzeba przyznać, że gorzała z Pewexu jest po prostu lepsza. Normalną, rynkową, ostatnio podobno w jednej gorzelni produkowano z na wpół zjedzonych przez robactwo cukierków!


   Dość powiedzieć, że z ambasady prawie codziennie przyjeżdżała nyska, a czasem i ciężarówka, a brama mojej posesji wcale się nie zamykała. Musiałem pobudować, i to w try miga, potężną halę magazynową. Zatrudniłem dwunastu strażników, emerytowanych milicjantów, każdy z własna bronią służbową. Płaciłem im nie gorzej niż oficerom. Szefem chciałem uczynić mojego starego milicjanta, ale zestarzał się dziad, więc go posadziłem w pensjonacie – niech remontuje, stawia stajnie i przygotowuje pensjonat jeździecki. 


   Mój milicjant dziarsko zabrał się do rzeczy. Obok parku dokupił od Spółdzielni Kółek Rolniczych grunty, które faktycznie użytkował pegeer. Po pięćdziesiąt hektarów na mnie, na tatę i na siebie. Nawet nie tak dużo wydał na łapówki. Raczej to wszystko wydeptał po urzędach. Kto by się spodziewał, że stupajka z Człuchowa ma takie zdolności!


   Aby nie mieć trudności z konserwatorem zabytków, nająłem go, w ramach prac zleconych, to sporządzenia ekspertyzy, potem projektu, a wreszcie nadzoru nad remontem. On szabrował po innych tamtejszych pałacach i dworach, montował to u mnie i brał za to pieniądze, o jakich nie marzył. Skupował też stosowne dzieła sztuki, jak rogi upolowanych w dawnych wiekach zwierząt, obrazy i inne takie fanaberie. Posadzki z czarnego dębu przeplatanego białym – takie artystyczne, całkiem przypadkiem załatwiłem od ruskich. Tylko wzięli plany i przywieźli koleją. Coś oczywiście pochrzanili, ale wiedzieli o tym, to też przysłali tego dużo więcej, niż trzeba.


   W Aninie zatrudniałem już na stałe obok strażników jeszcze kilkanaście osób. Ale że nie mogłem zatrudniać oficjalnie, więc bazować musiałem na młodych zwykle emerytach, a tych mogłem pozyskać tylko z esbe i milicji. Niemniej dwóch zdolnych jakoś wepchnąłem do FWP – ciągle tam jeszcze byłem dyrektorem remontowanego domu wczasowego, który już teraz był moja własnością i jako żywo z FWP nie miał mieć nic wspólnego. Już raczej z budownictwem kieleckim, bo tradycyjnie – materiały budowlanego ciągnąłem stamtąd. Ci dwaj zdolni to elektronicy, którzy mi od ręki naprawiali ten sprzęt, który uszkodził się w trakcie transportu.


   Do polityki w ogóle głowy nie miałem. To tez złościło mnie, że choć dynamicznie się rozwijamy i jesteśmy dziesiątapotęga na świecie, to jednak jest coraz gorzej. Doszło do tego, że choć w sumie jest mi obojętne, co jem, byleby nie był to smażony ryj świński, to przecież zwykłe zakupy musiałem robić w Pewexie. Tak to jest, gdy nie ma gospodyni. Ale skąd wziąć wartościową dziewczynę, gdy człowiek w ciągłym młynie?


   Osiągnąłem dużo, bardzo dużo pieniędzy. Tym bardziej, że komputerami zainteresowało się i nasze wojsko. Spotkał się ze mną taki major, elektronik, ale dziwny gość, bo zawsze chodzi w cywilu i nawet, jak na wojskowego, to chyba ma trochę zbyt długie włosy. Ale przez Zygmunta sprawdziłem – rzeczywiście – major elwupe, ale wcale nie z WAT-u, lecz z wywiadu lub z kontrwywiadu. Tego, to nawet Zygmuntowi nie chcieli powiedzieć precyzyjnie. Ale przecież o Zygmuncie, to ja teraz też nie wiedziałem, czy jest z wywiadu, czy z jakiegoś departamentu wewnętrznego. W czasach Pensjonatu, to ja jednak dużo więcej wiedziałem.


   Najpierw ten major odwiedził mnie w Aninie, ale oczywiście w ogóle z nim nie gadałem, zanim nie sprawdziłem, kim on jest. Ale zostawił telefon. Zygmunt poradził, żeby jednak zatelefonować. Umówił się ze mną jakoś dziwnie, bo w restauracji „Złotu Lin” w Serocku. Myślałem, że to jest jakaś szpiegowska fanaberia, ale nic – pojechałem.  Byłem kwadrans przed czasem, a facet przyjechał równocześnie. Odniosłem wrażenie, że przez łoki – toki ktoś go informował i on to spotkanie na podwórku przed restauracją zainscenizował?


   W każdym razie weszliśmy do knajpy razem. Jak na majora w takiej służbie, to był dość młody, bo mniej więcej trzydziestopięcioletni. Wiedziałem tylko tyle, że nazywa się Krzesiński. I nie wyglądał na młotka z prowincji. Raczej na plejboja. Nawet nie znałem jego imienia.


- Uważnie obserwujemy pańską działalność.


- Jak ja oceniacie?


- Wysoko.


- Dlaczego.


- Staramy się rozpatrywać problem z punktu widzenia przydatności dla obronności kraju.


- To zrozumiałe – skwitowałem i wzrokiem zasugerowałem, że jednak wolałbym przejść do konkretów.


   Oczywiście, nie było to może uprzejme, lecz ja naprawdę byłem zapracowany.


- My lubimy konkretnych ludzi...


   Nadal patrzyłem pytająco...


- Nigdy nie myślał pan o tym, by wejść na wyższy etap – samemu podjąć produkcję?


- No wie pan, ja jestem prywatna inicjatywa. Właśnie zabiegam o powołanie firmy polonijnej. To długa procedura. Ale decyzja o powstaniu tej firmy, jak zresztą o charakterze jej działalności, nie ode mnie zależy. Sam pan wie.


- Ma pan partnera zza granicy? – spojrzał z zainteresowaniem.


- Wierzę, że i tę trudność może pokonam.


- Gdyby myślał pan o produkcji krajowej, to możemy podjąć daleko idąca kooperację. Partnera też byśmy znaleźli...


   Chwile pomyślałem. Tu się robił niezły bajzel. Dotychczas funkcjonuję na styku esbe i kagiebe. A teraz jeszcze służby wojskowe... Ciasno!


- Widzę, że ma pan wątpliwości – dostrzegł w moim zachowaniu wahanie.


- To może być skomplikowane przedsięwzięcie, taka współpraca. Problem, być może, tkwi w koordynacji intencji przyszłych partnerów.


- Myślę, że to mogę wziąć na siebie.


   Aha – myślę sobie – oni już to wszystko obgadali, tylko beze mnie. Jak starą szmatę przekazują sobie mnie z ręki do ręki. No ładnie... Zastanawiałem się, jak sformułować swoją wątpliwość?


- Nie potrafię odpowiedzieć – muszę wiedzieć trochę więcej...


   W tym czasie już  major poczynił zamówienie. Kelnerka przyniosła coca – colę i faszerowanego szczupaka. Prywatna knajpa, a trzeba przyznać, że wybór był znakomity.


- Widzi pan – podjął major – pan sprowadza sprzęt oparty o części amerykańskiej firmy Digital. A tym czasem jest jeszcze Taiwan – tam nie wszystko produkują, ale dużo i w dobrej jakości. No i przede wszystkim – być może gotowi są sprzedać nam te części, których jeszcze nie jesteśmy w stanie wytworzyć w kraju. 


- Czemu jest tak, ze w naszym bloku nie potrafimy opanować tych technologii? No nie wiem...  skopiować, czy jak?


- A wie pan – opowiadał mi pewien radziecki generał – ze swadą i z pewną swoboda podjął major – że rzecz jest na tym etapie rozwoju socjalizmu nie do zrealizowania. W Sewastopolu, pan wie, to jest na Krymie, jest wytwórnia półprzewodników. Tam musi być sterylne powietrze i właściwe ciśnienie wewnętrzne. Temu reżimowi sprostali, przynajmniej tak mówią...


   Patrzyłem na niego z zaciekawieniem – w naszym środowisku nie było w zwyczaju tak swobodnie mówić o Kraju Rad. Nie sądzę, aby w jego organizacji było inaczej – o coś mu chodzi.... A on tym czasem kontynuował:


- Tak więc wszystko byłoby dobrze, ale do produkcji potrzebny jest czysty spirytus. Oczywiście – w Związku Radzieckim spirytus produkować potrafią, a także pić. Nie było sposobu, by ten spirytus już na halach produkcyjnych kontrolować. Bo kontrolerzy też dzionek zaczynali od szklaneczki tego składnika produkcji. Oni zatrudnili kobiety, ale „naszi żeleznyje sawietskije żenszcziny”, skoro budują drogi i bloki mieszkalne, to także potrafią wypić. W rezultacie jakość produkcji była zdecydowanie niezadowalająca. 


   Roześmieliśmy się. Ale major znów podjął temat:


- To w takim razie postanowili wydzielać tylko tyle spirytusu, ile wedle normowszczyków było niezbędne. Ale to było jeszcze gorzej – pili i tak, a bez spirytusu tłukli badziewie. Więc wygonili te baby i wzięli z łagrów skazane kobiety – matki, obiecując im przeniesienie dzieci do lepszych dzietdomów, skrócenie wyroków i oddanie tych dzieci, gdy wrócą na wolność. No – myślą – teraz to już pójdzie. Ale nie – łagiernice chlały, kurwiły się z męskim personelem i one dopiero położyły produkcję. Mało tego – w ciążę zachodziły tak masowo, że nawet radziecka sieć dzietdomów, największa na świecie, nie byłaby w stanie tego wchłonąć.  No i wtedy zgłosili się do pana.


   Właśnie na stół wpłynęły półmiski z linem w śmietanie. W życiu nie jadłem nic tak smacznego!


- Tak więc – w trakcie jedzenia major kontynuował – ja znam takiego Chińczyka z Taiwanu, który podjął się zapewnić dostawy części, a trzeba powiedzieć, że tam wszystko jest czasem nawet dziesięć razy tańsze, niż amerykańskie. Takie pecety, jak te pańskie sprowadzane przez wielbłądów, kosztują po sześćset dolarów, a pan skupuje po cztery tysiące... jest różnica? A gdyby jeszcze zastąpić części tajwańskie, za które jednak trzeba płacić w dolarach, polskimi – oczywiście tymi, które jesteśmy w stanie wyprodukować, to różnica w ogóle będzie bardzo duża.


- Ale przecież Taiwan jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Amerykanie tak na to się zgadzają?


   Krzesiński wzruszył ramionami:


- Pan wie, że Amerykanie uznali legalność władz maoistowskich w Pekinie. Taiwan został nawet wyrzucony z ONZ. Nie muszą się przejmować. Na wszelki wypadek, aby on miał podkładkę, zrobimy z pana działacza opozycyjnego...


- Cooo?


   Równie dobrze mógł mi przyłożyć siekierą w głowę...


- No tak – żeby Amerykanie zaczęli się zastanawiać, o co chodzi. Ale o tych Amerykanach, to ani mru, mru.   Oczywiście całą resztę niech pan powie. Widzi pan – w kraju nie dzieje się dobrze... idą zmiany...


- Ja się na tym nie znam – odpowiedziałem z całkowita szczerością.


- A widzi pan – człowiek z takimi talentami, a to nie jest moja opinia, nie może się separować od spraw publicznych. Jest pan niezależnym działaczem gospodarczym. Na zachodzie byłby pan milionerem...


   No – niezły naiwniak – pomyślałem...


- Przepraszam  - poprawił się jednak – nie jest moim zadaniem zaglądanie panu do kieszeni, lecz tryb przypuszczający w sprawie milionów wycofuję...


- Przesadza pan – zareplikowałem, zresztą bez wiary w swą zdolność przekonywania.


- Tak więc powstaje inicjatywa obywatelska – taka ankieta na temat możliwości dokonania realnych i uzasadnionych zmian w kraju. Gorące głowy, jak zawsze, ale kraj potrzebuje zmian. My to rozumiemy...


   Było jasne, że wszystko to jeszcze muszę skonsultować, więc dalej długo nie gadaliśmy. Za wszystko zapłaciłem ja, major wziął rachunek i rozstaliśmy się na razie w zgodzie.


 


   Profesor Mołojewicz wyglądał dziwnie. Mieszkał luksusowo  w narożnej kamienicy na Hożej, ale nie w jakiejś starej, zapuszczonej ruderze, w której kiedyś, obok, oferowano mi też piękne, lecz zapuszczone mieszkanie. Pamiętam – z wielki  żalem rezygnowałem. Taka piękna kamienica. No ale trudno. Otóż kamienica profesora była wspaniale utrzymana. Sstare, niezniszczone podczas wojny kafelki na schodach, mozaiki w oknach, wszędzie czysto. On mieszka na pierwszym piętrze: olbrzymie pokoje, stare meble, obrazy. To wszystko nie tak luksusowe, jak u Przemyslidy, ale za to zharmonizowane, jakoś bardziej na swoim miejscu.   Sam profesor – jak wiem – seksuolog – dziwaczna profesja, jest człowiekiem drobnym, o rysach twarzy, które czasem widywałem w Związku Radzieckim, ale rzadko. Zaprosił mnie, bym usiadł w starym, ale wygodnym krześle za stołem. Małżonka profesora, wyraźnie młodsza i niczego jeszcze sobie, podała kawę, a on wyciągnął brandy.


   Przyglądałem mu się z ciekawością. Wiedziałem, że jest bogaty, bo pisze kryminały i największe pieniądze, choć w kraju bierze duże, ma z edycji w Związku Radzieckim.


- Cieszę się, że zechciał pan przybyć. Wie pan oczywiście, dlaczego chciałem się z panem spotkać?


   Zygmunt dał mi instrukcje, więc oczywiście wiedziałem:


- Nie do końca, panie profesorze. Ale generalnie tak. Jak wiem, zawiązało się seminarium Wiedza i Wnioski grupujące ludzi różnych zawodów, w tym także działaczy społecznych. Ja jednak jestem tylko skromnym rzemieślnikiem, nie żadnym dyrektorem wielkiej fabryki, więc nie wiem, czy zasługuję na takie wyróżnienie, a przede wszystkim, czy moja skromna wiedza w ogóle komuś na coś może się przydać?


- Proszę się nie przejmować – odpowiedział, wyraźnie zadowolony z moich słów – warunki społeczno – polityczne sprawiają, że wedle uzyskanych przeze mnie informacji, działa pan na możliwie największą w naszym kraju skalę. Pan oczywiście wie, ze nasza działalność jest komentowana w świecie, w tym także w Wolnej Europie. Nic na to nie poradzimy, ale nie ma innej możliwości skutecznego dotarcia do opinii  publicznej.A to, co naszemu krajowi jest niezbędne, to jest społeczny dyskurs. Sam pan widzi – opozycja jest już taka silna, że nikt jej nie może zdławić, powstają nawet Wolne Związki Zawodowe. Nie da się rządzić bez brania pod uwagę opinii, ale także i woli społeczeństwa, jej różnych podmiotów...


- Towarzysz Gierek jednak ciągle konsultuje, w fabrykach, na wiecach – zauważyłem.


- Widzę, że jest pan człowiekiem ostrożnym. Proszę jednak zwrócić uwagę, że nie jesteśmy jakąś opozycją, raczej gronem osób w różnych dziedzinach fachowych, pragnących ratować nasz kraj. Chyba ma pan pogląd na stan polskiej gospodarki?


- Poza tym, co widzę na półkach sklepowych, na ulicach, w bardzo wąskim zakresie.


- I czy jest pan tym stanem, który widzi pan w obrębie swoich zainteresowań – usatysfakcjonowany?


- Panie profesorze – w zasadzie tak. Jeżeli odnotowuję jakieś skromne sukcesy, to dzięki temu, że występują okresowe braki tego, czy owego. Ale przyznaję – sam fakt, że te braki występują i pomimo mojej działalności, czy osób mi podobnych, ustąpić nie chcą, jest dla państwa niepokojący.


- Czy może cos pan o tym powiedzieć?


- Właściwie, to o konkretach nie chciałbym zbyt wiele mówić, choć wszystko, co robię, jest legalne, przynajmniej o ile mi wiadomo. Pan wie – przepisy ciągle się zmieniają. Na powielaczu je drukują  i drukują. Swoja drogą, ponieważ działalność seminarium pociąga za sobą koszta, chętnie na miarę skromnych możliwości poczynię jakiś wkład. Proszę pana profesora o nie komentowanie tej mojej deklaracji.


- Cieszę się z pana słów. Na szczęście nasza działalność nie jest kosztowna i nie jesteśmy w takiej potrzebie. Ale to na razie. Pragnę podkreślić, że wśród naszych respondentów są liczni ludzie niewątpliwie związani z aparatem władzy, przewinęli się nawet członkowie kace, redaktorzy „Polityki”...


   Aha – myślę sobie – już ja wiem jacy – związani z informacją wojskową...


- Widzi pan, nie chodzi o to, by bez potrzeby drażnić naszych sojuszników. Oni też muszą zrozumieć, że bez radykalnych zmian Polska stanie się dla nich dramatyczna kulą u nogi. Otworzyli front w Afganistanie i oczywiście odnoszą tam same sukcesy, ale to jeszcze nie wiadomo, na ile lat tych sukcesów się skazali?  To nie jest czas – z ich punktu widzenia – na trudności w Polsce. A one już są.


   Zgodziłem się z profesorem, pobrałem kwestionariusze ankiet, umówiłem się na termin ich wypełnienia i wyszedłem. Dziwny człowiek. Drukują go w zeteserer, a nie wydaje mi się, by był ruskim człowiekiem. Choć czort go wie.


   Tylko rodzi się pytanie – po co ja im tu w tym towarzystwie? Jest jasne, że służby to kontrolują. Ba, nawet członkowie kace tu kombinują. W coś tu wdeptuję... Ale nie mam wyjścia. Pachnie to wielka polityką, a ja jestem na nią zbyt chudy w uszach...


   Potem dopytałem jeszcze Zygmunta o tego profesora. No i odpowiedział mi dziwacznie:


- Ten twój profesor, o ile mi wiadomo, jest lojalny wobec wszystkich służb, ale nie jest agentem żadnej.  On jest jeszcze inaczej zorganizowany.


- Ruski człowiek?


- Może, ale też raczej nie. Jego matka była jakąś Buriatką, czy tez raczej, ale nie wiem, czy dobrze pamiętam: - Chakaską...


- Że kim?


- No Chakaską?


- Co to za dziwo?


- Pewnie jacyś ludożercy w Rosji &