Ponieważ powieść „bordello peerello” przez dwa lata, mimo niekiedy entuzjastycznych recenzji, nie znalazła papierowego wydawcy, autor zdecydował się zawiesić ją na www.sws.org.pl i na stronach Kontratekstów.

Poniższy tekst, choć przeszedł zabiegi redakcyjne, jest wersją autorską. Jan Prowincjusz bardzo prosi czytelników o zamieszczanie swych uwag i opinii. Powieść publikujemy – ze względów technicznych – w trzech częściach (Redakcja).

Być może niektórzy czytelnicy rozpoznają wśród bohaterów postaci autentycznie niegdyś zamieszkujące peerel. Być może znajdą się wśród tych czytelników osoby, które zechcą się upomnieć o dobre imię owych bohaterów. Autor, świadom swych praw twórcy, uczynił wiele, by nikogo niesłusznie nie urazić... <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />


Jest prawdą, że autor nie potrafi dowieść, że np. w peerel funkcjonował w opisywanym środowisku tak właśnie, jak to przedstawiono na na kartach powieści, dom publiczny. A jednak osoby przy tej okazji opisane – postaci literackie – uczestniczyły w czymś bez porównania bardziej haniebnym – realnie współtworzyły peerel w jego najwłaściwszym wymiarze. Prawa honorowe, a przed  mechanicznym odebraniem ich kuplerom wahał bym się, im zatem – takie jest moje najgłębsze przekonanie - nie przysługują. Przynajmniej do chwili jakiegoś satysfakcjonującego rozliczenia się z epoki…


 autor


 


 


 Nie miałem łatwego dzieciństwa - o nie! I nie zawsze sprzyjało mi szczęście...


   Własnym rozumem, pracowitością, nie raz ryzykując dorobek całego życia, doszedłem do czegoś...


   Syn magazyniera GS-u z miasteczka na w Kieleckiem nie miał lekko. Skończyłem technikum rolne, bo innego u nas nie było. Na studia w sześćdziesiątym piątym poszedłem w Wyższej Szkole Gospodarwstwa Wiejskiego w Warszawie. Chciałem zdawać do Warszawy, na filozofię, ale nauczyciele mi odradzili.


- Gdzie ty będziesz się pchał - pytali. Twój ojciec zahaczył o AK, ciesz się, że technikum skończyłeś.


   Ja im na to, że w AK był od października czterdziestego czwartego do wyzwolenia przez Armię Czerwoną - tak powiedziałem - przez Armię Czerwoną - żeby nie zapomnieli, jaki mam pozytywny stosunek do naszej polskiej rzeczywistości - a w ogóle, to tata miał wtedy szesnaście lat. Dziś mogę powiedzieć prawdę - tata w rzeczywistości miał siedemnaście lat, ale tak sobie myślałem, że nikt nie będzie sprawdzał. Bo tata za AK wcale nie siedział, raz go tylko wzięli na UB, dali wpierdol, nawet ciężki, ale przecież nic takiego, tydzień poleżał w pościeli i potem nikt się go nie czepiał. To było lato, czas żniw i tata nie musiał u stryjka pracować na polu. Bo w wojnę dziadków zabili Niemcy. Oboje. Partyzanci zastrzelili, czy nawet tylko ranili dwóch Niemców. To było na skraju lasu obok wsi. Cała młodzież z bydłem i świniami wyniosła się ze wsi, zostali tylko gospodarze i starcy. Aha - zostały jeszcze kury, bo jak to gnać. Kaczki i gęsi to przegonisz, ale kur nie - są zbyt głupie. No i Niemcy w dwa dni potem przyjechali w kilku ciężarówkach. Najpierw chcieli rozstrzelać tylko mężczyzn, ale odkryli u Józefiaków Żydów, których oni ukrywali, więc rozstrzelali też kobiety i nawet kilkoro niemowląt, których nie brano, bo przecież co one komu zawiniły?  Dlaczego Żydzi od Józefiaków nie uciekli razem z młodzieżą – nikt nie wie...


   No - Niemcy, to nie ruskie wojsko - dziś mogę to powiedzieć. Trzech niemieckich żołnierzy, podobno takich prostych szeregowców, dorwało się do jednej takiej matki dziecka i ją gwałciło, czy chciało zgwałcić? No - cholera z tym - w każdym razie dopadł ich oficer i od razu dał po mordzie. Ale że to był Niemiec - to kazał im, a może tylko jednemu z nich, zaraz zastrzelić tę kobietę. Tamten sfuszerował, strzelił jej za stodołą w pierś i ona jakoś przeżyła. Bo innych zegnali na skraj wsi, wpędzili do dołu wykopanego pod budynek mleczarni, który mieli stawiać i tam rozstrzelali. Wcale ich nie zasypali, ale nikt się nie uratował, bo każdą partię rozstrzelanych oficer, czy podoficer, dobijał z pistoletu. O Niemcach mówią, że tacy są solidni, akuratni, a proszę - o tej kobiecinie zapomnieli.


  A Niemcy tym się różnili od ruskich, że ruski oficer może nawet rozstrzelałby swoich żołnierzy, tak od razu, pistoletem z ręki, ale potem sam by zgwałcił i jeszcze wódki by zażądał. Ruskie - to prawda, jak im się nie sprzeciwiać, to gwałconych bab nie mordowali... Chamstwo bo chamstwo - wszy po nich łaziły jak T-34, ale do ludności zachowanie mieli inne. Ruskie to jednak nie Niemcy. Choć ja oczywiście wiem - ruskie za komunizmu więcej ludzi pomordowali, niż Hitler. Przecież przeczytałem "Archipelag GUŁAG" - nie cały, bo za gruby, ale przeczytałem.


   Potem jeszcze ci Niemcy spalili wieś. Po rozstrzelaniu szli z kanistrami wzdłuż ulicy i podpalali chałupy, bo od frontu są chałupy.  I chałupy wszystkie się sfajczyły, ale nie wszystkie stodoły i obory. Tamta postrzelona leżała za stodołą i nawet do niej nie zajrzeli. Jeszcze kilka osób ze wsi pochowało się tu i tam i przetrwali. I jeszcze jedna rodzina żydowska też wtedy przetrwała. Chyba pięć osób. Dopiero w pół roku potem ich wykończyli. Nie mieli się gdzie schować. Ci Żydzi to grozili, że jak ich Niemcy złapią, to powiedzą gdzie się ukrywali. Że niby - znów za karę Niemcy przyjadą i wymordują tych, którzy uciekli przed rozstrzałem. We wsi nie brakowało chojraków, którzy byli w BCh, czy w NSZ-cie, którzy bez gadania mogli ich kropnąć, ale nic takiego. Ktoś ich tam w zagajniku - ho, ho - teraz to jest wysoki las - musiał dokarmiać. Ale jak Niemcy robili obławę na partyzantów, to partyzantów nie znaleźli, za to tych żydków stuknęli.


   A partyzantów nie mogli znaleźć, bo to byli zwykli chłopi na co dzień krzątający się w gospodarstwie. Na akcję, to szło się najmniej ze dwadzieścia kilometrów dalej. U nas akcje robili ludzie z innych powiatów. Bo było wiadomo, że Niemcy mogą mścić się za te akcje.


   No i po tym spaleniu wsi gospodarkę przejął stryjek. Jak inni, najpierw mieszkał w sąsiedniej wsi, tam trzymał zwierzęta, a potem po kawałku przenosił się na swoje. Najpierw do ziemianki, potem do obórki, gdzie mieszkał razem z bydlętami...


   A tata przeniósł się do miasteczka. Tam było mnóstwo domów do zagospodarowania - pożydowskich. Cenniejsze rzeczy zrabowali Niemcy, ale różne takie bambetle, jak garnki, miotły i co tam jeszcze, to można było znaleźć nie rozgrabione. I tata taki dom znalazł - na podmurówce, bez piwnicy, ale z solidną jamą, nawet z zapasem żywności - pewnie gospodarze chcieli się w tej jamie schować, ale potem coś im nie wyszło i poooszli - do Bełżca.


   Moja ciocia - siostra taty, też przeniosła się ze swoim chłopem do miasta. Zajęli sąsiedni dom. On - znaczy się - wujek - nie chciał, ale ciocia zagroziła, że za niego nie wyjdzie i przestanie mu dawać. Wujek na to, że w wojnę, to chłopów brak, a nie bab i znajdzie sobie inną, lecz ciocia na jakiejś zabawie tańczyła z innym. Wujek wyzwał go na walkę, zdaje się - tak mówią, że przegrał, w każdym razie od zawsze dla mnie szczerbaty był, lecz cioci to nie przeszkadzało i się pogodzili. No i przeszli do tego miasteczka.


   W czterdziestym czwartym był strach. Tata przygruchał sobie kuzynkę cioci, a co on miał - szesnaście lat i żenić się chciał. Ciocia z wujkiem już byli po ślubie. A przecież - burdel był taki, że nie było wiadomo, czy te domy, co oni zajęli i zajęli inni ludzie ze wsi, co poszli do miasta na pożydowskie, to są ich, czy nie. Niemcy wydawali tylko tymczasowe meldunki. No i już było dobrze wiadomo, że Niemcy biorą w dupę i nowa władza nastanie.  Ludziom aż tak bardzo na tych niemieckich meldunkach nie zależało.


   Tylko nie było wiadomo, czy nowa władza zaakceptuje nowych gospodarzy, czy nie. Na zdrowy rozum, to powinna, bo przecież dawni wylecieli kominem ze wszystkimi spadkobiercami. Jak tam który pojechał przed wojną do Stanów, czy do Palestyny, to przecież i tak by nie wrócił. No ale ludzie gadali, że po wojnie państwo będzie biedne i będzie kazało płacić za przyznanie własności. A każdy chciał być na swoim. Pamiętali jednak, że przed wojną, jak ktoś był na wojnie o niepodległość, tak ludzie mówili - o niepodległość - to zostawał osadnikiem wojskowym i gospodarkę dostawał od państwa, albo przynajmniej licencję na kiosk z papierosami.


   Wujek nie mógł iść do lasu, bo ciocia już zaciążyła, no to tatę posłali. Nie od razu, bo był cały bal z wyborem partyzantów. Oni swój pomyślunek mieli i wiedzieli, że idą ruskie i trzeba iść do takiego wojska, które ich lubi. Znaczy się - tata chciał do AL, a raczej stryjek i stryjna tak chcieli. A nikt nie miał kontaktu. W końcu - kuzynka stryjny, znaczy się - moja mama, zaciążyła z tatą i ja miałem się narodzić. Mama miała siedemnaście lat - parę miesięcy starsza jest od taty - ale wstydziła się przyznać. Podobno stryjna swoje wiedziała, ale nic nie mówiła, żeby tylko tata poszedł wreszcie do tych partyzantów i żeby wywalczył dla całej rodziny prawo do normalnego zasiedlenia tych domów.


   No i jak już ruskie stali za Wisłą, tata poszedł, z braku czego lepszego, do AK. Bo wtedy to gadali, że ci z AL, na których i tak nie było kontaktu, to za byle co potrafią swoich rozstrzelać. I że rządzą się tam same ruskie. Dziś dobrze wiem, że to była całkowita nieprawda, że rządzili ruskie - rozstrzeliwali nasi i za byle podejrzenie, że jest się wtyką NSZ lub AK. Potem się nasłuchałem, co oni porządnych chłopaków narozwalali. Całkiem się nie znali na swojej robocie. A potem do UB, na urzędy, trzeba było brać całkiem surowych ludzi. Swoich brakowało. A jakby tamci z grobów powstali - to przecież byłoby może nawet w sam raz?


   Po wojnie tata został magazynierem w GS-ie. Najpierw był tylko pomocnikiem, bo szkół nie miał, ale wieczorowo ukończył podstawówkę w rok. Zaraz po promocji wzięli go na UB i tam dali wycisk.  


   Ale opłaciło się - bo zaraz potem, tak bez wyroku, przyszli w środku nocy do magazyniera i stuknęli go w ogrodzie. Przebrani byli za tych z lasu, ale każdy wiedział, że to Mostowski z UB robił porządki przed referendum. Bo magazynier - stary działacz spółdzielczy - tak o nim mówili - był w PSL. Wtedy nawet na przesłuchanie nie brali, bo nie mieliby takich tłumów kim przesłuchać. W normalnych czasach przed rozwałką wyśpiewałby co i jak, ale jak trzeba było działać na grandę, to od razu, w ogrodzie...


   No i ojciec - ledwie osiemnaście lat - awansował na magazyniera. Trzymał się tej posady, że hej. Potem nawet maturę zrobił. Choć - wstyd o tym wspominać, ojciec i dziś nie pisze ortograficznie.


   Tylko do partii nie chciał się wpisać. Ja mu przedkładałem, że tak będzie lepiej, a on swoje - że wie swoje... Ja byłem za głupi, żeby to wszystko rozumieć, ale potem zrozumiałem. Ojciec z tego UB wyszedł może i obity, ale i namaszczony. Do kościoła chodził, ale ja swoje wiem. W końcu poszedł do ZSL-u...  Co my przewalanek z tym ojcem potem nie narobiliśmy! Ale to potem...


   Ja sobie rosłem w każdym razie po pańsku. Rodzice posłali mnie do technikum rolnego, bo mówili, że na liceum jestem za głupi. A ja się dobrze uczyłem i wcale nie byłem za głupi. Zresztą - od dziecka byłem rozgarnięty - nie mieli kogo ze mną zostawiać w domu, bo mama wtedy pracowała, a stryjna jak raz była w szpitalu, to coś załatwili i rok wcześniej wysłali mnie do szkoły. Dla mnie to nie było takie dobre, bo długo byłem najsłabszy w klasie - inni mnie leli. Oni kombinowali, że jako technik rolny, przejmę posadę po ojcu, a może nawet awansuję?


   Ojciec co jakiś czas dokładnie odpytywał mnie z tego, co dzieje się w szkole. Ja tego nawet nie dostrzegałem, ale on sterował moimi znajomościami. Nawet - a w tamtych czasach rodzice zwykle udawali, że chłopcy dziewczynami nie powinni się zajmować - mało tego - że taka kwestia w ogóle nie istnieje - zachęcał mnie, abym się umawiał z taką Zosią. Ona była - raczej jest, bo zdaje się - żyje - córką kierownika skupu i księgowej w GS-ie. No więc ja niejasno - jak na swoje czternaście czy piętnaście lat myślałem, że ojcu chodziło o układy w pracy, czy jak? Tak - miałem wtedy czternaście lat... Ale to były całkiem inne buty...


   Wcale nie miałem do niej śmiałości. Była z równoległej klasy, ale w takim razie była o rok starsza.   Taka czarnulka. Młodzież wtedy wolniej dorastała. Ale ona była wyższa niż ja, już w pełni wyrośnięta, choć piersi to nadal miała ze dwa razy mniejsze, niż w rok, a może dwa lata później.


   Był czerwiec, ale jeszcze nie było wakacji. Jednak w szkole nie było przez dwa dni lekcji, bo przyjechał sanepid i kazał ją natychmiast deratyzować. Przyjechali ci od deratyzacji i rodzicom nakazano, by uczniowie nawet nie zbliżali się do szkoły.  Mówiono - użyją jakichś takich technik trucia szczurów, które są niebezpieczne dla dorastającej młodzieży.


   Trzech kolegów się zmówiło, że podejdą do szkoły od strony boiska, schowają się w krzakach i wszystko będą widzieć. Mnie nie doprosili, ale skądś wiedziałem - już nie pamiętam... Gryzłem się, że mnie nie zignorowali. Wyobrażałem sobie, że takie chowanie się w krzakach będzie najlepszą zabawą w wojnę. Bo my ciągle bawiliśmy się w wojnę i czasem było się Polakiem, czasem Niemcem, a jak dziewczyny chciały się z nami bawić, to czasem się godziliśmy, ale pod warunkiem, że one będą ruskim wojskiem. Bycie ruskim wojskiem było najmniej prestiżowe, ale one nie mając wyjścia - godziły się.


   No a tu pod dom zajeżdża ojciec taką półtoratonową ciężarówką Lublin. Ledwo wszedł do domu, wypił trochę zsiadłego mleka, tak na chybcika i woła do mnie, że mam się zbierać. Żal mi było tych krzaków i tej zabawy w wojnę chemiczną, przecież było ryzyko, że nas też zagazuje tak jak te szczury, ale nie było wyjścia. W tamtych czasach z rodzicami, zresztą w ogóle ze starszymi, nie dyskutowało się.


   W kabinie - ku memu zdziwieniu, była Zośka. Miała te swoje czarne włosy upite w dwie kitki po bokach, ściągnięte gumką. Ubrana była w taką bardziej domową sukienkę z kretonu zapinaną przez cała długość na guziki. Był upał. Sukienka była trochę ciasna i gdy siedziała, to na odcinkach między guzikami wszystko jej się rozchylało. Majtki miała białe, z cienkiego sztucznego jedwabiu. No ale nie zwracałem na to uwagi.


   Gdy przyszedł ojciec i za swoim fotelem upchnął wypchaną, spinaną dodatkowo paskiem skórzaną teczkę, okazało się, że mamy jechać do sąsiedniego, powiatowego miasta po wagę z naprawy. Zośka podniosła raban, że w takim stroju to ona nie chce jechać. Ojciec usiadł za kierownicą, bo kierowca., pan Władek, był tak pijany, że nie mógł kierować. Ja miałem usiąść na tym samym fotelu, na którym siedziała Zośka. Zgodził się, że Zośka z domu weźmie plastikowe spinki na warkoczyki, aby przykryć te gumki - recepturki, ale nie zgodził się, żeby się przebierała. Co mu zależało - Zośka to nie mama, przeprałaby się w try miga...


   Ojciec w ogóle był wesół, bo jak powiedział, z panem Władkiem wypił ćwiartkę na drogę, ale nie zorientował się, że pan Władek już był po dwóch winach. Prawo jazdy miał, ale kierowca z niego był jeszcze niedoświadczony. Powiedział, że gdyby mama Zośki wiedziała, że jadą bez pana Władzia, to może by się nie zgodziła na podróż? Ruszył i jeszcze zajechał do GS-u. Z szoferki przez otwarte okno wykrzyczał do jej mamy, że sam prowadzi, ale żeby się nie martwiła o Zosię, bo będzie jechał wolno - swojego syna też wiezie.


   Jechaliśmy żwirową drogą, bo jeszcze wtedy nie było asfaltu i w upale zostawialiśmy za sobą tuman pyłu. Ja siedziałem od drzwi i co jakiś czas wychylałem się przez okienko, żeby popatrzeć, jak chłopów z furmankami, albo kogokolwiek na drodze, ten pył osypywał. Ludzie na to nie reagowali, traktowali jak naturalny dopust boży, bo też i co można było zrobić?


   Zośka czasem, gdy np. mijaliśmy wozaka z aluminiowymi baniakami z mlekiem, też się wychylała i swoimi, tymi jeszcze nie całkiem rozwiniętymi piersiami, napierała mi wprost na twarz. Nie miała stanika - wtedy dziewczyny nosiły staniki dopiero wówczas, gdy im już całkiem urosło, a i to nie w domu. W dużych miastach było inaczej, ale małych i na wsiach - właśnie tak.         


   Ojciec się nie wychylał, bo prowadził, ale widać było, że też ma ochotę.


   W mieście ojciec zajechał na rynek i wysadzi nas pod cukiernią Wolframa. Wszyscy wiedzieli, że pan Wolfram jest Żydem, ale tego się głośno nie mówiło, jakby to było wstydliwe. Wolfram miał jakiegoś kuzyna na stanowisku w Warszawie, więc nie gnębili go domiarami. To też wszyscy wiedzieli. Ale Wolfram z ojcem musiał żyć w zgodzie, bo czasem od taty odbierał przydziały śmietany, mąki, a najczęściej jajek. Jajka i tak kupował u chłopów, ale musiał mieć faktury i ojciec jakoś mu je dostarczał. Na mąkę z młyna w naszym GS-ie narzekał, że nie jest tak dobra, jak trzeba, ale tata mu tłumaczył, że w tych czasach brać trzeba to, co jest i widać było, że pogląd Wolframa było taki sam.


   Później ojciec mi wyjaśnił, że w magazynach gnieździł się wołek zbożowy i to nie było takie złe. Bo jak tego wołka było wystarczająco dużo, to wtedy zboże szło nie do młyna, ale do gorzelni. No i wtedy ojciec przywoził do domu całą beczkę spirytusu. To nie był dziewięćdziesięciopięcioprocentowy spirytus - miał może niecałe dziewięćdziesiąt, ale mama zawsze mówiła, że taki jest zdrowszy i szybciej leczy z przeziębienia. Beczki na wszelki wypadek trzymaliśmy u stryjka na wsi, żeby nie nakryli i tata zawsze narzekał, że wujek podbiera więcej, niż się umówili.  To były takie stulitrowe beczki dębowe i obaj nie byli w stanie tego wypić, tylko że wujek czasem sprzedawał. Ale i tak, gdy kiedyś wtaczałem z wujkiem i kuzynem Wojtkiem - synem stryja - tę beczkę, to w schowku w stodole pod słomą było ich co najmniej sześć. W drugim końcu stały beczki z ropą do silnika napędzającego za pomocą pasa transmisyjnego krajbzegę. Jak się czasem ojciec ze stryjem napili, na przykład na święta, to się śmieli, że jak będzie pożar w stodole, to cała wieś, nawet plebania, pójdzie z hajcem...  A mama i stryjna wtedy załamywały ręce, albo krzyczały na nich - w zależności od nastroju...


   Tak więc ojciec usadził nas z Zośką na rynku na werandzie przed cukiernią Wolframa i tylko zaznaczył, żeby nam nie dał więcej, niż po dwie kulki lodów, uprzednio upewniwszy się, że są świeże. Były lody truskawkowe i śmietankowe. My chcieliśmy, rzecz jasna, truskawkowe, ale Wolfram dał nam śmietankowe z wyraźnie wyczuwalnym smakiem wanilii. Chyba jednak wcale nie był pewien tych swoich truskawkowych...


   Na rynku, dzień nie był targowy, prawie nikogo nie było. Tylko w przeciwległej pierzei stała kolejka, bo rzucili właśnie mydło, a jakoś akurat mydła nie było. Pan Wolfram skomentował to: - Głupi ludzie - mydło trzeba kupować na zapas, nawet jak parę lat poleży, to się tak bardzo nie psuje, tylko mniej pachnie. Ja tu tak filuję, bo mają żyletki przywieść do "Ruchu", a żyletką zawsze jest lepiej się golić, jak brzytwą.


   Gdy w podstawówce obok rynku zrobiła się chyba druga przerwa, maluchy wybiegły na plac. Pewnie na co dzień nie było im wolno, ale wtedy była taka piękna pogoda i już koniec roku -   stopnie mieli pewnie wystawione...  Gdyby to było liceum, to byłoby nam głupio, bo my co - technikum i wcale nie w powiecie. Ale na tych z podstawówki mogliśmy patrzeć z góry...


   Potem jakiś samochód podjechał pod kiosk i pan Wolfram, mimo pokaźnego brzucha, dosłownie sprintem rzucił się do przodu. Ci z kolejki natychmiast to zauważyli - sam samochód pod kioskiem ich nie wzruszał, bo mógł dowieźć byle co, ale sprint pana Wolframa - człowieka poważnego, na dodatek Żyda, a Żydzi - wiadomo - zawsze wiedzą, co w trawie piszczy, to była alarmująca informacja. Z kolejki najpierw jedna osoba - bez wahania, a po niej jeszcze kilka, wyraźnie miotanych rozterką, pobiegło do kiosku. Pan Wolfram dopiero dokonawszy zakupu krzyknął, tak przez cały rynek: - Żyletki! -  i wtedy jeszcze kilka osób pobiegło do kiosku.


   Wolfram po drodze, wyraźnie zadowolony, wszedł jeszcze do spozywczego i po chwili przyniósł nam po oranżadzie.  Na chwilę, z tymi czterema oranżadami wszedł do środka swojego zakładu, po chwili wyniósł dwie na tacy, przetarł je ściereczką i postawił przed nami.


- Uważajcie, bo stolik się rusza – oświadczył, ciągle jeszcze z zadowoloną miną i dodał: - Szklanek wam nie podam, żeby kontrola, jak się napatoczy, nie mówiła, że handluje państwową oranżadą...


   Każdy wiedział, o co chodzi - formalnie prywatnemu nie wolno było sprzedawać nic, co było wyprodukowane przez państwowe. To, że nam tak dogadzał, było oczywiste - z naszymi rodzicami i ich odpowiednikami w powiatowym GS-ie musiał żyć dobrze. Oboje z Zośką to rozumieliśmy.


   Gdy odszedł, po chwili milczenia, schylając się do głowy Zośki, konspiracyjnie nieomal wyszeptałem: - Tę czwartą oranżadę - ty wiesz, dla kogo wziął?


- Jasne, że wiem, taka dziewczyna ze wsi, która u niego pracuje. Wiem dobrze - pracuje legalnie - rodzice o tym mówili. Dziwili się, że urząd pracy dał zgodę...


- Ja też słyszałem od rodziców... Mówili tak między sobą, nie wiedzieli, że ja słyszę...


- No co... - spojrzała na mnie z zaciekawieniem, ale i z powątpiewaniem...


- On ją posuwa...


   Zośka spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała i chyba rzeczywiście w pierwszej chwili nie zrozumiała...


- No wiesz - nie wiedziałem jak to powiedzieć nie używając wulgarnych słów - robi z nią to, co mąż i żona robią w łóżku...


   Ona na to popatrzyła na mnie, jak na jakiegoś świętokradcę, potem na chwilkę przyjęła minę obojętności, by wreszcie jednak przestać udawać i spytać: - Przecież on ma żonę!


- No właśnie - odpowiedziałem sam nie wiedząc, jak to rozumieć.


    Dopiero po chwili skontaktowałem, że przecież Wolframowa jest stara, gruba i brzydka, a ta ekspedientka młoda, z gęstymi blond włosami i jeszcze, choć tego sobie nie powiedziałem w myśli, ale pomyślałem tak obrazem - cycata. Tego wszystkiego jednak Zośce nie mówiłem, bo się krępowałem.


    Minęło jeszcze kilka chwil, zanim na rynek zajechał ojciec z wagą na platformie ciężarówki. Też wziął loda, dwie kulki i zezwolił panu Wolframowi nałożyć nam do wafelków po jeszcze jednej kulce. Wtedy panował pogląd, że od lodów można się przeziębić i trzeba z nimi bardziej uważać, niż dorośli np. z wódką. Chciał zapłacić za oranżady, ale Wolfram nie wyraził zgody i nawet zawinął w papier babkę drożdżową. Czasem w tych babkach od Wolframa były śliwki, czasem inne owoce, a czasem nic nie było , tylko trochę rodzynek.


   Wracaliśmy inna drogą, polną.


- Po pierwsze, to ludziom nie będziemy kurzyć w nosy, a po drugie, to wykąpiemy się w rzece.


   Rzeczywiście - do przebycia mieliśmy rzekę. Na głównej drodze był drewniany most, odbudowany po wojnie byle jak i jeśli trzeba było z powiatu lub do powiatu jechać z większym ciężarem, to kierowcy ciężarówek czasem woleli jechać tą w innych sytuacjach nie uczęszczaną drogą leśną.


   Tym razem nie chodziło o ciężar, tylko o to, że nie mieliśmy kostiumów kąpielowych. Ja już miałem w domu takie spodenki gimnastyczne, które uchodziły za kąpielowe. Dziewczyny w mieście zwykle też miały od chwili, gdy im piersi rosły. Często dziewczynie już coś zaczynało wystawać, a jeszcze rodzice nic im nie kupowali. One się w domu wykłócały i z czasem osiągały to, co chciały. Jednak do tego momentu kąpały się w samych majtkach i udawały, że nic się nie dzieje. Chłopcy też udawali, że nic nie widzą. No ale, gdy zaczynały im rosnąć włosy nie tylko na głowie, to musowo wszystkie miały kostiumy, zwykle bawełniane, jednoczęściowe.


   Oczywiście - Zośka miała kostium już nawet dwa lata temu. Ale dwa lata temu wprawdzie włosy rosły jej pod pachami, ale piersi prawie nie miała, więc raz opalała się w kostiumie, innym razem bez i nikomu to nie robiło różnicy. Rok później widziałem ją tylko w kostiumie. No a teraz, to już miała porządne, choć ciągle jeszcze za małe, to nie wypadało, żeby z nimi biegała. Nie wypadało, to nie wypadało, ale wyczuwało się, że ona uważa się już za kobietę i się wstydzi.


   Miałem na ten temat swoje obserwacje. Kobiety, które miały niemowlęta, bez żenady karmiły je piersią przy obcych. Gdy były dorosłe, a wokół byli tylko wyraźnie młodsi, latem też często wchodziły do wody w staniku, który zdejmowały myjąc się mydłem i jedne zakładały go z powrotem jeszcze w wodzie, a inne wychodziły na brzeg, wyżymały, choć mogły wyżymać stojąc po kolana w wodzie, strzepywały i dopiero wtedy zakładały. Tak więc dorosłe osoby nas - dorastających chłopaków - specjalnie się nie wstydziły. Za to nasze rówieśnice - gdy już miały te swoje kostiumy, to bardzo. Zośka dwa lata temu pod tym, względem była ewenementem. 


   Pamiętam, kiedyś byłem nad rzeką z Wojtkiem, moim kuzynem. To było rok wcześniej. Akurat byłem na wsi. Poszliśmy wzdłóż pól w takie miejsce, gdzie nikogo nie powinno być i tylko sąsiadka pieliła brukiew. Rozebraliśmy się na golasa, a jeszcze ani jemu, ani mi nic tam nie rosło. Kąpiemy się, a tu na brzegu siedzą dwie rok młodsze dziewczyny: siostra Wojtka - Ania i jej koleżanka Renata. Nie chcieliśmy ich wziąć i szpiegowały nas. Ja jakoś wstydziłem się pokazywać goły, ale co było robić, skoro one nie chciały odejść. Schowaliśmy przyrodzenie w dłonie, na brzegu założyliśmy majtki i trochę daliśmy im popalić. Ale nie za mocno je zbiliśmy, bo się nie obraziły. Wiec one też się rozebrały - Anka do majtek, bo wiedziałem, że kostiumów, jak to na wsi, w ogóle nie mają. Gdy chciały iść się kąpać, a my początkowo ostentacyjnie powiedzieliśmy, że na razie mamy dość, Wojtek zabronił Ance kąpać się w majtkach, bo miała na sobie nowe, całkiem białe i w rzece mogły zżółknąć. Zagroził, że powie o wszystkim matce i widać było, że to jest argument.


   Ale Anka była zakłopotana i w końcu powiedziała, że zdejmie majtki, jeśli i Renata zdejmie. A było widać, że Renata jest już rozwinięta, że ho, ho - zresztą dlatego - dodatkowo -  wstydziliśmy się przed nią biegać nago.  A Renata była w majtkach i w podkoszulku. Ten podkoszulek był porozciągany i w rzeczywistości nie był taki szczelny, ale liczyło się, że jest. W mieście, jakby dziewczyna kąpała się w podkoszulku, to wszyscy by się z niej śmieli, ale na wsi to mogło uchodzić.


   Na to Renata Ance zaczęła tłumaczyć, że jej już nic nie brakuje, a ona jeszcze nawet nie ma swego okresu. Ja wtedy, a zresztą i w rok później wcale nie wiedziałem, co to jest okres.  Wiedziałem oczywiście, jak się robi dzieci i nawet coś słyszałem, że kobietom krew leci, ale co i jak, to nie wiedziałem.


   Na to Anka odpowiedziała, że chodzą do jednej klasy, mają tyle samo lat, więc jeśli ona może się całkiem rozebrać, to Renata też może.


   Początkowo nam z Wojtkiem nie bardzo na tym zależało, ale sprawa nas wciągnęła. W jednej chwili obie stały się dla nas obiektem obserwacji o podłożu erotycznym.


   W pewnym momencie Anka zemściła się na Wojtku i zaproponowała, że wszyscy, to znaczy my również, rozbierzemy się na golasa. I na zgodę od razu zdjęła te swoje białe majtki. To jednak było coś, bo miała między nogami kilka króciutkich, wijących się po skórze włosów. 


   Oczywiście - Wojtek był jej bratem, a Renata dziewczyną, więc od razu zrozumiałem, że to jest gest nade wszystko w moją stronę. No ale mogłem uchodzić, jako kuzyn, za takiego, którego nie trzeba się wstydzić.


   A jednak - Renata odmówiła. Powiedziała, że jeśli się rozbierze, to my z pewnością rozgadamy... My wprawdzie zarzekaliśmy się, ze nie, ale ona nie wierzyła. A może - uznała, że jest w tym stopniu zaawansowania, że jest kimś ponad nami i nie warto się z nami pospolitować? Ale tak naprawdę, to się wstydziła. Tak myślę. Wstydziła się także Anka. No ale z nią było już po ptakach - była na golasa, więc tak została. Potem, po kąpieli, gdy leżeliśmy obok siebie na trawie, przywarła do mnie, niby się odwracając, pocierała się. To było niewinne, choć wówczas mnie sparaliżowało.


   Sparaliżowało, choć to była wiejska dziewucha - córka prostego chłopa i na dodatek młodsza - wtedy takie rzeczy dla mnie się liczyły. Dziś - tak sobie myślę, że ona chciała w ten sposób sprawić, bym jakoś zaakceptował tę jej gołość, albo co? Przez część dorosłego życia żyłem z seksu, ale przecież nie wszystko rozumiem...    


   W sumie jednak to wszystko nie zrobiło na mnie większego wrażenia, dopiero potem uświadomiłem sobie, że to mi się śni po nocach - jakieś rozbudowane, nierzeczywiste... A także - miałem doświadczenie, że dziewczyny, nie koniecznie w jakimś wieku, ale w pewnym momencie rozwoju fizycznego, nie są skłonne do bezwstydu.


   Tak więc do pomysłu ojca miałem sceptyczny stosunek. Tym bardziej, że jak sądziłem, ojciec w ogóle nie zastanawiał się nad złożonością sprawy. Było gorąco - nie chciało mu się do czwartej siedzieć w kanciapie magazynu tym bardziej, że już z rana opił z panem Władkiem jakiś interes. Ponieważ w domu, jeszcze rano, ładował do teczki jakieś butelki, z pewnością ze spirytusem rozrobionym z sokiem, to być może i z tymi od naprawy wagi coś sobie dziabnął. Co go obchodziły skomplikowane stosunki między młodymi ludźmi?


   Rzekę od lasu oddzielał może dwudziestometrowy pas łąki zalewowej. Ojciec skręcił, odjechał wzdłuż rzeki ze sto metrów i zatrzymał się za krzakami, zza których  samochód nie był zbyt widoczny. Nie chodziło o to, by nikt nie widział ciężarówki, lecz by nikt jej nie rozpoznał, a przynajmniej nie mógł odczytać numerów rejestracyjnych. Takie rzeczy same przez się były rozumiane. Jeśli ktoś podejdzie, to znaczy, że chce pogadać i nie wypada, aby doniósł. A jeśli będzie chciał donieść, to z daleka nic pewnego nie zobaczy. Ojciec zawsze był ostrożny, a z domu wiedziałem, że rodzice Zośki też byli ostrożni.


   My z ojcem od razu wbiegliśmy do wody. Po chwili ojciec odszedł do ciężarówki i wrócił z nowym, luksusowym mydłem w papierowym opakowaniu. Widać, zaopatrzył się w magazynie w to samo, po które ludzie tłoczyli się na rynku. Gdy wróciłem, znad wody, ojciec już wybrał miejsce tak ze dwadzieścia metrów od ciężarówki, żeby się nie zapaliła i rozpalał ognisko. Kazał nam iść po chrust. Dwa razy obróciliśmy z pełnymi naręczami. Po drodze, z głupia frant spytałem: - nie kąpiesz się? Ona mi na to, że nie ma kostiumu. Ja, że można bez kostiumu, nikomu przecież nie powiem.


- Kiedy się wstydzę...


   Na to już nic nie powiedziałem, tylko powiedziałem: - głupia jesteś...


   Ale wcale nie uważałem, że jest głupia, tylko nie miałem pomysłu, aby powiedzieć coś innego.


   Wróciliśmy do ogniska. Ledwo się tliło, ponieważ ojciec wcale nie chciał dużo podkładać do ognia.  Z teczki wyjął gazetę - "Trybunę Ludu", na którą wszyscy narzekali, bo na zawijanej w nią żywności zostawiała czarne odbicie liter i słyszało się, że to jest bardzo niezdrowy ołów. Ale co było robić - dużo lepszego "Słowa Ludu" ojciec nie mógł zaprenumerować w spółdzielni, a taki głupi, żeby samemu płacić za gazety, to nie był.


   Tak więc większą część gazety - dwukolumnową - rozłożył na trawie, a mniejszą - jednokolumnową, starannie złożył i schował do teczki na później. Bez zbędnego gadania na sfotografowanej twarzy towarzysza Wiesława położył butelkę piwa jędrzejowskiego. Wszyscy wiedzieli, że nie ma gorszego piwa, niż jędrzejowskie, to też natychmiast popatrzył pod słońce, czy w środku nie pływa mucha. Zdaje się - nie pływała, a jeśli, to musiała być taka mała, że ojciec nie zwrócił na nią uwagi. Po chwili wyjął też napoczętą flaszkę z nalewką i pociągnął spory łyk.


   Popatrzył na nas i powiedział: - do wody, dzieciaki, do wody, tu woda płytka, to się nie potopicie... Jak wrócicie, to dam wam na spółkę oranżadę, ale tylko jedną, bo druga niech czeka, aż coś zjemy...


   Ja na to, że Zośka nie chce, bo nie ma stanika i się wstydzi.


   Zośka nic nie powiedziała, ale widziałem, że zrobiła się czerwona.


- Też mi fanaberie - zdejmuj dziewczyno tę sukienczynę i do wody, ale już. Jak się wstydzisz, to ja się odwrócę, ale potem mamie powiem, że fochy stroisz i jest z tobą zawracanie głowy.


   Tu ojciec pociągnął łyk piwa i zmartwił się: - Jak ciepłe piwo, to od razu jest kwaśne. Ale trudno...


   W tym czasie Zośka rozpięła wprawdzie jeden guzik, ale zamarła tak, jakby znowu zrezygnowała. Ojciec spojrzał na nią i dodał - mydło będę dziś dawał twojej mamie, to nie zapomnę poskarżyć...


   Zośka zatem - jak zauważyłem - drżącymi palcami, powoli rozpięła sukienkę i wstając zdjęła ją. Piersi miała większe, niż sądziłem, a przede wszystkim długiem, sztywne i pomarszczone sutki. To było coś nowego - takie rzeczy częste były u karmiących matek, ale nie w jej wieku. Zresztą - w samochodzie mimochodem widziałem, gdy się schyliła, jej piersi i były inne. We mnie też się coś ruszyło, co pod majtkami, wcale nie kąpielowymi, byłoby widać, więc natychmiast ruszyłem do wody. Ojciec w tym czasie znów pociągnął łyk nalewki i położył się na trawie.


   W wodzie bawiliśmy się w berka i dwukrotnie - doganiając ją, chwyciłem za te piersi - były w środku twarde, podobnie jak sutki. W gatkach miałem namiot, jak wszyscy diabli, ale tym bardziej udawaliśmy, że nic nie widzimy. Czuło się, że i to moje obłapianie jej za piersi i mój namiot, to ma być nasza wspólna tajemnica.


   Gdy wróciliśmy, na gazecie leżały trzy zaostrzone scyzorykiem patyki i kilka grubych plastrów kiełbasy żywieckiej. To była kiełbasa o szerokości co najmniej osiem centymetrów, pomyślana jako obłożenie dla chleba. Obok były pajdy chleba i słoik z musztardą. 


- Żeby ,cholera, w powiatowym mieście, w magazynie, nie było normalnej kiełbasy. Rozumiem - w sklepie, dla ludzi, ale w magazynie? Ta w ogóle tłuszczu nie ma - niech sobie ją w Warszawie jedzą, albo w województwie. Nam trzeba porządnej, ze słoniną i cienkiej. W domu mam porządną kiełbasę, wiejską, od brata, ale czy to człowiek pomyślał?


   Ojciec narzekał, ale wiedziałem, że nie jest szczery. Przed wojną mięso jadł od wielkiego dzwonu. Nawet teraz koledzy jedli mięso w niedzielę i może jeszcze raz w tygodniu. Do chleba też tylko od święta mieli salceson, kaszankę, a chleb, jeśli smarowali, to margaryną mleczną, od ciąży skuteczną, chyba że rodzice mieli krowę. Były jednak domy, gdzie krowa w miasteczku była, ale całe mleko sprzedawano, a rodzina normalnie - jadła z margaryną, albo i bez.


   Tym czasem u nas w domu, ale i u Zośki, nikt się czymś takim nie przejmował. Na koniec i na początek roku każdemu nauczycielowi dawaliśmy po pół laski szynkowej, albo jeśli była duża, to jedną trzecią laski. Wychowawczyni nawet więcej... Masła było ile kto chciał, bo nasza spółdzielnia mleczarska brała z innych spółdzielni masło, dodawała swoje i soliła dla wojska.  Potem wystarczyło wsypać więcej soli, niż wymagała receptura, a tego nikt nie sprawdzał i nadwyżką można było obdzielić wszystkich tych, których warto było obdzielać. No i nawet, jeśli kanapkę smarowałem grubo na palec, to mama nic nie mówiła, tylko się śmiała, że taki jestem żarty i chyba duży urosnę...


   Wsadziliśmy płaty kiełbasy do ogniska i choć były potężne, to szybko się nagrzały. Potem po jeszcze jednym, a ojciec jeszcze jeden. My przedtem nie wypiliśmy swojej oranżady, bo włożyliśmy ją do rzeki, aby zrobiła się chłodna i teraz dopiero ją piliśmy. Drugą włożył do rzeki ojciec, gdy biegaliśmy w wodzie.


   Zjedliśmy prawie całą musztardę, więc tata podszedł do rzeki, wyrzucił resztę, opłukał musztardówkę i po powrocie nalał sobie nalewki. Była gęsta - znałem jej słodkocierpki smak, bo czasem na spróbowanie brałem na koniec języka. Zośka jednak przyglądała mu się uważnie i dlatego spytał ją:


- Co - chciałabyś spróbować?


   Ona jednak nic nie odpowiedziała, bo chciała, ale wstydziła się przyznać. Więc ojciec wypił swoje, otarł brzeg szklanki o trawę i nalał jej tak tylko trochę. Jedną ręką zatknęła nos, jakby chciała się rzucić do głębokiej wody, a drugą podniosła musztardówkę z rubinowym płynem.


-                      Nawet się nie zakrztusiła - he, he, zaśmiał się ojciec.]


    Potem kazał jej pamiętać, byśmy podczas kąpieli skorzystali z odpieczętowanego mydła. Zaznaczył przy tym, że ja na pewno nie będę chciał, albo nie będę pamiętał, a on, jak się obudzi, to sprawdzi, czy jesteśmy umyci.


    Potem wstał i odszedł w cień pod krzaki, obok ciężarówki, z której wyciągnął jakiś stary granatowy fartuch. Rozścielił go sobie i położył się drzemać. Przy tych czynnościach z kieszeni fartucha wypadł chemiczny ołówek. Rodzice zawsze mi wkładali w głowę, abym uważał na chemiczne ołówki, bo gdy grafit dostanie się do oka, to oko wypłynie. Zośce też to mówili, jak to urzędnicy w GS-ie, więc gdy to zobaczyliśmy, to spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.    


   Pobiegliśmy do wody. Celowo tak uderzałem stopami, a właściwie - jak pamiętam - piętami w wodę, by jak najszerzej się rozpryskiwała. Jedynie w jednej trzeciej szerokości sięgała nam ona do pasa, a raczej mi, bo byłem wówczas trochę niższy od niej. Nurkowaliśmy chcąc wypatrzyć jakieś ryby. W pewnym momencie płynąc z przeciwległych kierunków pod wodą wypłynęliśmy twarz w twarz. W jej oddechu wyczułem wiśniówkę.


- Dobra była ta wódka?


- Aha...


- Ja kiedyś też spróbowałem, ale malutko...


- Aha - odpowiedziała i rzuciła się na mnie z zaskoczenia. Przywaliła swoim ciężarem i wepchnęła pod wodę. Nie od się wyrwałem i gdy wstałem, musiałem wykaszleć się i wykrztusić. Starałem się robić to cicho, aby ojciec nie słyszał, bo przecież to co robiliśmy, tak można to było sobie wyobrazić, było prostą drogą do utopienia się, przed czym tak nas przestrzegano.


- Choć - tam na brzegu jest butelka - spróbujemy...


   Rzeczywiście - było w tej butelce trochę mniej niż połowa zawartości. Wziąłem musztardówkę po to, aby ją umyć, ale Zosia gestem dała mi znać, że nie, że będziemy próbować z butelki. W całkowitej ciszy łyknęliśmy po jednym razie. Ona wyjęła kiełbasę z gazety i leżącym obok scyzorykiem ukroiła plaster. Przedtem jednak zgoniła z tego scyzoryka muchy i wytarła go o trawę. Plasterek pokroiła na sześć części. Tym samym rozstrzygnęła