Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy" ogłosił publicznie swój zamiar uczestnictwa w manifestacji w obronie Telewizji Trwam. Trafnie przewidział  ksiądz redaktor reakcje niektórych obserwatorów takiego zachowania:"Znów  powiedzą niektórzy, że mieszam się w politykę. I niech sobie gadają. Oskarżenie o politykowanie stało się bowiem  pejczem służącym  zaganianiu duchownych do zakrystii."
Jestem właśnie świeżo po lekturze opowieści o innym księdzu katolickim, z równie katolickiego jak Polska kraju. Już od lat seminaryjnych głęboko i aktywnie angażował się w sprawy dotyczące swojej Ojczyzny. Nie zaniedbywał bynajmniej duszpasterskich obowiązków i nikt go ani pejczem ani nawet słowną zachętą nie musiał nakłaniać do odwiedzania zakrystii. W najtrudniejszych nawet chwilach swego życia, obarczony obowiązkami głowy państwa, naczelnego wodza i szefa największej partii, znany był z tego, że swoje kapłańskie obowiązki spełniał w tym samym czasie sumiennie i przykładnie.

Działalność publiczna tego księdza wzbudzała życzliwą przychylność u wiernych, u innych księży, u biskupów, których hierarchicznej władzy podlegał, a nawet w Watykanie. Ksiądz rzymsko-katolicki mógł brać tak aktywny udział w życiu politycznym jedynie za zgodą swego ordynariusza, ten z kolei o zezwolenie musiał prosić w Watykanie. Z biegiem lat prospołeczna i propaństwowa działalność tego księdza zataczała coraz szersze kręgi i z lokalnej stała się krajową, a nawet w jakimś wymiarze międzynarodową. Obejmowała obok kapłańskiej, rozbudowaną działalność publicystyczną, partyjną, polityczną, niepodległościową.

Za swoją działalność trafił na jakiś czas ten ksiądz do więzienia, co tylko ugruntowało go w przekonaniu o słuszności drogi, po której kroczy. Z więzienia trafił w poselskie ławy, a potem do rządu, by wreszcie objąć
 najwyższe stanowiska w państwie. Z takiego stanowiska mógł już nawet wzywać biskupów "do ostrożności wobec próśb osób wyznania mojżeszowego proszących o chrzest". Antyżydowskie przekonania, które mu zawsze towarzyszyły, z biegiem lat przekształciły się u tego księdza w antyżydowskie rozporządzenia rządu, którym kierował i osiągnęły punkt kulminacyjny w rozwiązaniu kwestii żydowskiej we współdziałaniu z wielkim przyjacielem jego kraju – Adolfem Hitlerem. Wtedy przedstawiciel Watykanu pisał do Rzymu: "Postawa tego księdza na czele państwa, jak również postawa jego biskupa i wielu członków kleru w rządzie i w parlamencie, zaczyna oznaczać poważny uszczerbek dla Kościoła"

W tych dniach minęło 75 lat od daty wykonania wyroku śmierci na słowackim księdzu Józefie Tiso. Może warto, by z tą historią zapoznali się na nowo polscy księża redaktorzy, ksiądz dyrektor, księża biskupi, a nawet księża proboszczowie. Nie żebym straszył, ale tak ku opamiętaniu.
Ks. Wojciech Lemański

Komentarze

r | 2012-04-26 17:30

Pamiętam taką, dość smutną, scenę ze swojego życiorysu. Po śmierci bliskiej osoby musiałem sprzedać bibliotekę. Układałem książki na dywanie i oglądałem telewizję. Jakiś biskup mówił coś o krzyżu (chodziło wtedy o krzyż w Oświęcimiu). Nie, nie mówił nadawał jak opętany. Już miałem cisnąć książką, którą trzymałem w ręku, w odbiornik, ale opamiętałem się. Patrzę, czytam: "tam gdzie w polu krzyża znal", Baczyński. Aha! Więc nie tylko nienawiść. Naprawdę, wolałbym wtedy pomyśleć coś na kształt: czasem bywa nienawiść i u nich, ale cóż, ci opętani głośno krzyczą. Bardzo dobrze ich słychać. I ma się wrażenie, że jest ich legion. Tiso to przykład, co robią, jak dojdą do władzy.