Udało mi się kupić w zielonej budzie chrzan, ogórki kiszone też nie były kapciowate - bo od prywatnego, do tego jaja wiejskie, a nie państwowe, śmierdzące rybami... Wymyśliłem danie na sto dwa - jajecznica na kiełbasie, herbata, koniak i petitybery, bo w cukierni prywatnej nie chcieli dać rachunku. Ja i tak na tej zielonej budce - też bez rachunku - byłem stratny. W każdym razie postanowiłem przedwojennego fachowca przywitać po pańsku...<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


   W końcu przyszedł pół godziny po czasie. Mały, sześćdziesięcioletni człowieczek w świetnym, bazarowym, kraciastym palcie z koca, czerwonych skarpetach i butach chyba amerykańskich. Z przodu miał wszystkiego ze trzy całkiem czarne od papierosów zęby. Włosy miał takie tłuste, że choć zwykle na to nie zwracałem uwagi, sam przecież nie byłem wzorem higienisty, to tym razem mi się nie udało. Tyle jednak wiedziałem, że jeśli włosy były już takie tłuste, że łupież przestawał odpadać, to czas najwyższy było je myć...


    Spojrzał na koniak, taki z robaczkami zamiast liter i radziecki i od razu nalał sobie do naszykowanej angielki. Nasmażyłem jajecznicę z ośmiu jaj - pochwalił, że na śniadanie, jeśli goście zostaną do śniadania, to jest to dobre...


- Jacy goście? - pytam...


- No jak masz pan prowadzić burdel, to nawet w peerelu, panie tego, trzeba czasem wydawać śniadania. Na tym się zarabia... No... na tym też...


- Jaki burdel panie?


- No kurwa, panie... Za przeproszeniem. Pan oficer mówił, że jak jezioro łabędzie, to będzie to nowy socjalistyczny opiekun panienek. Że masz pan burdel prowadzić... Ja głupi nie jestem... Sam przed wojną w burdlu - za przeproszeniem, niestety sanacyjnym, robiłem...


   To był jak cios obuchem! Bo niby coś takiego się tajemniczo przewijało, ale żeby rzeczywiście? W państwie socjalistycznym?  A gdzie moralność z "Jak hartowała się stal"? Nagle jeszcze zdałem sobie sprawę, że co ja mamie powiem? Tata w więźniu, a syn burdel prowadzi? No ale tu szybko wymyśliłem, ze przecież mam być kierownikiem domu wczasowego. Jakoś się zakombinuje... Jeśli ja mam być kierownikiem, a personel sami mi przyślą, to przecież można będzie, no - może czasem... także samemu użyć? Marlenka była daleko, a krew młoda...


- Burdel panie, albo inaczej dom publiczny panie, to jest instytucja... Jest burdel mama, albo - za przeproszeniem - burdel tata... On rządzi wszystkim i wszyscy mają się go słuchać... A muszą, bo burdel tata trzyma kasę. Jak coś się nie podoba, to krótka rozmowa - w japę i na bruk - nową kurwę zawsze się znajdzie... W ogóle to panienki trzeba krótko trzymać - tirli, tirli z nimi, niby wszystko pięknie, ale jak tylko coś nie tak, to w ucho... W ucho panie najlepiej, bo sińców nie widać. Na całym ciele, panie, sińce klient zobaczy, a na uchu, czy pod włosami - nie tak łatwo... Bo panna musi w każdej chwili być do użytku. Burdel zarabia na pierdoleniu, panie, a nie na gadaniu... Jak który gość chce, żeby panienka jego lała - to proszę bardzo, ale jak chce, żeby to on lał, to już inna historia... Za to, to trzeba płacić jak za zboże panie... Bo przecież potem nie każdy ją będzie chciał, albo za pół ceny... Klienci, panie, to zaraza. Wszystko wychwycą, o - za przeproszeniem o każde gówienko się kłócą, że ma być taniej.


   Byłem oszołomiony. W tym duchu facet jeszcze nawijał dwie godziny, zjadł jajecznicę, kazał sobie ukroić trochę szynki, to nakroiłem. Na oknie wisiała, to co miałem robić? Koniak wypił, kawę wypił, herbatę wypił, petitybery to nie bardzo, bo prawie wszystkie ja zjadłem i poszedł mówiąc, że jeszcze wróci... gdy dostanie taką prośbę pana oficera... Tak powiedział...


   Następnego dnia spotkałem się z panem Zygmuntem w Ali - Babie na Miodowej. Miałem już plan. Pomysł z burdelem mi się podobał, ale czy będę kadrowym pracownikiem? No i - czy wypuszczą mojego tatę?  Jakie będę miał pobory? Jak będę zarabiał?


   Po to, aby uzyskać lepsze warunki, a szczególnie, żeby tatę wypuścili, początkowo planowałem kręcić nosem. Nie, żeby mówić, że nie, bo jeszcze pan Zygmunt powie, że jak nie, to nie... Tego wcale nie chciałem. Ale chciałem jak najwięcej uzyskać. No właśnie...


   Od razu się zorientowałem, wcześniej o tym nie myślałem, że pan Zygmunt jest zadowolony, że wszystkiego tak naprawdę dowiedziałem się od tego sanacyjnego alfonsa. Więc od razu przeszedł do rzeczy:


- Budynek w Sokołowie - sto siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy - to dawny dwór jakichś hrabiów niemieckich, samych generałów. W sam raz na taką instytucję. U nich też było same kurestwo i jeszcze zbrodnie... Architekt już plany zrobił, tylko on nie wiedział, do czego to ma służyć. Myśli, że jakiś spec dom twórczy, albo co?  To ty z tym Zenkiem wszystko obejrzysz. Remont robić będą górale. Spółdzielnię mają, ale to tak naprawdę prywaciarze. Resort uznał, że tak będzie najlepiej. Cały interes polega na tym, że oni nie mogą wiedzieć, że to ma być zakład specjalny. Jest ich tylko pięciu, ale robotnych. Obiecane maja paszporty do Ameryki. Jak się będą starać... Po to, aby nie podpadało - to tajemnica - rozumiesz - tu wszystko jest tajemnica - ale ty - lepiej - żebyś wiedział... Oni dali taką niby łapówkę jednemu z naszych. I mają powiedziane, że jak dobrze zrobią, to paszporty dostaną. Turystyczne, ale nigdy nie wrócą - to się wie... Tylko żeby wizy dostali... Więc ani mru, mru... Bo jak amerykany wyniuchają, że nam zależy, to im wiz nie dadzą, a my nie chcemy, żeby w kraju o naszej instytucji ktoś za dużo wiedział...


- Panie Zygmuncie - ja na to - ale dlaczego ja mam prowadzić ten zakład? Ja się wstydzę...


   I tu stało się coś niespodziewanego. Pan Zygmunt nie bacząc na to, że jesteśmy w lokalu publicznym, zmieniając wyraz twarzy nieomal ryknął:


- Wstydzisz się?


   A potem, już szeptem, ale z wyraźnymi, chyba jednak sztucznie wywołanymi emocjami kontynuował:


- A łapówki brać w Nakle nie wstydziłeś się? Wymuszałeś na chłopach, ale to pal licho... Brałeś łapówki od zakładów uspołecznionych - pegeerów i spółdzielni rolnych... Może nie? To czystej wody szkodnictwo. Jeden mój ruch i zgnijesz w pierdlu, dupodajcą zostaniesz dla kryminału... Aferzysta i syn aferzysty... Ja cie kurwa zgnoję...


   To nie musiały być żarty. Zbyt dobrze pamiętałem rozbity na przystani nos... Miał mnie w garści. Ale też - było jasne, że mu zależy na tym, abym to ja prowadził przedsięwzięcie...


- Ja przecież nie mówię nie. Ja tylko się krępuję... Bo to krepujące...


   Pan Zygmunt natychmiast się zmienił, konfidencjonalnie pochylił i szepnął:


- Ja przecież wiem. Sam mam problem... Ale trzeba... Służba nie drużba. To wszystko dla socjalistycznej Polski, dla ludu pracującego miast i wsi... Ty zobacz - ja mam cię w garści. Ale czy na przykład chcę od ciebie za darmo pieniędzy? Nie chcę. Masz we mnie przyjaciela, takiego prawdziwego... Ja, widzisz, wiedziałem, że tobie będzie przykro, bo ty jesteś przyzwoity chłopak, z dobrego domu. Ale to ani moja, ani twoja decyzja. Zawalisz, to ciebie zgnoją i mnie zgnoją... Nie można się dać... Trzeba podołać...


   Nie byłem zdziwiony tą nagłą zmianą, ale jej skalą! Aż tak ciepło pan Zygmunt nigdy do mnie nie mówił...


- Ja wiem, co ciebie boli. Chodzi o te krzywdę, która spotkała twojego ojca. Porządny chłop, nasz, a poszedł siedzieć. Coś tam się zapętliło i po drodze służbowej nic się nie da zrobić. Ale widzisz - tu mój rozmówca przyjął już ton protekcjonalny, ale i zdystansowany - ja przez te dni przeglądałem takie tam szpargały i coś chyba wiem... Sprawę twego ojca można próbować zrobić prywatnie, tak wiesz - na boku...   Komuś trzeba będzie dać w garść. O mnie też wypada pamiętać, bo do tej pory, od tych papierzysków, chce mi się kichać, Takie były zakurzone... A to przecież fucha... Na boczku. Nikomu ani mru, mru, bo wszyscy jak jeden mąż bekniemy...


   Oczywiście się zgodziłem. Okazało się wówczas, że pan Zygmunt właściwie wie wszystko. Kazał nauczyć mi się na pamięć imienia, nazwiska i adresu, a także numeru dowodu osobistego takiej pięćdziesięciosześcioletniej pani ze wsi obok mego miasteczka. Jej miałem zapłacić piętnaście tysięcy złotych i pięćset dla niej osobiście. Bez żadnego pokwitowania. I nie przejmować się, że to jest kompletna idiotka i baba od gnoju. Panu Zygmuntowi miałem dać dwa tysiące teraz, bo na tyle wyszacował swoje koszty. Sam nie wiem które? I dziesięć tysięcy, bo przecież tyle to mu się ode mnie należy. No i na święta jedną szynkę, kawałek baleronu i kilka kiełbas, ale nie określiliśmy - ile... Wędliny i tak bym mu dał, i tak... No ale on wolał się upewnić.


   W dwa dni później pojechałem do mamy i bardzo trudno mi było słuchać jej rozdzierania szat nad losem ojca i nad tym, że skreślili mnie z listy studentów, bo o tym wiedziała z listu z dziekanatu, jaki nadszedł do domu, w którym ciągle byłem zameldowany na stałe. Starałem się ją uspokoić, jak mogłem. Mama chciała, żebym, skoro już nie jestem studentem, wracał na stałe do domu.  Różne przedstawiała argumenty, a jeden z nich był taki, że w wielkim mieście jest kurestwo i popadnę w towarzystwo kurew...


   Kpiła, że co to za czasy, żeby syn z miasta rodzicom - ciągle zapominała, że tata siedział i nie ma go w domu - przywoził wędliny. Ale że spróbowała i były o niebo lepsze, niż te, które sama z krewnymi robiła, to tak bardzo nie narzekała. Nawet pytała mnie o przepis, ale skąd mogłem go znać?


   Następnego dnia niby poszedłem na spacer. Mama była zdziwiona, bo wyszedłem na ten spacer w szarówce, ale miałem do pokonania pięć kilometrów po śniegu. Obu taksówkarzy znałem dobrze i ani mi było w głowie, żeby wiedzieli, gdzie idę. Ja przecież nawet matce nie powiedziałem. 


   Babę odnalazłem łatwo. Mieszkała sama. Jej mąż umarł, a dzieci wyjechały do miasta. W domu nikogo nie było. Akurat w maselnicy biła masło. Wiedziała o co chodzi. Dowodu osobistego wcale nie chciała okazać i nawet zaczęła być nieufna, ale w końcu wzruszyła ramionami:


- Jednego brata mam w prokuraturze, drugiego w milicji, to kto może mnie zamknąć?


   Pieniądze schowała tak po prostu do kieszeni brudnego, poplamionego pryskającą z nieszczelnej maselnicy śmietana fartucha. Jedynie pięćset złotych, czyli brudasa dla niej, starannie rozprostowała, popatrzyła pod światło przez zarośnięte pokładami muszych gówienek okno i schowała pod taka dziergana kamizelkę, gdzie widać miała swój tajny schowek. Potem poczęstowała herbatą i nawet miałem ochotę, bo przyszedłem z mrozu, ale cuchnęło u niej myszami, więc podziękowałem. Pan Zygmunt miał do mnie żal, bo mogłem coś więcej się dowiedzieć. Baba przecież głupia, ale ja myślę, że tak dużo to bym się nie dowiedział. Miała chytre oczka i tak jakoś jej one biegały...


  Tata wyszedł za dwa dni. Prokuratura w jego działalności nie dopatrzyła się cech przestępstwa. Wypuścili go na same święta. Ludzie mówili, że prokurator nie chciał zadzierać z księdzem, to odpuścił... Mama sądziła, że wszystko to, to jej modlitwy i wszystkich innych krewnych do naszego świętego, jak mówiono, obrazu w kościele... Ja powiedziałem tylko tacie i dopiero w parę lat potem, gdy się o coś rozliczaliśmy i myślał, że jest stratny... No to ja mu wygarnąłem:


-                      Kto tu na kim jest stratny?


 Nawet chciał zwracać, ale przecież w życiu od rodzonego ojca bym nie wziął...


 


   Od tego czasu jeszcze bardziej szanowałem pana Zygmunta. Nie ulegało wątpliwości, że dla mnie zrobił lewiznę. Wprawdzie zarobił na tym dwudziestu brudasów, ale przecież mógł zażądać więcej. Wiedział, że pieniądze mam. Zresztą nie na przelew wziął... To nie taki człowiek. Kupił sobie Trabanta. Potem mi wyjawił, że Trabantów nie dawali na raty, a on chciał Trabanta, bo to solidna, niemiecka robota. I nie rdzewieje, bo nie ma jak. Część karoserii jest z tektury, a część z plastiku - mydelnica... Taki człowiek to nie jest wariat. Można mu w różnych sprawach zaufać. Nie wywinie niespodziewanego numeru...


   Pierwszy raz do Sokołowa pojechaliśmy właśnie tym trabantem. Inaczej trzęsie niż warszawą. Jednak wołga - to jest wóz...  Pan Zygmunt powiedział, ze pan Staś idąc na emeryturę odkupił tę swoja służbową wołgę i kombinuje, żeby przejść na taksówkę. Straszny z niego pijak, ale jeśli choć trochę się pohamuje, to na taryfie będzie robić trzy razy tyle, co w resorcie. No i jeszcze emerytura...


   Na miejscu byli już górale. Wybijali stare futryny - takie jakieś nie nowoczesne, z rzeźbionymi esami - floresami, pewnie tak zwane ludowe. Chciałem, żeby były takie jak w blokach. Przecież można by poszerzyć okna, ale plan architektoniczny zabrania. Podobno to zabytek i nie wolno naruszać "struktury bryły"...  Za to ściany wewnętrzne rąbać trzeba było równo. Zresztą - co za partactwo - na jedną cegłę były, obłożone jakąś trzciną i otynkowane. Dotychczas była tu szkoła, ale zbudowali tysiąclatkę i  teraz przejął to resort. Pegeer chciał, żeby to wziąć na mieszkania, albo na przedszkole - bo to mitręgi mniej - szkoły i przedszkola to jeden resort, ale nasz resort wszystko załatwił i przeszło pod FWP. Budynek jest piętrowy i jeszcze nawet strych...  Z opisu architektonicznego nie wynika, że architekt wiedział, co przeprojektowuje. W każdym razie na miejscu nigdy go nie było i nie miało być. Dokumentację zdawczo - odbiorczą podpisał w ciemno i z góry.


   W piwnicy była kuchnia i kotłownia. Do tej pory palono w piecach, a w hallu w kominku. Jakieś nawet ładne te piece i kominek, z pięknie rzeźbionych kafli. Nawet mi się podobały. Jak w prawdziwym pałacu, ale kazaliśmy z panem Zygmuntem wszystko to zwalić, bo jednak nie nowoczesne...  Pan Zygmunt prosił, aby te kafle, co się nie potłuką, albo potłuką się trochę, to żeby ich nie wyrzucać, ani nie dawać pegeerusom, tylko w jakiejś szopie zachować, to jakby on kiedyś sobie daczę  stawiał - będzie w sam raz...


  - No dobra - myślę... Wydałem takie polecenie...


   Za tego tatę byłem mu wdzięczny. Więc jak się dowiedziałem od dyrektora pegeeru, że górale chcą sprzedać trochę cegły weterynarzowi, to ich obsobaczyłem... Nie tak grubymi słowami, tylko roztropnie:


- Wy chłopaki chcecie mieć przejścia z prokuraturą? Nawet jak śledztwo będzie się ślimaczyć i nic wam nie dowiodą - a czemu mają nie dowieść - to i tak będziecie musieli czekać latami na każde wezwanie prokuratora...


   Wszystko w lot zrozumieli i chcieli mnie napoić spirytusem. Bo oni z rana na śniadanie tak trzy czwarte musztardówki spirytusu na twarz, do roboty, w obiad znów spirytus i potem jeszcze chyba na kolację. Gotowała im  baba z ich wsi. Jakieś układy z pegeerusami musieli mieć, bo choć w sklepie nigdy nie było słoniny ani boczku, to oni ciągle tylko to żarli... I śmietanę pili. Chyba też nie ze sklepu...  Ja im nie płaciłem i nie wiem, jak im płacono, ale biedy nie mieli...


   Sprytni byli, że hej... Żaden z nich nie był hydraulikiem, a instalacje wodne i grzewcze zrobili tak dobrze, że aż dziw. Trochę byłem nieufny, bo aż z Ełku przywieźli z jakiejś rozbieranej kamienicy rury miedziane, czyli stare, ale pan Zygmunt powiedział, że takie są lepsze, bo nie rdzewieją.


   Na parterze był hall z sufitem z belek dębowych na wysokości strychu. Na pierwsze piętro wchodziło się po schodach dębowych, na nowo malowanych na olejno. W hallu miał być barek i stoliki. Wszystko wykonane z laminowanych płyt pilśniowych z ładnym niebieskim wzorkiem w kwiatki. To załatwiono bezpośrednio w fabryce w Nidzie - z partii eksportowej. Że niby jakieś wady miały te płyty, ale tak naprawdę to nie miały. W prawo od drzwi wejściowych była jadalnia z windą z kuchni w piwnicy. Stół w jadalni był stary, taki rzeźbiony, z ładnym nawet blatem, ale porysowanym przez dzieci. Nie miało to znaczenia, bo i tak przecież pokrywany miał być obrusem.  Śmiało mogło przy nim siedzieć i dwadzieścia pięć osób. Potem okazało się, że wcale nam nie zależy, żeby wszyscy siedzieli przy jednym stole, bo po co goście mieli się nawzajem znać, to się go pocięło na krajbzedze na opał i dało się typowe stoliki.  Partia była jakaś tandetna, jak zawsze i żeby stoliki się nie ruszały, trzeba było papier podkładać pod nogi. Gdy był potrzebny duży stół, to zawsze można było zestawić ze stolików, oczywiście pamiętając o papierowych podkładkach.   


   Głębiej był mój gabinet, pokój księgowej i pokój intendenta, a także mój, niezbyt widny pokój do mieszkania. Wszyscy razem mieliśmy jedną toaletę.


   Po lewej stronie od hallu były dwa najlepsze pokoje do pracy ze wspólną łazienką i wspólną pakamerą obserwacyjną. Na piętrze było osiem pokoi z trzeba pakamerami obserwacyjnymi i wspólną łazienką, w której był też prysznic na cztery sitka. Inaczej nie dawało się zrobić. Do każdego pokoju był dostęp z pakamer przez specjalne dziury. Do pakamery na dole wchodziło się z zewnątrz, a na piętrze z korytarza i to mógł być kłopot. Dlatego tam, mimo, że miejsca było mało, daliśmy podwójne drzwi tak, aby z korytarza nikt nie widział kamer. Dało się piękne tabliczki - pomieszczenia elektryczne - podobno norma państwowa kazała to inaczej nazwać, ale tak kazałem namalować i tak zostało.


   Wszystkie pokoje oraz jadalnia wyłożone były piękną boazerią z fornirem machoniowym. Prawdziwym!  Tak samo meble wykonane były z takiego forniru. Typowe - ale w wersji eksportowej luksusowej do pierwszego obszaru płatniczego. Mój gabinet i pokój też były takie same.


   Na strychu było dwanaście pokoików z umywalkami.


   W pawilonie obok było osiem pokoi gościnnych, też niczego sobie urządzonych i cztery jeszcze pokoje dla załogi. W pawilonie przy bramie wjazdowej, tak sto metrów od budynku, było miejsce postoju pocztu wartowniczego. Z drugiej strony, nad jeziorem, stał pawilonik na sprzęt wodny, gdzie składowaliśmy zaoszczędzone materiały budowlane, kafle pana Zygmunta, rower wodny, trzy kajaki i jedną łódkę. Był przydział na łódź żaglową omega, ale fabryka z Ostródy coś się ociągała. Podobno mieli jakąś ponadplanową w wytwórni w Mikołajkach, ale skoro papier był na Ostródę, to nie dało się ugryźć.


   Pawilon obok domu wczasowego remontował pegeer swoimi siłami To samo pawilon nad jeziorem, a pawilon przy wejściu, jednostki nadwiślańskie zrobiły sobie w cztery dni. Przywieźli ze stu ludzi i choć rwetes był niesamowity, to zrobili i odjechali.


   Na pierwszego kwietnia wszystko było gotowe.


   Ja początkowo chciałem mieszkać w Warszawie i tylko tu dojeżdżać, ale pan Zygmunt po prostu zakazał mi korzystania z kwatery w Warszawie i nie miałem wyjścia. On mi powiedział, że to nie jego wina, gdyż tylko wykonuje rozkazy przełożonych. Potem ta budowa wciągnęła mnie. Księgowość robiono do tej pory w Warszawie. W ogóle nie miałem z nią do czynienia. Pan Zygmunt potem wspomniał, że jemu taki sposób śmierdzi, ale też ani on, ani ja niczego nie podpisywaliśmy, to przynajmniej sami nic nie śmierdzieliśmy.    


   Potem przyjechała księgowa. Nie miał jej kto zatrudnić, bo jeszcze nie było kadrowca. Ten przyjechał w dzień później, własnym samochodem, wołgą... Byłem zdumiony, ale i zachwycony - to był pan Staś. Teraz był moim podwładnym. Pracował na pół etatu jako kadrowiec i przywiózł ze sobą centralkę telefoniczną i telefony. Mnóstwo telefonów. Potem parę wybrakowalismy komisyjnie i sprzedaliśmy na lewo. A również kabel. Okazało się, że zna się na tym. Sam z jednym góralem poprowadził te kable od centralki w barze do wszystkich pomieszczeń. Spieszył się...


- Jak my kurwa nie zainstalujemy, to co nadwiślańscy zainstalują u siebie centralkę i będą nas kontrolować? W departamencie, jak do tego doszli, to szału dostali i zaraz mnie wydelegowali.  Zobaczę, jak na tym będę wychodził. Bo ja to mogę zawsze na taksówke wrócić... No ale tu może robota inna. Choć na taksówce też coś się zawsze dzieje...


    W parę dni później przyjechała jego konkubina, która miała stać za barem. Rzeczywiście - warta grzechu kobieta - taka rozłożysta, piersiasta, tleniona blondynka. To jednak nie była ta panna, dla której się rozwiódł, tylko nowa. Okazało się, że barmanka z jednej takiej kawiarni w Warszawie. Lat trochę też ponad trzydzieści - ale, ale...  Zaraz pojechali do Baltony do Gdyni i nawieźli cały samochód różnych tam koniaków, likierów, nawet szampana francuskiego. Szybko się okazało, że bar to nie moja sprawa. Wsadzili tam radziecką lodówkę capatob i nie od razu wpadłem na to, że to ruskie bukwy i oznaczają Saratów nad Wołgą.


    Sprawa z lodówka dała mi do myślenia. Nie miałem jej w przewidywanym inwentarzu. Była lodówka w kuchni, ale nie w barze. Ta lodówka w barze nie była nowa, choć pięknie ją odpucowano. Okazało się, że pochodziła z podziału małżeńskiego dorobku pana Stasia. No to jak to - placówka jest państwowa, a w barze lodówka prywatna? I jeszcze - w Baltonie robi się zakupy, bar w planie był, ale nie podlega księgowości? To o co tu chodzi? Prywatna inicjatywa, czy co? W resorcie?


   Pan Staś tylko wzruszył ramionami i nic nie powiedział. Mi nic nie powiedział - kierownikowi! Pan Zygmunt zaś prosto i węzłowato oświadczył:


- Nie czepiaj się, to nie nasza działka... - i w skazujący palec skierował ku niebu.


   Nie od razu załapałem, że tu musi być ktoś ważny w tle.


   Wreszcie zwalili się żołnierze. Starszy wiekiem sierżant - tylko on w ostateczności - mógł wchodzić do domu wczasowego do środka. Ponadto trzech plutonowych z poboru i jedenastu sołdatów. Jeden zawsze był na warcie w bramie i jeden nad jeziorem, a dwóch kręciło się wzdłuż remontowanego przez brygadę remontową pegeeru muru. Poprawki po nich zrobili jeszcze górale, bo pegeerusy  zostawili chytre przejścia. Dyrektor pegeeru poleciał im po premii. Żołnierze stołowali się z pegeeru. Śniadania i kolacje przynosili sobie w takich baniakach, a obiad przywoziła im nyska z pegeeru. Zatrzymywała się przed brama wejściową i do środka nie miała prawa wjeżdżać.


   Teren był duży - sześć hektarów takiego niby parku, ale bardziej lasu, bo zdziczałego. Tylko drogę dojazdową pegeerusy wygracowali i jeszcze ścieżkę nad jezioro. Żołnierze patrolując wydeptali ścieżkę wzdłuż muru.


   Pan Staś chciał jeszcze wziąć pół etatu zaopatrzeniowca, ale ja nie chciałem i załatwiłem to z panem Zygmuntem. Dostałem drugi etat - obok kierownika - trzy sześćset z dodatkami, zostałem zaopatrzeniowcem za tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt. Duch Święty mnie chyba natchnął... Dostałem służbowy samochód - warszawę pick-upa. Nie miałem prawa jazdy i nie miałem żadnej możności pojechać na kurs. Prawko przywiózł mi pan Zygmunt razem z pieczątką, bo nie mógł się dostać do mojej kartoteki, żeby zrobić odbitkę zdjęcia legitymacyjnego. Ja jeszcze miałem, to nakleiliśmy, on podpieczętował i wszystko grało. Prowadzić nauczył mnie pan Staś. Przy trzeciej nauce był tak pijany, że wjechał do rowu, a ponieważ ja wyjechałem, to uznał, ż jestem już dobry i taki był koniec mojej nauki.


   Kucharki były trzy - dwie wiejskie dziewuchy z pegeeru na etacie - takie dwudziestoparoletnie, zdrowe, niezbyt czyste i stara, siedemdziesięcioletnia baba, niby na ryczałcie - dawna kucharka jakichś państwa z Kresów - jeszcze przedwojenna. Pan Staś w powiecie w kartotekach sprawdził, zajechał do niej wołgą i ona najpierw sądziła, że za tę pracę u krwiopijców to pójdzie teraz siedzieć, a tu taka sprawa... Dziewięćset miesięcznie - najwyższa możliwa stawka, i jeszcze całą rodzinę karmiła ptasim mleczkiem. Formalnie szefową kuchni była jedna z tych dziewuch i chciała na staruszkę, która całą poważną robotę robiła za nie - pohukiwać. Jak ja to usłyszałem, a byłem zdenerwowany, bo właśnie miało być podpisywanie protokołu zdawczo – odbiorczego, to ją trzasnąłem w japę. Od razu był porządek i było wiadomo, co się komu należy...


   Kucharki nocowały w pawilonie, obok pana Stasia i bufetowej. Pomocnicą bufetowej była jej młodsza siostra. Też niczego sobie babka - panna, co uciekła od kawalera na Śląsku, bo mieszkania, chociaż hutnik, ciągle nie mógł dostać. Trochę się spóźniła, bo przecież miała zastępować bufetową przy centralce, więc była na szkoleniu. Ją dali na szkolenie, a mnie nie....


   Odźwiernych było dwóch. Obaj to emerytowani milicjanci, tacy pod sześćdziesiątkę. Obaj z zachodniopomorskich miasteczek.  Brzuchaci, nalane mordy, ale resort miał do nich zaufanie. Powinno być trzech - po osiem godzin dziennie, ale było dwóch. Mimo wieku byli krzepcy... Potem się dowiedziałem, że w gruncie rzeczy, to oni zostali zesłani. Mieli jakieś przejścia rodzinne, przesadzili lejąc swoje żony, czy kogoś takiego, więc przysłano ich tu, a nie do aresztu z zastrzeżeniem, ze jeśli wykonają jakąś w tym guście samowolkę, to im się stare grzechy wyciągnie.  Oni mieli jeszcze po trzy czwarte etatu jako palacze. Byli w tym kiepscy, więc za karę to oni wozili na wieś do praczki pranie - tego bywało dużo. Praczka robiła z nami świetne interesy. Ciepłą wodę i prąd miała na koszt pegeeru, a w naszym taryfikatorze tak było to ustawione, jakby te koszty sama ponosiła...


   Sprzątaczki były dwie. Były to baby z powiatu - jedna trzydziestoletnia, a druga czterdziestoletnia. Były to żony milicjantów. Każdego dnia mąż jednej z nich służbowym samochodem je przywoził, a na niedzielę tylko jedną. Obie, w gruncie rzeczy, były przystojne i wyraźnie wystraszone. Pewnie mężowie ustawili je przed robotą do pionu.


   Pan Felek, czterdziestoletni były ciężarowiec, z zawodu elektryk, był naszą złotą rączką. Życia rodzinnego sobie nie ułożył. Do dziś myślę, że jako jedyny z całej załogi nie był stukaczem. No sam nie wiem, na jakiej podstawie, ale chyba nie miał prowadzącego? Jego strata - nie miał boków z tego tytułu. Ja na przykład, nie licząc premii, miałem dwa dziewięćset z resortu. On chyba nie... Trochę niechlujny, bardzo niski, krępy, a raczej jak szafa kwadratowy, był bardzo silny.  No i dusza człowiek. To, co wiedział o przedwojniu, mógł tylko słyszeć od innych, a jednak ciągle mówił, że przed wojną wszystko było lepsze, mniej tandetne i w ogóle komunizm był dla niego do luftu. W normalnej robocie dawno by na niego donieśli i najpierw traciłby kolejne prace, a w końcu za jakąś lipę poszedłby siedzieć, ale u nas był całkiem bezpieczny. Mimo, że o naszych gościach nie mówił inaczej, jak czerwone pająki i u siebie w pawilonie na okrągło słuchał wolnej europy. Mi to nie przeszkadzało, ale przecież wszyscy o tym wiedzieli, bo okna nawet zimą nie zamykał. Nie zawsze miałem czas, żeby samemu słuchać – oczywiście dyskretnie, jak wszyscy - radia, to on mi potem relacjonował.


   Ja mu za to dodałem, trochę wbrew przepisom, ale chciałem sprawdzić, czy mogę przekroczyć przepisy, ciche protesty księgowej i bredzenie pijanego pana Stasia - kadrowca - cały etat jako jeszcze jednego palacza. Bo na tym fachu tak naprawdę to tylko on się znał i gdy palili milicjanci, tak bowiem nazywaliśmy odźwiernych, to strach był, czy aparatura nie strzeli...


    Mrukliwy - miał zmysł orientacji. Od niego wiedziałem o wszystkich przewałach mojej załogi. Stawiałem u mnie w gabinecie ćwiartkę na stół. On ją z flaszki, małymi łykami wypijał z popitką lub bez, a jak ktoś wchodził, to flache wkładał między nogi i nikt nic nie widział.


***


      Na pierwszego kwietnia przewidziana była inauguracja. Przybyć miało pięć osób z departamentu, ale nie powiedziano mi – kto?  Taka jakby konspiracja. Musiałem się do tego przyzwyczaić. Nadto czterech prowadzących oficerów miało przywieźć pięć dziewczyn z zasadniczego personelu. Przyjęcie miało się odbywać w ten sposób, że w hallu i w jadalni miała być uroczystość dla gości, pana Zygmunta, mnie i personelu zasadniczego. Oficerów prowadzących miał gościć pod namiotem pan Staś. W tamtej uroczystości uczestniczyć miał personel nie zatrudniony bezpośrednio przy obsłudze: księgowa, siostra barmanki i Felek.  Pan Staś kombinował, żeby Felek był w kuchni, ale ja postanowiłem inaczej. Nie powiedziałem tego tak brutalnie, lecz:


- Panie Stasiu - człowiek pracy, bez niego nic by tu nie chodziło. Tylko jemu górale opowiadali, co i jak...


   Kierowcy i obstawa naszych gości mieli być podejmowani przez żołnierzy nadwiślańskich i dlatego tamto przyjęcie też my zorganizowaliśmy.


   Górale dwa dni wcześniej skończyli sprzątać, upili się bardziej niż zwykle i pojechali przybyłą z Warszawy ciężarówką do siebie.


   Kompletnie zapomnieliśmy o obsłudze kelnerskiej i należało jeszcze rozwiązać problem, kogo do tej pracy zatrudnić. Tymczasowo kelnerami mieli być obaj milicjanci. Ponieważ mieli obskurne ciuchy, a nie byłoby właściwe, by ubierali się w mundury, to kupiłem im służbowe czarne ubrania wieczorowe. Niezbyt dopasowane, ale co tam... Chciałem, by występowali w muszkach, lecz w powiecie były tylko okropne muszki w groszki, więc kazałem im założyć byle jakie krawaty.


   W jadalni na stole najpierw wyłożono przystawki. Sporo wędlin - specjalnie jeździłem do Konsumów w Olsztynie. Dużo też było różnych korniszonów, dyni marynowanych, a nawet za własne pieniądze kupiłem od jednej z kuchni - nie tej, która palnąłem - grzybki marynowane. Do tego była wódka czysta wyborowa z lodówki.


   Pan Zygmunt po naradzie ze starą z kuchni ustalili, że przystawki będzie się jeść na stojąco, a krzesła - bardzo porządne, wyściełane, stały pod ścianami. Ceramikę mieliśmy z FWP, z firmowymi napisami. Grube, solidne talerze. Jedynie zamiast takich kubków kazałem podać szklanki, które wraz z kieliszkami dzień wcześniej kupiłem na rachunek. Mało brakowało, a goście piliby z musztardówek...


   Przyjęcie zaczęło się o trzynastej, gdy przyjechali goście z Warszawy. Wyglansowani strażnicy najpierw wpuścili trzy wołgi i gazika. Z gazika wyszło trzech z obstawy i od razu rozeszli się po parku, a sam gazik wrócił pod bramę.


   Zgodnie z radą starej z kuchni ustawiłem w szeregu cały personel wedle ważności, a barmanka przywitała przybyszów chlebem i solą. Tak podobno zawsze działo się w pałacach i tak było dobrze - gościom się chyba spodobało... Wprawdzie do ułamywania chleba zbliżyła się do najwyższego, co wcale nie znaczyło, że najważniejszego, z czego się tylko śmiali.


   Najważniejszymi gośćmi byli: pan Mieczysław, ale oczywiście nie ten mój, i pan Grzegorz. Oczywiście - od razu wiedziałem, kto to jest, ale - ponieważ ostentacyjnie mi ich nie przedstawiono, to konsekwentnie udawałem, że nie wiem. Jak się zorientowałem, nie było nikogo z Olsztyna, a przecież to był ich teren i to tłumaczyło, dlaczego w Konsumach w Olsztynie, choć dałem zapotrzebowanie, dostałem niby wszystko, co chciałem, ale w nie najlepszym gatunku.


   Było trochę chłodno, lecz słonecznie i ładna pogoda wszystkich nastrajała optymistycznie.


   Gości wprowadziłem do jadalni, ale oni najpierw chcieli zobaczyć cały zakład, więc ich oprowadziłem. W moim gabinecie, pan Mieczysław patrząc na biurko, powiedział:


- Mało...


   Ja nie wiedziałem w ogóle o co chodzi, ale po tygodniu przyjechała ekipa telekomunikacyjna i obok normalnego telefonu założyli erkę i telefon resortowy. Jeszcze się upewniali, czy nie jest mi potrzebny telefon kolejowy, to w takim razie przyjadą jeszcze później, ale ja widząc, że mam pół parku rozkopane pod kable, czym prędzej powiedziałem, że nie. Erka była taka, że mogłem podnosić słuchawkę, ale nie mogłem się przez nią połączyć z telefonistą. Wszystkie służbowe telefony miałem załatwiać przez aparat resortowy. A to po to, aby nie trzeba było podwójnej załogi do monitorowania moich połączeń.


   Dopiero potem wróciliśmy znów  do jadalni.


- Czym chata bogata... - powiedziałem, bo byłem bardzo speszony. Ci goście byli ubrani w czarne marynarki szyte przez doskonałego krawca, a ja co - w ubranie z pedetu?


- Drodzy towarzysze - wysunął się na czoło pan Mieczysław, oczywiście ten ministerialny.


Ojczyzna nasza po zniszczeniach wojennych dynamicznie podnosi się z gruzów. Pamiętać musimy nie tylko o wzroście produkcji środków wytwórczych i artykułów konsumpcyjnych, ale także, towarzysze, musimy pamiętać o potrzebach ducha. W naszej ciężkiej i odpowiedzialnej służbie łączyć trzeba rozrywkę z pracą. W tym pięknym mazurskim zakątku, w tym regionie, który po wiekach powrócił do macierzy i strząsnął z siebie germańską hydrę... łapę germańskiej hydry... w tym pięknym zakątku macierzy godnym pióra poety i pędzla patriotycznego malarza... My - towarzysze - łączyć będziemy przyjemne z pożytecznym... towarzysze... O dalszy, towarzysze, rozkwit naszej ojczyzny, o sukcesy... towarzysze.... budownictwa socjalistycznego... pod kierownictwem towarzysza Wiesława oczywiście... Wznoszę toast... I o pogłębianie współpracy naszego resortu z Funduszem Wczasów Pracowniczych...


   Mówiąc to ostatnie skłonił się ku najstarszemu spośród gości, którego nie znałem, ale który, jak wszyscy, spełniwszy toast, zapukał bardzo długim paznokciem wskazującego palca w pusty kieliszek.


   Na ten gest milicjanci w flachami rzucili się uzupełniać kieliszki, przy czym o mnie całkiem zapomnieli, za co ich potem obsobaczyłem, choć, u diaska, nie miałem tak naprawdę pretensji.


- Fundusz Wczasów Pracowniczych jest niezbywalną zdobyczą ludzi pracy w socjalistycznej Polsce.   W czasach sanacji ludzie pracy nie wypoczywali, a jedynie podlegali wielostronnemu wyzyskowi. Dziś partia i rząd, a także Centralna Rada Związków Zawodowych... - tu mówca na chwilę się zatrzymał, pewnie przypomniał sobie, że tym razem wcale nie jest obecny przedstawiciel wspomnianej instytucji - zapewniają ludziom pracy w Polsce ludowej wypoczynek, o którym marzyć tylko mogą wyzyskiwani ludzie pracy w krajach nie będących członkami wspólnoty państw socjalistycznych ze Związkiem Radzieckim na czele.  Przyjaciele. Niech zakwita nasza socjalistyczna ojczyzna i niech pogłębia się współpraca między Funduszem Wczasów Pracowniczych, a resortem, który dźwiga na sobie tak wielką odpowiedzialność... I w trosce o bezpieczeństwo ojczyzny nie waha się sięgać po najtrudniejsze, skuteczne i nieodzowne środki obrony...


   Pan Mieczysław wypiwszy zaczął klaskać - dość niezręcznie, bo w dłoni trzymał kieliszek i ten gest, oczywiście, podchwycili pozostali. Nagle jednak przerwał, ochoczo zakrzyknął:


- Do roboty... - i ruszył ku uginającemu się pod ciężarem jedzenia stołowi.


   Ja tym czasem wyszedłem, bo zauważyłem przez okno jakieś poruszenie na dworze.


   Daleko w bramie stał autobus. Pobiegłem tam. Przedstawiłem się jako kierownik ośrodka i spytałem, o co chodzi. Wtedy wystąpił jeden z facetów - tych prowadzących, którzy przywieźli panny:


- Dziewczyny w tajemnicy się popiły i rozrabiają. Dostały po pysku, służbowo, a teraz się stawiają...


   Wszedłem do autobusu. W samym jego końcu zgrupowane były dziewczyny - tak jak przewidziano - pięć. Podszedłem do nich, usiadłem na fotelu, przedstawiłem się i spytałem, o co chodzi?


   One jedna przez drugą zaczęły coś mówić o tym, że wszyscy ci prowadzący po drodze chcieli je przeryćkać, a w ogóle, to jeden z prowadzących miał dwie kochanki, tu obecne i one dopiero tutaj się poznały. Ja od razu pomyślałem, że z tego będą kłopoty. Ale przemówiłem do nich dobrym słowem:


- Dziewczyny - los tak zdarzył, że zostałyście powołane do najwyższej służby. Zarobicie mnóstwo pieniędzy, prace będziecie miały lekką i dużo czasu na spacerowanie. Nawet telewizor będzie, choć jeszcze nie ma.  Najwyższe czynniki oczekują od was pełnego oddania w służbie, ale jeśli cokolwiek zrobicie nie tak, to ręka noga mózg na ścianie... Nie żartuję - sam się boję... Róbcie, co ja wam każę, a wasi dotychczasowi prowadzący już nie są waszymi prowadzącymi. Będziecie miały najlepsza opiekę, pływać będziecie w luksusie, albo was zwyczajnie zastrzelę...


   Tu blagowałem, bo jeszcze nawet nie miałem pozwolenia na broń... Niemniej - blagowałem skutecznie. Popatrzyły po sobie, popatrzyły za okna autobusu, gdzie ich rozwścieczeni prowadzący nie mieli przyjaznych min i uznały, że choć jestem taki młody, to nie opowiadam bzdur i mogę wszystko...


   W tej sytuacji kontynuowałem dalej:


- Mamy bardzo poważną wizytę w związku z otwarciem ośrodka. Jest to wizyta na najwyższym szczeblu, o którym nawet nie macie pojęcia. Macie być uprzejme, nie przeklinać nawet, jeśli goście będą przeklinać i robić to, co wam karzę. Na razie wejdziecie bocznym wejściem i ja was w try miga rozlokuje po pokojach. Macie piętnaście minut, aby się umyć, ubrać w co macie najlepszego i czekać na moje wezwanie. Ta, która się spóźni, dostanie wpierdol...


   Na koniec mojej wypowiedzi do autobusu wszedł pan Staś i dodał:


- No już, raz ciach - ciach, bo tu nie sanatorium a ja mam kopyto i ze mną nie ma gadki...


   Sam nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy raczej martwić, że pan Staś wchodzi w moje kompetencje, ale faktem jest, że baz gadania wyszły, zrobiły miny do swoich prowadzących i poszły karnie bocznym wejściem na górę. Na górze ja wskazywałem im pokoje, jak leci . Pan Staś brał delikwentkę za ramię, wpychał i zamykał drzwi.


   Zszedłem na dół i dyskretnie szepnąłem trzem naszym gościom, z którymi rozmawiał mój pan Zygmunt, że panny już przyjechały, ale muszą się umyć. Roztropnie nie wspomniałem, kiedy będą gotowe. Trochę się pokręciłem, zajrzałem do kuchni, nawet pod pawilon, gdzie już nad flaszką i bigosem - zaczynać się miało od zimnych przystawek, ale ten stół był drugorzędny -  prowadzący zapoznawali się z towarzystwem. Minęło piętnaście minut i wracam na górę, a tu Sodoma i Gomora. Panny zamiast czekać gotowe do swojej służby, kłócą się o pokoje, że niby są gorsze od lepszych, a to akurat była bzdura, bo wszystkie były takie same, a pan Staś n

Komentarze

prowincjusz | 2005-04-16 16:11

na razie zawieszone są dwie częśći powieści, a redakcja &quot;Kontratekstów&quot; zobowiązała się umieścić trzecią, końcową, w najbliższych dniach. W tej chwili całą powieść mozna odszukać w życzeniach wielkanocnych na stronie Stowarzyszenia Wolnego Słowa www.sws.org.pl