Prawo jest. Czasem dobre, częściej złe, ale głównie ledwo zrozumiałe. Twierdzą uczeni w słowie, że tak być musi, bo prawo to poważna sprawa. W morzu argumentów za hermetycznością języka regulacji i dokumentów ujawniają się wszakże niekiedy herezje i heretycy. Tacy mówią, że można byłoby wyrażać się jaśniej.
Pisanie zawiłe, przewlekłe, bez stylu i właściwego językowi składu to przypadłość powszechna. Nie może dominować u nas w piśmie język zrozumiały i piękny, jeśli rodak wysłowić się w codziennej mowie ma trudności. Nie po to jednak prawnik z cenzusami, a także urzędnik państwowy wysokich i najwyższych szczebli cieszyć się chce estymą, żeby mu liche pisanie wybaczać. Tyle inwokacji.

W rzeczowej komunikacji oraz w celu perswazji najlepiej, bo najskuteczniej, posługiwać się przykładami. Są takie na podorędziu.

W maju 2008 roku, po roku prac parlamentarnych i zabiegów politycznych, kongresmen z Iowa Bruce Braley ogłosił Ameryce wiadomość, że Izba Reprezentantów, której jest członkiem przyjęła właśnie ustawę o czytelnym języku rządowym. W języku oryginału był to „The Plain Language in Government Communications Act”.

Czcigodny B. Braley był inicjatorem nowego prawa. Obiecywał, że agendy rządowe będą od teraz musiały używać „krótkich, prostych słów zamiast prawniczego i technicznego żargonu”. Cieszył się, że głosowanie zakończyło się w Izbie pomyślnie na dzień przed amerykańskim dniem sądnym, przypadającym na połowę kwietnia, kiedy każdego roku mija termin rozliczeń obywateli USA z federalnym urzędem podatkowym. Wyrażał nadzieję, że kiedyś łatwiej będzie przedrzeć się przez bełkot formularzy i ukazów podatkowych. Uderzał także w wysokie tony: -Ustawa sprawi, że w relacjach ze zwykłymi Amerykanami rząd stanie się bardziej dostępny i odpowiedzialniejszy.

Radość kongresmena była cokolwiek przedwczesna. Ustawy przyjęte przez Izbę Reprezentantów stają się prawem po pomyślnym ich przegłosowaniu przez Senat i podpisaniu przez Prezydenta. Ustawa „jasnego języka” ugrzęzła jednak w izbie wyższej Kongresu, a w kilka miesięcy później (w styczniu 2009 r.) zakończyła się kadencja, co pogrzebało projekt tej akurat językowej regulacji. Nadzieje nie prysły jednak bezpowrotnie.

Otóż, „The Plain Language in Government Communications Act” został przyjęty w 2008 r. przez Izbę Reprezentantów stosunkiem głosów 376 za do 1 przeciw. Tak silne poparcie w izbie niższej i pełna zgoda wśród zacietrzewionych zazwyczaj Demokratów i Republikanów nie była wydarzeniem tuzinkowym. To stwarzało wielkie szanse powodzenia w kolejnej próbie, zwłaszcza że Bruce Barley to polityk długodystansowy i w wyborach zapewnił sobie przedłużenie mandatu na następne dwa lata.

Wznowił zatem starania już w lutym 2009 r., czyli zaraz na początku nowej, 111. kadencji Kongresu. Zwieńczył je podpisem Baracka Obamy pod ustawą o „zwyczajnym języku” w dokumentach rządowych („The Plain Writing Act”), złożonym przez Prezydenta 13 października 2010 r.

W porównaniu z poprzednią próbą legislacyjną zmieniła się głównie nazwa nowego prawa. Ustalenia pozostały mniej więcej takie same. Ustawa ma ledwo, trzy, „niepoutykane” strony. Adresatem jej postanowień jest rząd, jego departamenty (ministerstwa), ale także państwowe jednostki spoza ścisłego rządu i przedsiębiorstwa rządowe (independent agencies and government corporation), poczynając od Centralnej Agencji Wywiadowczej CIA, a na takim np. Korpusie Pokoju kończąc.

Wskutek starań kongresmana z Iowy urzędnicy amerykańscy mają teraz prawny obowiązek stosowania zrozumiałego języka w każdym nowym, albo częściowo zmienianym (nowelizowanym) dokumencie. Wszystkie jednostki władzy i autoryzowane przez władze muszą szkolić swoich pracowników w zasadach czytelnego pisania. Na ich stronach internetowych musiały zostać utworzone sekcje informujące jak dany urząd wykonuje zadania nałożone przez ustawę. Jest też parę innych obowiązków nałożonych z myślą o tym, żeby prawo prostej mowy żyło pełnią życia, a najlepiej kipiało.

Kongresmen Braley nie był i nie jest w swych staraniach samotnikiem. Przeciwnie, w tle jego działań jest duży ruch w Stanach. Łączą w nim siły obywatele i oświeceni profesjonaliści. Jakieś 20 lat temu nabrał on kształtów organizacyjnych pn. Plain English Network (Sieć na rzecz Zrozumiałej Angielszczyzny). Teraz sieć nosi sprytną nazwę Plain Language Action and Information Network, w akronimie PLAIN. Przemyślność onomastyczna godna mistrzów jasnej mowy (onomastyka = nazewnictwo), bo zaznaczyć trzeba raz jeszcze, że plain language to po angielsku język prosty.

W PLAIN rej wodzą urzędnicy federalni przekonani, że ich praca i służba przyniesie lepsze efekty, gdy rząd stosował będzie na wszystkich szczeblach wywód przystępny i jasny. Aktywność organizacji przejawia się w comiesięcznych spotkaniach otwartych dla wszystkich pracowników urzędów i jednostek federalnych oraz w bogatym przekazie zawartym na stronach www.plainlanguage.gov.

„Ala ma kota”, a nie „Kot jest własnością Ali”

Od strony praktycznej najistotniejszy jest dostępny tam ponad stustronicowy poradnik dla instytucji rządowych i okołorządowych pt. „Federal Plain Language Guidelines”. Podstawowe reguły poznać można po rzucie oka na sam tylko spis treści.

Przede wszystkim wiedzieć trzeba do kogo się zwracamy w przygotowywanym przez nas dokumencie. Jeśli nie jest to grupa jednorodna, to najlepiej pisać do każdej odrębnie.

Po drugiej stronie nie tłoczy się bezimienna tłuszcza, więc najlepiej byłoby adresować przekaz do Pani, Pana, Państwa, do Was Drodzy Uczniowie… Bezosobowe  „należy”, „uprasza się”, czy „każdy jest zobowiązany”… jest niegrzeczne i w złym guście.

Bardzo ważna jest organizacja tekstu. Z reguły, im więcej zwięzłych nagłówków, czy śródtytułów dzielących komunikat na jego naturalne części, tym lepiej.

Najwłaściwszy jest krótki akapit, bo w długich łatwo się zgubić i trudniej wrócić do utraconego wątku. W krótkim akapicie dobrze leżą krótkie, a przynajmniej jak najkrótsze zdania, dobrze ponadto jeśli pojedyncze, a nie złożone.

Język tym jest czytelniejszy im podmiot bliżej orzeczenia. Strona czynna jest lepsza od biernej. Wyrażaj się wprost, a nie dookoła. Zatem „Ala ma kota”, a nie „Kot jest własnością Ali”.

Nie ma w jasnym pisaniu miejsca na podwójne zaprzeczenia, a już w ogóle na wyjątki od wyjątków

Jedna z najgorszych plag urzędowych i prawnych to unikanie słowa „musi”. Z tego powodu ludzie i sądy tracą miliardy godzin co roku w świecie na zastanawianie się, co miał na myśli prawodawca pisząc w ustawie, akcie wykonawczym lub decyzji np., że „Ktoś coś będzie (czynił)” lub „Ktoś coś (czynić) powinien”.

Trafniejsze i czytelniejsze są słowa krótsze. Skrótów, skrótowców i akronimów jak najmniej (akronim = wyraz utworzony z pierwszych liter lub zgłosek innych wyrazów np. ZUS, PZU). Jeśli ich użycie jest uzasadnione, to rozwinąć je trzeba przynajmniej raz, np. w oddzielnej ramce.

Jako urzędnik używasz tych samych pojęć po sto razy dziennie przy najróżniejszych okazjach, więc wydaje się Tobie, że poruszasz kwestie proste i jak najbardziej oczywiste. Pozbądź się tej paskudnej maniery i staraj się wprowadzać do dokumentu przystępne definicje.

Niniejszym, nie używaj, a przynajmniej ograniczaj stosowanie pustego języka zwanego uczenie językiem formalnym.

Przykłady najlepiej trafiają do głowy. Niekiedy, należałoby zastanowić się nad ilustracją.

Obce słowa ułatwiają i skracają wywód, ale trafnie rozpoznają je osobnicy zadziwiająco nieliczni. Słowniczek terminów i słów obcego pochodzenia, a także skrótów byłby całkowicie na miejscu.

Porad, zaleceń i przykazań jest oczywiście bez liku i jeszcze więcej. Problem główny polega jednak nie na braku wiedzy i niedostatku dobrych przykładów do naśladowania, lecz na tym po prostu, że napisać coś zrozumiale językiem prostym i czytelnym dla ludu jest trudno i trudniej, niż pobełkotać sobie w narzeczu biurokratycznym, naukawym, albo w obu naraz.

Pracownia Prostej Polszczyzny

Koncept prostego języka w komunikacji między władzą a szaraczkami zapuszcza korzenie nie tylko w Stanach. Objął liczne państwa Unii Europejskiej i stawia pierwsze kroki w Polsce.

Od paru lat w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego działa Pracownia Prostej Polszczyzny kierowana przez dr. Tomasza Piekuta. Nasi badacze przyjęli za motto aforyzm Stanisława Leca, że „nie wystarczy mówić do rzeczy, trzeba mówić do ludzi”. W wywiadzie udzielonym Małgorzacie Poradzie dr Piekut zarysował zagadnienie w sposób sugestywnie lapidarny.

Zwrócił uwagę, że każdy inteligent zna głębię znaczeń Hamletowego: „Być albo nie być – oto jest pytanie”. Ten fragment ma trzy cechy języka elit, których należy unikać w tekstach publicznych. Pierwsza to wieloznaczne „być”, druga to metajęzyk (mówienie o mówieniu), a trzecia to nienaturalny szyk. Gdybyśmy chcieli powiedzieć komuś językiem konkretu, co robi Hamlet, to powiedzielibyśmy: „zastanawia się, czy się nie zabić”.

Działalność PPP (Pracownia Prostej Polszczyzny) jest nie tylko naukowo-teoretyczna, ale też utylitarna, tzn. społecznie użyteczna. Na stronie internetowej pracowni dostępna jest aplikacja FOG-PL służąca do sprawdzania tzw. mglistości języka. Konstrukcja i działanie „maszynerii” jest podobno bardzo skomplikowane, ale wynik sprawdzania łatwy do przyswojenia. Podawany jest w latach nauki potrzebnych do zrozumienia tekstu.

Złotym standardem powinna stać się weryfikacja języka przez podstawowych odbiorców o niskim wykształceniu. Anegdota mówi, że stosował ją Grzegorz Lindenberg - pierwszy naczelny jednego z rodzimych „szmatławców”. Wychodził z maszynopisem na ulicę przed siedzibą redakcji mieszczącej w samiusieńkim centrum Warszawy, szukał wzrokiem przechodnia o twarzy niezdradzającej objawów wybujałego intelektu, zatrzymywał go i czytał mu tekst przyrządzony przez redaktora. Autor notatki powtarzał pisanie dopóty, dopóki na twarzy ulicznego odbiorcy bardziej z nizin, niż wyżyn nie pojawił się uśmiech pełnego zrozumienia.

Najważniejszą konstatację z zakresu „prostego języka” daje się zatem ująć w haśle: -Nie zmieniaj treści, zmień formę!

Problem ma dwie główne odsłony. Pierwsza to język codziennych dokumentów urzędowych. Druga to język ustaw i pozostałych aktów prawnych. Oba mają zasadnicze znaczenie, które można próbować wyrazić w pieniądzu.

Amerykańskie zrzeszenie małych firm (National Small Business Association) twierdzi, że koszty dostosowywania się najmniejszych przedsiębiorstw do wymagań regulacyjnych mogą wynosić w USA 7 600 dolarów na jednego pracownika rocznie. Wiarygodność tego szacunku nie jest do łatwego sprawdzenia, ale intuicja i doświadczenie podpowiadają, że koszty tego rodzaju są niewspółmiernie wysokie. Wielka ich część to wydatki na speców, którzy tłumaczą drobnym przedsiębiorcom z języka urzędowego na nasze.

W styczniu 2012 r. Bruce Braley przedstawił Izbie Reprezentantów swoje kolejne dzieło. Jest nim projekt ustawy pn. „The Plain Regulations Act”. Tym razem wyzwaniem jest język amerykańskich ustaw. Z powodu silnego oporu „określonych sił” nie udało mu się posunąć prac legislacyjnych zbyt daleko, a tym bardziej zakończyć ich przed końcem kadencji.

Będziemy obserwować jego wysiłki, bowiem chcemy kiedyś prostszego, zrozumialszego i niezamglonego języka pism, dokumentów i ustaw także w Polsce. Przydadzą się przykłady, bo opór anciene régime’u będzie zapewne niesłychanie mocny.

Jan Cipiur

PS. Spieszę donieść, że poczyniłem pewne postępy w zbożnym dziele zrozumiałego przekazu. FOG-PL (pierwsza polska aplikacja oceniająca przystępność tekstu) ocenił, że wywody powyższe napisane zostały „językiem dość trudnym”, ale do jego zrozumienia wystarczy już tylko matura.

Tekst opublikowany w Obserwatorze Konstytucyjnym