Nie sądziłem, aby ta cała maść miała mi być bardziej potrzebna, niż w kraju, a nigdy dotychczas nie musiałem jej używać, ale zapakowałem. Walizkę przecież, i to skórzaną, miałem pojemną.<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


Ale nie widać było, by mama sprzeciwiała się wyjazdowi. Przeciwnie - miałem wrażenie, że z tym samym nastawieniem żegnałaby mnie przed wyjazdem do USA. Może na poniewierkę, ale na pewno po dolary...   


Zygmunt odprowadził mnie na Dworzec Wschodni. Bilet kupiłem w "Orbisie" w Alejach Jerozolimskich i gdy tylko przedstawiłem paszport, to kasjerka najpierw sprawdziła w przetłuszczonym i rozpadającym się zeszycie, a potem, dokładnie mi się przyglądając, wzrokiem takim bardziej policyjnym, czy ja na fotografii, to  ja za szybą, wręczyła mi miejscówkę pierwszej klasy. Oprócz walizki miałem jeszcze olbrzymie papierowe torby z Pewexu, gdzie w zgodzie z radą Michaiła Grigoriewicza nabyłem trzydzieści par spodni ze ścieralnego dżinsu Rifle dla dorosłych i dwadzieścia par dla dzieci, a Staś załatwił mi i to od ręki, dwadzieścia pięć par  polskich, z gorzej ścieralnego dżinsu, jakoś taniej, bo po sto sześćdziesiąt złotych, kupionych na bazarze Różyckiego od bab. Te dżinsy masowo produkowało całe podziemie funkcjonujące wokół podkarpackich wiosek z Rzeszowszczyzny. Nasi w ogóle nie potrafili sobie z tym dać rady, więc tylko kontrolowali, co i jak. Tak słyszałem jeszcze w pensjonacie, ale miałem pogląd nieco bardziej sprecyzowany. Tych trzech oficerów od szytych w kraju dżinsów, po pijaku dosłownie szastało pieniędzmi i zaraz po marcu 1968 dziewczynom wkładali między nogi całe rulony brudasów wołając, że teraz to oni są bananowa młodzież.


Do tego wszystkiego dołączyłem pięć pojedynczych gum bubble-gume - amerykańskich - na padarunek dla syna gospodarza, dwadzieścia krajowych pakiecików gum po pięć z prywatnej wytwórni, dwanaście parasolek damskich składanych i sześć męskich, też składanych. Jechałem więc na ten Krym jak z szabru, obciążony niesamowitą ilością wyrobów, o których skądinąd, nie tylko do Michaiła Grigoriewicza wiedziałem, że w zeteserer są chodliwe. W banku polskim zaś wymieniłem w oparciu o specjalny talon wręczony mi po prostu przez Michaiła Grigoriewicza, trzysta sześćdziesiąt rubli - kwotę podobno znaczną - i to wpisano mi do książeczki walutowej. Dokładnie je sobie obejrzałem. Trzydzieści sześć, prosto z drukarni, czerwonych banknotów po dziesięć rubli. Nic się od czasów caratu nie zmieniło - dziesięć rubli papierowych to czerwoniec... U nas w kieleckiem jeszcze o tym pamiętano.  Tyle, ze kiedyś za czerwońca, tak wspominano, to porządnego cielaka kupił...


Myślałem, że poznam kogoś stamtąd w przedziale, nawet przygotowałem sobie całą koncepcję, jak by tu się możliwie dużo dowiedzieć, samemu mówiąc jak najmniej. Słówek uczyłem się ze słownika, który kupiłem w antykwariacie za trzykrotną cenę w stosunku do tej wytłoczonej na okładce. Był trochę zużyty, ale jeszcze kompletny, a nowych w księgarniach nie było. Miały być jakieś wielkie słowniki w pałacu kultury, w jakimś Orpanie, czy jak, ale łaziłem po tym pałacu i nie znalazłem...  Zgłupiałem i niepotrzebnie pytałem, gdzie jest księgarnia, w której można kupić słownik i rozmówki polsko - rosyjskie? Chłe, chłe... No to pewnie, że mnie dezinformowali...


Jednak aż do granicy jechałem sam. Wagonowa - baba rozłożysta, wzrostu grenadierskiego, w wieku nie do ustalenia, z kokiem tak wysokim, z włosów tak dziwacznie, chyba nieumiejętnie pofarbowanych, że roznosząc pościel z tkaniny bawełnianej o fakturze papieru ściernego, zamiatała sufit, kazała przyjść po kipiatok "czerez dziesiat minut"...


Za dziesięć minut ruszyłem korytarzem ku końcu korytarza, gdzie kłębił się już niezły tłumek Rosjan. Teraz dopiero domyśliłem się, że Polacy jeździli, zapewne polskimi wagonami, też zresztą włączonymi do składu pociągu. Pozostałe kobiety też miały koki, zresztą w różnych kształtach, lecz nieodmiennie olbrzymie... Doprawdy, radziecka ziemia karmi kobiety o niezwykle gęstym i obfitym owłosieniu na głowach...


 Gdy tylko wagonowa mnie dostrzegła, dosłownie ryknęła na pozostałych podróżnych:


- Towariszczi, tawariszcz inastraniec - dawajcie jewo...


   I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki utworzył się w korytarzu szpaler między podróżnymi wiodący mnie wprost do olbrzymiego blaszanego pojemnika wmontowanego w ściany wagonu, pod którym, mimo niesamowitego upału palił się, niczym w wiejskiej kuchni, węgiel. A okna, jak się zorientowałem, były zaśróbowane.


   Wagonowa wyciągnęła w moim kierunku szklankę w metalowej oprawce i z irytacją, że marudzę, syknęła:


- Brasaj, tawariszcz, czaj...


   Ja domyśliłem się, o co chodzi, ale oczywiście własnej herbaty ze sobą nie miałem. W termosie miałem kawę, ale herbaty w wiórkach nie... Szybko jednak, nieomal na wyścigi, zaczęli mi podróżni wsypywać w tę szklankę po trochę herbaty tak, że do jednej trzeciej wypełniła się suszem.


- Nu - kulturna...  - skomentowała to baba i odsypała większość w skrawek gazety, zrobiła tutkę i po prostu włożyła mi do kieszeni marynarki. Resztę zalała, wsypała trzy czubate łyżki cukru, a gdy z namaszczeniem trzymałem tę szklankę w jednej ręce, to do drugiej podała mi najpierw piwo, a potem pół litra wódki. Ja wódki nie chciałem brać, lecz ona autorytatywnie zakrzyknęła:


- Bieri, bieri... paka i jest...


   Potem jeszcze dodała olbrzymią puszkę tuszonki. Flaszki ulokowałem w kieszeniach marynarki, a ona dodała:


- Tri piatdziesiat siem...


   Gdy pokazałem, że nie mam jak sięgnąć do portfela, wzruszyła ramionami:


- Patom...


   I rzeczywiście. Wszyscy brali ten sam zestaw, tylko na dzieci wydawała wrzątek, tuszonkę i piwo, ale bez wódki. Ludzie przeciw temu protestowali. Oglądali te butelki i ze znawstwem oceniali:


– eksportnaja...


   Czyli tak jak i u nas - to co eksportowe – widać... jest lepsze...


    W przedziale - bukwy już jako tako przypomniałem sobie w Warszawie - dokładnie przeczytałem etykiety. Wódka była "moskovskaia" i etykieta zapisana była łacińskimi literami, piwo było Żigulowskie i wypicie go, ciepłego jak zupa, lecz bez wątpienia samego w sobie nie do przyjęcia, było czynem ponad moje siły, zaś tuszonka była wołowa, tak jak te moje z ambasady, ale większa i nie z Baranowicz.


   Przed Przemyślem poszedłem do toalety. Przeżyłem szok, a nie mam słabych nerwów. Gdy tylko otworzyłem drzwi, a mogłem się tego domyślać, bo w upale i zaduchu po całym korytarzu rozchodził się znajomy mi z krajowych pociągów, które jednak przecież są wietrzone, charakterystyczny zapach. Ale gdy tylko otworzyłem drzwi do toalety, to jakaś siła wypchnęła mnie dosłownie na zewnątrz. No... ale wejść musiałem. Zamiast muszli klozetowej była po prostu dziura w podłodze. Wprawdzie zaznaczone były miejsca sugerujące, gdzie należy postawić stopy, lecz nie wszystkim to się udało. Mocz po prostu chlupotał na podłodze rozchodząc się falami w rytmie stukotu wagonu o szyny. Nie była to woda, gdyż wody w kranie nie było. To wszystko by mnie nie dziwiło, te obrazki znałem z repertuaru pekape, lecz nie w tym natężeniu! Dopiero gdy wychodziłem, to zauważyłem kłąb jakiejś miękkiej brunatnej bawełny, też zapewne nie pięknie pachnącej, choć ja już nic nie czułem. Starannie, nie dotykąjąc jej palcami, wytarłem o nią buty. Czym prędzej wróciłem. W ustach czułem smak skwaśniałego - to było dla mnie doprawdy odkryciem - gówna. Czym prędzej, wbrew swym obyczajom, odkręciłem kubeczek od termosu i nalałem sobie po wrąbki, ciepłej bo ciepłej, wódki. Wypiłem toto nieomal po rosyjsku, na dwa razy!


  Ciągle jeszcze byłem zszokowany, gdy weszli polscy pogranicznicy i celnicy. Z wrażenia zapomniałem schować napoczęta butelkę. Pogranicznik pięknie życzył mi, salutując, miłej podróży i to był optymistyczny akcent - wojsko jednak potrafi się zachować... Celnicy też byli uprzejmi. Dwaj, bez wątpienia działali na zlecenie, porachowali dosłownie wszystko i choć na zakupy w Pewexie miałem stosowne rachunki i wolno mi je było wywieźć, to jednak parasolki i spodnie z bazaru były ewidentnym szmuglem. A jednak nawet powieka im nie drgnęła. Zanotowali nawet chusteczki do nosa i też się pożegnali życząc miłego wypoczynku. O celnikach to i owo się słyszało, więc na ich zachowanie złego słowa nie mogę powiedzieć. Ale było jasne, że Franek, choć przecież krajowe rzeczy kupowałem przez Zygmunta i Stasia, to jednak chciał być zorientowany. 


   Rosjanie zaś wpadli do przedziału jak szarańcza. Akcja się powtórzyła. Znów wszystko notowali i też niczemu się nie dziwili. Byli bardziej wnikliwi. Kazali mi spuścić spodnie, pochylić się i zajrzeli w odbyt. Ja roztropnie podczas wizyty z toalecie miałem własny papier toaletowy, lecz używałem go w nienormalnym dla mnie pośpiechu, więc wszystkie te zabiegi nie musiały być dla funkcjonariuszy budujące. Wcale ich nie żałowałem... Wyglądali jak bandyci w mundurach i takie mieli maniery. Bez słowa odwalili po hejnale z mojej flaszki, nawet nie powiedzieli, że "wkusna" i poszli.


   Flaszkę z resztą alkoholu wrzuciłem do pojemnika na śmieci i systematycznymi ruchami, jak automat, wyciągnąłem z walizki płaską butelkę jarzębiaku z metalowym kieliszkiem. Walnąłem sobie dwa pojemniczki pod rząd, poprawiłem kawą i uspokoiłem się. Miałem jeszcze też płaskie Martineu, ale postanowiłem nie otwierać. W tym upale łatwo mogłem się upić. Była bowiem noc, sama w sobie parna, a na dodatek te okropne okna były zaśrubowane. Jedyny wlot powietrza był - teraz to wiedziałem - przez dziurę w kiblu.


  We Lwowie korzystając z półgodzinnego postoju wyszedłem na peron. Nie chciałem oddalać się od wagonu ze względu na pozostawione w nim rzeczy, jednak zdecydowałem się ruszyć ku cysternie, a której rozlewano jakiś płyn. Odcyfrowałem napis - kwas. Coś słyszałem, że to zapewne kwas chlebowy - ponoć doskonały na kaca.


   Właśnie na moich oczach milicjanci wygonili spod cysterny prywatną inicjatywę - babę sprzedającą, pewnie za grosze, olbrzymie puste słoje na kwas dla nie zaopatrzonych przybyszy zza granicy. Ludzie natychmiast - u nas to by gardłowali, a przynajmniej użalili się nad staruszką - zaczęli kupować w stoisku obok pełne słoje. Potem doczytałem - to był sok z brzozy. Wylewali go wprost do rynsztoka i puste baniaki podawali sprzedawcy celem powtórnego napełnienia  krwistoczerwonym płynem lecącym z kurka. Zapach tego czegoś był mi chyba znany... Płyn był dość chłodny, bo czułem to przez szkło. I dość w sumie drogi - za trzy litry prawie rubla... Spróbowałem - to było czerwone wytrawne wino... Nie miałem szansy przywitać Ojczyznę Proletariatu na trzeźwo...


   Gdy z tym baniakiem wróciłem do przedziału, to siedziała w nim już nowa pasażerka... Może przed trzydziestką, raczej obfitych kształtów, prawdopodobnie w delegacji, bo miała ze sobą tylko niewielką, jak większość miejscowych - jeszcze bardziej obskurną, niż to zdarzało się w Polsce -  walizkę.


   Dość szybko nawiązaliśmy rozmowę. Znała polski! Co więcej - również jadąc do Odessy, gotowa była mi udzielić praktycznych lekcji języka rosyjskiego. Tak więc całą prawie dobę przegadaliśmy z doskonałym skutkiem dla mnie. Wprawdzie była dość wścibska i pytała o zbyt wiele rzeczy osobistych, ale albo ją zbywałem, albo, gdy była nachalna, zwyczajnie łgałem. Dopiero, gdy zbliżaliśmy się do miasta, to mi powiedziała, że jest przydzieloną mi przewodniczką i tłumaczką pracującą w turystycznej firmie Intourist. Aha - taki głupi to nie byłem - już ja tam wiem, jak się nazywa jej biuro turystyczne...


   W Odessie wysiedliśmy wieczorem. Miasto jakieś jakby zaciemnione. O godzinie dziewiętnastej ich czasu ulice po prostu puste. Czekającą na nas luksusową taksówką marki Wołga dojechaliśmy do hotelu - po rosyjsku - gastinica - o nazwie "Łondonskaia".  Coś w rodzaju warszawskiego Bristolu, tylko dużo mniejszego. No i jeszcze gorzej utrzymanego - podłogi wprawdzie pastowano i froterowano, ale chyba od rewolucji nie cyklinowano. Zdumiała mnie liczba karaluchów. Gniazdo - ewidentnie - miały w tapczanie w moim dwuosobowym pokoju. Kolację zjadłem sam w barze na piętrze. Jakaś fatalna szynka, tłusta kiełbasa. Wszystko pokrojone w plasterki centymetrowej grubości. Ja chyba zapomniałem, że jestem tu gościem i łamaną z polskim ruszczyzną usiłowałem wynegocjować pokrojenie dla mnie wędlin nieco cieniej. Babol, może czterdziestoletni, melancholijnie chudy, z wielkimi oczami i monstrualnym kokiem w kształcie zupełnie foremnej łodzi rybackiej, przy tym raczej nie uczesany - bo cała ta fryzura była ewidentnie nie pierwszej świeżości, doskonale mnie zrozumiał i odciął się, że palców dla mnie to ona nie będzie sobie obcinać.. Pokazała przy tym te swoje nie obcięte palce i okazało się, że ma nie obcięte, ale paznokcie, pomalowane jakimś kiepskim, złuszczonym lakierem, przez który przebijała żałoba ordynarnego brudu. No... jak ja bym coś takiego zauważył u moich tłumoków kuchennych rodem z pegeeru, to normalnie tłukłbym i patrzył tylko, czy równo puchnie!


   Zapłaciłem za to jakieś zupełne grosze i resztę sumiennie mi wydano. Bufetowa usiłowała wcisnąć mi jeszcze czekoladę, że niby na zgodę, ale choć i w Warszawie był to rarytas, to zrezygnowałem.   


   Inni goście też jedli. Przyglądali mi się z zainteresowaniem, choć przecież obcokrajowiec nie mógł na nich w takim hotelu robić większego wrażenia.


   Potem zszedłem na dół, do holu, gdzie już czekała Udarka - moja poznana w pociągu przewodniczka. Wyszliśmy na spacer. Hotel stał na wysokiej skarpie, wzdłuż której szedł źle oświetlony bulwar. W dole widać było port. Jakieś trzydzieści metrów od budynku hotelowego był skwer z pomnikiem - jak się dowiedziałem - diuka Richelieu. W mętnym świetle było widać, że stary. Dziwne to było, że kardynał Richelieu, chyba jeszcze młody, bo bez brzucha, a przecież czytałem "Trzech muszkieterów", był tutaj w Odessie i na dodatek ponoć zakładał miasto. Udarka dopiero po chwili, gdy weszliśmy w przylegającym budynku do baru "Domu Oficera", za okazaniem przez nią jakiejś legitymacji - zapewne legitymacji przewodnika turystycznego - he, he.. - wyjaśniła mi, że to był inny Richelieu - progresiwnyj, czyli postępowy, gdy ten z "Trzech muszkieterów" był reakcyjny i na dodatek pop katolickiej cerkwi.


   Zaraz potem spytała, czy chcę jutro iść do katolickiej cerkwi, ale oczywiście od razu odmówiłem. To żmija!


  Jeszcze raz mnie podchodziła mówiąc, że Związek Radziecki w obronie pokoju, w celu osłaniania swych licznych sojuszników, musi ponosić olbrzymie koszty łączące się z wielkimi wyrzeczeniami, z radością ponoszonymi przez ludzi radzieckich i dlatego na ulicach może mi się wydawać, że nie wszystko jeszcze jest w należytym porządku. Ja jej na to, że przeciwnie, wszystko jest wspaniale, ludzie mili, a miasto jak należy i niczym nie różni się od miast w Polsce, może z wyjątkiem Warszawy, bo Warszawa jest nowoczesna i ma prawie same nowoczesne budynki. Udarce myśl, że miasto nie powinno mieć starych budynków bardzo się spodobała.


    A co jej miałem powiedzieć? Czy to, że z tymi swoimi obdrapanymi kamienicami z ubiegłego wieku Odessa wydała mi się jeszcze brzydsza, niż Piotrkowska w Łodzi? Ale sama zrozumiała...


   W barze Klubu Oficera kłębił się dziki tłum oficerów i ich niezwykle krzykliwych żon w różnym stopniu upojenia alkoholowego. Stare ściany były chyba nawet niedawno malowane, a może bielone wręcz wapnem, przez który przebijały się jeszcze bardziej fantazyjne niż w hotelu kształty narastających grzybów. Jednak było tak parno, że pewnie grzyb wyrastał tu jeszcze zanim zawieszono wiechę nad dachem. My w każdym razie z zadysponowaną przez Udarkę butelką koniaku, kilkoma cukierkami i oranżadą, wyszliśmy na podwórko, gdzie były rozstawione tandetne stoliki ze skrzypiącymi krzesłami. Stół - czy to stojąc na nierównym terenie, czy też mając nierównej długości nogi - w kraju najczęściej chodziło o to ostatnie - zakolebał się, gdy usiłowaliśmy za nim zasiąść i butelka spadła rozbijając się w drobny mak. Trzeba przyznać, że w tej temperaturze natychmiast owiał nas obłok doskonałego aromatu. Udarka wstała, poszła do bufetu, a ja za nią.


    Za poprzednie zamówienie ja zapłaciłem. Tym razem zapłaciła ona. Chciała coś jeszcze,  zapewne, by ktoś posprzątał szkło. Bufetowa, której kok przypominał korzeń buraka cukrowego, z którego wyrastały dwie łyżwy, stanowczo odmawiała. Wtedy Udarka pokazała swoje możliwości - rozdarła się na całą salę elektryzując nawet niektórych pijanych oficerów, a już na pewno wzbudzając żywe zainteresowanie ich kłębiących się po sali bez miejsc siedzących żon. Wrzeszczała coś o gościu z sojuszniczej Polski i inne dyrdymały, ale tonem, który wskazywał, że ryczeć na wszystkich to jej wolno. Bufetowa jednak, widać zaprawiona w niejednym boju, wzruszyła ramionami i odpowiedziała:


- Kurica nie ptica, a Polsza nie zagranica...


   Byłem tak zbaraniały, że nawet nie pomyślałem, aby jakoś zareagować. Po prostu, jak sądzę, rozdziawiłem japę... W tym momencie jednak refleksem wykazała się Udarka. Kocim ruchem chwyciła bufetową za kudły, ale nie szarpnęła. Dzięki temu, ponieważ miała dłuższe od niej ręce i w ogóle solidniej wyglądała, była panią sytuacji:


- No bladź, bystra... - dosłownie wycedziła.


   Bufetowa, bez ruchu, rozkazała swej pomocnicy posprzątać i na tym się skończyło. Wyszliśmy z sali, w której panowała nieomal absolutna cisza. W ślad za nami podążała pomocnica bufetowej, może siedemdziesięcioletnia staruszka na krzywych i niezwykle cienkich nóżkach z trudem, ale i z wprawą niosąca wiadro i miotłę. Tu jednak nowa katastrofa: na stole pozostał tylko talerzyk po konfietach, a jedna z dwóch butelek oranżady była wypita.  Udarka, ciągle jeszcze rozgrzana niedawnym zwycięstwem, bez jakiegokolwiek zdziwienia rozejrzała się po sali. Poza naszym były w sporym oddaleniu od siebie jeszcze dwa stoliki i oba były zajęte. Przy jednym siedziało czterech młodych oficerów, jeszcze może nawet trzeźwych i chyba zażenowanych sytuacją. Przy drugim stoliku było trzech w wieku trzydziestu może lat...


   Udarka podeszła do tego drugiego stolika i bez słowa, wkładając palce lewej ręki w dziurki od nosa pierwszego z brzegu oficera postawiła go do pionu, a zaraz potem prawą dłonią trzymając butelkę, palec środkowy tej dłoni wsadziła dosłownie w oczodół delikwenta. Palec haczykowato wbijał się w oczodół, a samo oko wyglądało, jakby bliskie było wypadnięcia, jednak jeszcze nie wypadło. Drugą rękę, to dostrzegłem dopiero po chwili, energicznie trzymała w kroczu tego faceta.


- Konfiety - znów wycedziła, choć z pozorami spokoju.


   Po gościu nawet nie widać było, że jest przerażony. Wyglądał tak, jak wyglądać może człowiek na chwilę przed utratą jednego z dwóch oczu...


- Wania... kanfiety - wyszeptał z wielką ostrożnością, by niczym nie zirytować mojej Udarki.


   Wówczas drugi z oficerów nie wstając rzucił garść cukierków na wapienne płyty, którymi wyłożone było podwórko.


- Na stoł... wor... - warknęła Udarka.


   Z drugiego stolika poderwał się młodziak i położył cukierki na stole. Zaraz potem usiadł. Moja towarzyszka ostrożnie wyjęła palec z oka, ale drugą ręką uczyniła jakiś energiczny ruch, bo jej ofiara natychmiast upadła na ziemię zwijając się z bólu.  Jego koledzy poderwali się, podnieśli go i biorąc ze sobą w kieszeń napoczętą flaszkę ze swojego stolika, szybko się oddalili. W ślad za nimi ruszyli ci młodzi.


   Dosłownie widać było, że Udarka jest z siebie dumna. Ale mimo to oboje przez cały wieczór sympatycznie rozmawialiśmy nie napomykając nawet o incydencie. Choć wyobrażam sobie - ten oficer - a wyraźnie to nie on ukradł cukierki, tylko jego kolega - musiał być w swojej jednostce już skończony.


   Noc spędziliśmy u mnie w pokoju. Bufetowa żalu nie miała, bo gdy na odchodne zamówiliśmy szampana, to przyniosła, specjalnie dla nas, dwie flaszki porządnie zmrożonego i połusuchowo - czyli półwytrawnego, gdy innym dawała gorszy, wytrawny i na dodatek nie z lodówki.


   Udarka znów usiłowała wyciągnąć ze mnie informacje, ale korzystając z intymności sytuacji poprosiłem, by wreszcie dała spokój. Powiedziałem to możliwie taktownie także po to, by jej nie zirytować.


   W pokoju zabawialiśmy się sobą prawie całą noc. Łapałem karaluchy i puszczałem je po jej ciele. Wcale się nie brzydziliśmy. Śmiechu było co nie miara, gdy takie szkaradnie wielkie, wąsate, właziły tam, gdzie nie trzeba... Aż piszczała z zadowolenia!


   A swoją drogą, czekoladowe cukierki, nawet tak marne, jak sowieckie, do koniaku, to dobra rzecz...


***


   W pociągu na Krym Udarka opowiedziała mi dowcip o Odessie:


- Rozmawia dwóch ludzi - jeden adesyta, czyli mieszkaniec Odessy, a drugi mieszka gdzieś indziej. Ten nie z Odessy pyta: - "skolka liudziej żywiot w Odesie?  No sztoż - otwieczaiet adesyta - połtora miliona budziet... A jewriejew skolka? - znowa spraszywaiet etot  nie adesyta. A ja i skazał - otwieczaiet adesyta"...


   W Dżankoi, już na Krymie, u samej nasady półwyspu, była przesiadka. Miejscowość jest malutka, właściwie tylko stacja kolejowa i osiedle kolejarskie. Mieliśmy parę godzin, więc spacerowaliśmy. Wszędzie szwędało się mnóstwo wojskowych w czarnych mundurach - wojsko kolejowe. Ale byli jacyś dziwni, niezwykle krępi, potężni jak szafy trzydrzwiowe. Spytałem zatem, skąd oni takich biorą?


- A u nas w specwajskach dają żołnierzom takie cud pigułki. Oni je jedzą i jak w czarach drobni chłopcy stają się potężni w barach. Ooo... u nas są najlepsi inżynierowie zdrowia i fizkultury. Gdy tylko w następnej pięciolatce zwiększy się produkcja specpastylek, to nawet telefoniści u nas będą jak atleci. Nic tylko na olimpiadę ich puszczać.  Ale nie martw się... Dla armii sojuszniczych też nie będziemy niczego żałować. Wam też cherlactwo nie jest w koszarach potrzebne...


   Doprawdy, Kraj Rad zdumiewał mnie. Oficerowie kradną cukierki z oranżadą, baby leją chłopów, a chłopy są chodowani tak dobrze, że cały świat może tylko zazdrościć... No i w kosmos posłali Gagarina pierwszego... Ale ba... My swoich Żydów jak idioci wyrzuciliśmy za granicę, a oni nic... Swoich trzymają, jak który chce emigrować, to go wysyłają, ale na Syberię. Całe miasta, jak Odessa, mają pełne Żydów. To i nic dziwnego, że nauka u nich taka przodująca. Żydzi im wszystko wymyślą. Udarka też tak sądzi. Dlatego uważa, że antysemityzm, to jest błędna i szkodliwa koncepcja. Wystarczy tylko pilnować, aby Żydzi nigdzie poza nauką nie dominowali. Nawet w nauce też trzeba pilnować, aby nie było więcej, niż te pięć procent Żydów w poszczególnych rocznikach akademickich. I to wystarczy. No i do wojska nie trzeba ich wpuszczać, bo z Żydów żadne wojaki. A nasze Franki, pany Mieczysławy i tak dalej, zamiast korzystać ze sprawdzonych wzorów, naszych Żydów wypuściły. I potem dziwić się, że takie pastylki, zamiast samemu produkować, zalewać nimi Zachód, sprzedawać im za dolary, nawet dawać na Wschód - co tam.. -  my musimy się prosić Rosjan.


   Na razie jeszcze nasi Polacy są jakby wyżsi i lepiej zbudowani niż ludzie radzieccy, ale nie miałem wątpliwości - to tylko kwestia czasu. A zresztą po co się szarpać z tą produkcją żywności, martwić pustymi hakami, skoro na rynek można rzucać byle co, dopchać pastylkami i też będzie dobrze?  Tylko czy nasi to zrozumieją? Im tylko kiełbasa w głowie... Żarli by i żarli, a peerel skąd ma na to żarcie brać?


   A ludzie radzieccy - w tym już się zorientowałem - w sklepach było mało, a i pieniędzy mają mało, mimo to są szczęśliwi i będą tak dorodni, jak ci z Dżankoj. To chyba musi na tym polegać, że u nich mimo wszystko świadomość jest wyższa...


   Udarka powiedziała mi, że w Dżankoj w 1920 roku dowodził walkami na Krymie generał Wrangiel. Ja coś ze szkoły pamiętam, że gdy Piłsudski naiwnie rzucił się na Kijów, z taką potęgą zadarł i oczywiście dostał po dupie, to Wrangiel - generał białogwardzistów - maszerował na Kijów, albo co? Taki głupi jednak, żeby się nadziać na tani chwyt, to ja nie byłem i o nic Udarki nie wypytywałem, tylko skomentowałem:


- I Wrangiel i Piłsudski - duraki, bo sowietskij sojuz jest wieczny i sprzeciwiać mu się nie należy!


   Ach, jaka była zadowolona po tej deklaracji! Skwapliwie dodała:


- Pół miliona naszych sowietskich sołdatów poległo za wyzwolenie Polski. I teraz sowietskij sojuz i polska narodna respublika są jak dwie siestry... Jedna jest starsza, a druga jest młodsza.


- No zdziro - pomyślałem - dobrze sobie przypominam obchody tysiąclecia państwa polskiego.


   Ale oczywiście o tym nie wspomniałem.


   Z Dżankoj do Teodozji jechaliśmy niebywale rozpalonym wagonem. W środku nie było przedziałów. Ludzie dosłownie mdleli. Przez cały czas kołatała mi się myśl, aby stłuc szybę i tylko dobre wychowanie mi w tym przeszkodziło. Do restauracyjnego nie mogliśmy pójść, bo wszystkich czemodanów nie mogliśmy ze sobą taskać, a zostawiać nie było bezpiecznie.


   Zdumiało mnie, że baby w dowolnym wieku, na oczach wszystkich w tych wagonach bez przedziałów przebierają się. A nie wydaje się, by były bezwstydne. Po prostu w takim wagonie - chyba słusznie - uważają, że normy cywilizowane nie obowiązują.


   W Teodozji na dworcu, a dworzec jest tam wprost na bulwarze nadmorskim, z rąk Udarki przejął mnie gospodarz, Nikołaj Grigoriewicz, brat Michaiła. Tego nie spodziewałem się. Sądziłem, że na cały czas pobytu w zeteserer Udarka jest mi przydana. A tym czasem moje bambetle wylądowały w koszu zdobycznego niemieckiego zundappa, ja sam usiadłem na tylnym siedzeniu, a motocykl z wielka wprawą wymijając spacerowiczów prowadził Nikołaj Grigoriewicz. Nawet się z Udarką nie zdążyłem pożegnać. Pomachaliśmy do siebie rękoma...


 


   Nikołaj Grigoriewicz był starszym bratem Michaiła, pięćdziesięcioletnim emerytowanym oficerem wojska lub KGB, zwolnionym z armii w stopniu mi nie znanym, lecz chyba pułkownika. Miał już czwartą żonę, bo poprzednio w odległych garnizonach i służąc za granicą żenić się musiał w pośpiechu, bez zastanowienia i dobra kobieta trafiła mu się dopiero za czwartym razem.


   Tego wszystkiego dowiedziałem się, gdy zajechaliśmy do domu. Uliczka trochę w głębi Teodozji, w dawnej dzielnicy tatarskiej, wykładana białymi wapiennymi kamieniami, z których zbudowano też ciągnące się z obu stron mury kolejnych, przylegających do siebie posesji. Jaskrawe, odbijające się od białych kamieni światło i niebywały gorąc ustąpiły natychmiast, gdy przez furtkę weszliśmy do środka. Obok furtki były drzwi garażu, nad którym nadbudowane było jeszcze mieszkalne piętro. Tam mieszkał wraz z rodziną gospodarz. W centrum posesji stał obszerny, parterowy dom kamienny rozparcelowany na pokoje do wynajęcia. Między domem a murem od ulicy było ocienione trzema olbrzymimi drzewami morelowymi atrium. W środku malutka, czynna fontanna, której woda ciągle się rozpryskiwała na drobne kropelki, tworzyła, w cieniu moreli, swoisty mikroklimat. Pod daszkiem na czterech kamiennych słupkach stał na wolnym powietrzu zachodnioniemiecki telewizor marki Telefunken - dobitne świadectwo pobytu gospodarza w NRD;  i przedwojenny polski, doskonały zresztą, jak się okazało, radioodbiornik marki Elektrit. Ja słyszałem, chyba od ministra od likwidacji rzemiosła, który sam był wilniukiem, że to była fabryka w Wilnie zrabowana przez sowietów w 1939 i wywieziona wraz z załogą do Mińska. Podczas ataku niemieckiego na zeteserer fabrykę ewakuowano na Syberię, a ponieważ w 1944 Mińsk się spalił, to zainstalowano ją z powrotem, nie wiadomo dlaczego, nie w Wilnie, lecz w Rydze. Oczywiście, od 1939 produkowała pod inną marką. O los wożonej w te i nazad załogi nie pytałem, bo minister, pod koniec życia przestawał być ostrożny, jeszcze by powiedział tak wprost, nie owijając w bawełnę i musiałbym znów na niego donieść...


   Pokoik dostałem mały, dwułóżkowy, z szafką, stolikiem i dwoma fotelami. W ścianę wpuszczona była większa szafa, której jedna półka była za szkłem. Wszystkie te meble wykonano domowym sposobem, ale solidnie i z porządnych materiałów.


   Gdy tylko się rozpakowałem, gospodarz poprosił mnie do atrium. Usiedliśmy na ławie pod murem domu przy jeszcze jednym stoliku. Na stole stała popielnica ze spiłowanej łuski armatniej. Obok był kosz na śmieci z o wiele większej łuski, pewnie do działa okrętowego. Przyszła jego żona, Marija - tak mi ją przedstawił i dobitnie kazał mówić do niej po imieniu. Ukłoniła się, jakby była kelnerką. Liczyła sobie jakieś trzydzieści pięć lat. Była Mołdawianką, czyli - czego dotychczas nie wiedziałem - po prostu Rumunką. Bardzo pracowita kobieta.


   Przyniosła dwie szklanki z grubego, lanego szkła i butelkę chłodnego wina.


- To wino, to Cziornyj Doktor - zaznaczył gospodarz.


   Było smaczne - ciężkie, półsłodkie, a może półwytrawne - słabo się na tym znam.


   Okazało się, że dom jako ruinę gospodarz kupił, gdy przechodził na emeryturę. Sam pochodził z Uralu i te upały trochę go męczyły. Wszystko własnymi rękoma odbudował, rozbudował, nawet muszle klozetowe udało mu się załatwić, przez brata. Rzeczywiście, muszle były jak najbardziej z Polski, potem to sprawdziłem, bo z polskimi napisami, ale jakieś przedwojenne chyba, pewnie wymontowane z rozbieranego budynku. W każdym razie spłuczka była żeliwna z napisem "Niagara" i od razu czułem się jak w domu.  Kablom, gdy się im przyjrzałem, też nic nie brakowało. Elektryczność rozchodziła się po domu wojskowymi kablami z czasów hitlerowskich, w ołowianych koszulkach, z nazwą wytwórni i gapami Wehrmachtu.


   W zasadzie nie wolno było w zeteserer wynajmować pokoi wczasowiczom, ale po pierwsze, to wszyscy tak robili, a po drugie - z czegoś trzeba żyć. Emeryturę bowiem Kola ma dobrą, ale zawsze nowa kopiejka się przyda. Potem zorientowałem się, że brał od łebka osiem rubli za nocleg.   A to wcale nie były kopiejki.


   Trzecia żona myślała, że do końca życia żyć będzie jak kuracjuszka, więc musiał ją przepędzić. Ożenił się ze sklepową w sklepie spożywczym. Codziennie widział, ze to robotna dziewczyna, a gdy na jego oczach utłukła szwędającego się o sklepie szczura, to już wiedział, że jest to ta baba, której mu było trzeba. Teraz nadal pracuje w sklepie, ale tylko siedem miesięcy na pół etatu. Sklep jest naprzeciw szkoły powszechnej, w której uczy się ich jedyny syn, to go może doglądać. Potem się dowiedziałem, że od początku maja do końca września Marijka po prostu konsekwentnie szła na chorobowe. Gdy tak sobie gadaliśmy, to ona moje brudne po podróży ubrania właśnie prała, o czym wcale jeszcze wówczas nie wiedziałem. Zorientowałem się, gdy po chwili rozwieszała je na sznurze tłumacząc się, że nie pytała, bo przecież to wszystko, w tym upale, to za piętnaście minut będzie suche.


   Stołować się miałem w Domu Oficera Armii Czerwonej o dziesięć, piętnaście minut drogi od domostwa gospodarzy. Gdyby jednak tego było mało, to mogłem podobnie jak pozostali wczasowicze, w tej chwili przebywający na plaży, gotować sobie również w domu. Czego nie będzie w sklepie, to się na bazarze dokupi...


   Wszystko za mnie wobec Kolki i wobec stołówki jest opłacone. Te rzeczy, które przywiozłem ze sobą na sprzedaż, to on chętnie kupi, chyba że znajdę lepszego kupca, ale jego zdaniem nie jest to prawdopodobne. Na bazar nie wolno mi iść jako sprzedawca, więc każdą parę spodni i każdą parasolkę za każdym razem musiałbym brać na siebie i ze sobą. Wtedy ludzie będą mnie zaczepiać i tak sprzedam, nawet trochę drożej, ale żyć mi nie dadzą, dopóki ostatniej rzeczy z Polski nie sprzedam. To już lepiej jest konsekwentnie odmawiać i za parę rubli mniej mieć święty spokój.


   Mikołaj Grigoriewicz powiedział, że chodzić mogę wszędzie, gdzie chcę w obrębie miasta, ale nie poza nim, bo w południowej części, na bulwarze, w dawnym pałacu Mienszykowów, czasem wypoczywają towarzysze z najwyższych władz i nie wolno im przeszkadzać, a jeszcze dalej na południe, w Płanerskie, są atomnyje łodki i strażnik, jak głupi, to może nawet zastrzelić. Dopiero potem dowiedziałem się, że w Płanerskie koło Koktebelu są nie tylko łodzie podwodne, zresztą w warunkach Morza Czarnego podobno kompletnie nieprzydatne, ale i willa towarzysza Breżniewa.


   W pewnej chwili na moich oczach spadły w kępę kwiatów przy fontannie dwie dojrzałe morele. No tak, żyć tutaj i nie umierać... Po prostu ślicznie...


   Domyśliłem się, że Mikołaj Grigoriewicz jest dobrze zorientowany w tym, co mam ze sobą na sprzedaż, a to dzięki szczegółowej kontroli na granicy. Umówiliśmy się na sto dziesięć rubli za spodnie Rifle dla dorosłych, sto za Rifle dla dzieci i dziewięćdziesiąt za podrabiane Rifle z bazaru Różyckiego. Po dwadzieścia pięć zaproponował za parasolkę, a ponieważ odniósł wrażenie, że się waham, to najpierw zaproponował dwadzieścia siedem, a potem dwadzieścia osiem rubli. Ja miałem ze sobą dwie puszki kawy rozpuszczalnej - jedną Nesca od Stasia, a drugą krajową Marago od rodziców i on sądził, że to też na sprzedaż, ale wyprowadziłem go z błędu.


   W tej sytuacji udałem się do mojego pokoju i do kuchni przygotować poczęstunek: kawę i koniak Martineu. Wszystko to przyniosłem na drewnianej tacy służącej, jak się zdaje, także jako deska do krojenia wędlin. W tym czasie z domku nad garażem schodził także Mikołaj Grigoriewicz. Z zachwytem spojrzał na butelkę. Łacińskie litery nie były mu obce i szybko odcyfrował napis "France". Dostrzegł, że przyniosłem trzecia szklankę dla jego małżonki. Zachował się stosownie, jeśli zważyć, że ta flacha kosztowała tak pomiędzy połową, a jedną trzecią przeciętnej pensji krajowej.  Było co doceniać. Nie musiał wiedzieć, że były czasy, gdy takie trunki traktowałem nie lepiej niż oranżadę...


   Zaproponował, całkiem roztropnie, by napić się dopiero wówczas, gdy się obrachujemy. Zgodziłem się z tym. Marijka zaczęła mu dawać jakieś znaki i zauważyłem, że w garści trzyma jeden parasol męski i jeden damski. Mikołaj Grigoriewicz ze zrozumieniem kiwnął mi głową i zaproponował, że za parasolki, skoro są składane, zapłaci mi po czterdzieści rubli. Ja, powodowany nie wiem czym, ponieważ wbrew mym obyczajom, zgodziłem się na trzydzieści pięć, na co rozmówca odpowiedział, że trzydzieści sześć i niczym na targu powiatowym z rozmachem podaliśmy sobie ręce na zgodę. On jeszcze musiał rachować nowe liczby, a Marijka bez liczydła nie chciała mu pomagać. Na chwilę wycofał się do swojego mieszkanka nad garażem, by po chwili wrócić i położyć dosłownie stos czerwonych dziesięciorublówek


- Wosiem tysiaczej sto czityrnatcat rubliej. Paszczitajcie, jest charaszo ili niet?


   I zaczęliśmy rachować. Składaliśmy banknoty w kupki po dwieście piećdziesiąt. Wszystko się zgadzało. To była góra pieniędzy - Wołga - fakt że bez talonu niedostępna - kosztowała dziesięć tysiące rubli. Potatarski dom dostał Mikołaj Grigoriewicz, fakt, że w ruinie, a poza tym po cenie urzędowej, za siedemset rubli. Inna sprawa, że swoich pieniędzy, szczególnie w Pewexie, też wyłożyłem bardzo dużo, tak mniej więcej trzydzieści pensji krajowych. No ale w rewanżu dostałem ponad osiemset przeciętnych miejscowych pensji. Jeszcze z Warszawy wiedziałem, że dolar na czarnym rynku kosztuje od dwóch i pół rubla w Armenii do trzech rubli w Moskwie i to z pocałowaniem ręki. Wychodziło na to, że leżało przede mną trzy tysiące zielonych... dwa porządne mieszkania w Warszawie kupione na wolnym rynku!


   Oczywiście miałem własnych pieniędzy dużo więcej, szczególnie w złocie i u rodziców. Ale te dochody na razie się skończyły i choć spodziewałem się, że do czegoś będę potrzebny Przemyslidzie i niewielkiemu wzrostem bratu Mikołaja Grigoriewicza, to jakie z tym będą się łączyć pieniądze, przewidzieć nie mogłem. Ja po prostu, może właśnie poza Przemyslidą, nie znałem nikogo równie bogatego, jak ja. Choć oczywiście nikt się swoimi zasobami nie chwali, to jednak mogłem ocenić, ile wyciągał od Stasia Franek - z pewnością dużo mniej niż ja. A przecież - uchodził za trzecią osobę w państwie. Nie pod względem dostojeństw, lecz realnych wpływów. Chyba jednak więcej miał pułkownik Wątroba z melasy pana Antoniego w cukrowni w Nakle. Ale ile takich interesików mogli prowadzić ci najwięksi? Jeden, dwa, trzy? Nie więcej!


   Marijka troskliwie umyła nasze szklanki po winie w fontannie i ja rozlałem. My mężczyźni siedzieliśmy, a Marijka skromnie popijała już nieco wystygłą kawę na stojąco pomimo, że obok stał taboret. Wskazałem gestem, że toast winien wznieść gospodarz i w tym momencie zorientowałem się, że jego zdaniem nalanie do mniej więcej jednej trzeciej wysokości rozszerzającej się szklanki, może po niecałe sto gram, jest nietaktem. Szybko więc uzupełniłem do wysokości dwóch trzecich. Całej szklanki w tym upale chyba bym nie wytrzymał...