"Bardzo ważne, bardzo ważne" miał odpowiedzieć  polskim dziennikarzom prezydent Bronisław Komorowski, gdy go w Pekinie pytali o prawa człowieka. I zaraz zaczęło się: że tchórz, bo bał się o tym z Hu Jintao rozmawiać, przewodniczącym Chińskiej Republiki Ludowej, a inni przywódcy się nie bali.
Bo inni przywódcy przyjeżdżali z listą dysydentów, represjonowanych przez chiński reżim, i nie lękali się pytać o nich. Mimo, że - tak jak polski prezydent - też mieli do załatwienia interesy. Pytanie o to krótkie, zdawkowe zdanie najwybitniejsi komentatorzy i publicyści zadawali dyżurnym politykom koalicji i opozycji i czekali na potępienie prezydenta, który - każdy z pytających to podkreślał - sam był w przeszłości represjonowany przez polski reżim, miał więc szczególny obowiązek zrobić "coś". Oni pytali, politycy albo się wili (to koalicja) albo rąbali prosto z mostu o tchórzostwie Komorowskiego. Dziś slyszę, że "prezydent Bronisław Komorowski spotkał się w środę (nazajutrz po spotkaniu z Hu Jintao) w polskiej ambasadzie w Pekinie z grupą chińskich dysydentów - poinformowała Szefowa biura prasowego Kancelarii Prezydenta Joanna Trzaska-Wieczorek. Jak dodała, prezydent spotkał się "osobami represjonowanymi za swoje przekonania, których działalność została objęta cenzurą". - Było to bardzo wzruszające spotkanie, pełne refleksji, ale i nadziei - zaznaczyła."
Co na to autorytety polskiego dziennikarstwa? Który zeżre swój język?

Tenże sam prezydent poprosił byłego prezydenta Lecha Wałęsę, by ten go reprezentował na pogrzebie Vaclava Havla. "Co to jest - wydziwiali komentatorzy, że polskiego prezydenta nie stać na udział w uroczystości pogrzebowej tak znamienitego polityka, dawnego dysydenta etc." Może przyjechać Sarkozy, a Komorowski nie może? Tchórz go obleciał, gardzi Havlem, a może leń zwyczajny? - sugerowali, nie czekając na wyjaśnienie, które przedstawił, ale po dwóch dniach dopiero, prof. Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta: Komorowski ma zapalenie gardła.
Kto zeżre własny język? Może ten dziennikarz chyba już tysiąclecia, który w piątkowy poranek wydziwiał, że prezydent nie jedzie, a premier też coś nieskory?

"Koniec epoki? Anna Streżyńska usunięta z funkcji szefowej UKE" czytam na stronie głównej
znanego radia informacyjnego. Wielkie zdjęcie Anny Streżyńskiej, a pod nim taki właśnie tytuł. Treść informacji już mniej kategoryczna, choć można doczytać się podtekstu, że to dlatego, iż Streżyńską powołał na to stanowisko rząd PiS. Dopiero w głębi tekstu ukryta jest informacja, że kadencja pani prezes upłynęła już w maju... Czy ktoś za manipulacyjny tytuł zeżre swój język?

To tylko trzy przykłady w ostatnich dniach nowego stylu coraz głupszych komentarzy, wygłaszanych ex cathedra przez przemądrzałych, chichoczących (Tak jest!) dziennikarzy, którym nie chce się sprawdzić, zweryfikować, ani dowiedzieć się u źródła. Szczególnie często zdarza się to w sytuacji, gdy można jakąś łatkę przykleić rządowi. Oskarżając go jednocześnie o nader skuteczny pijar. To chyba nowa norma dziennikarstwa, której ci sami komentatorzy i publicyści pewnie uczą adeptów tego zawodu - niektórzy wykładają wszak na zacnych uczelniach. Ale pewnie nie mówią studentom, że czasem trzeba zjeść swój język...

Piotr Rachtan