„Pojawił się człowiek posłany przez Boga. Wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś? Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali?” / por. J 1,6 i 19 i 22 /
Na jerozolimskiej stolicy zasiadał Sanhedryn i śmietanka tamtejszej starszyzny. Sumienie narodu. Najwyższe autorytety. Specjaliści od spraw, które prostaczkom w głowach się nie mieszczą.
Tacy schodzą ze swych tronów tylko na spotkanie równych sobie. Nawet na spotkanie człowieka, do którego ciągną tłumy, oni nie pójdą. To dla nich dyshonor. Poślą umyślnych z zapytaniem, by wybadać, sprawdzić, wysondować. A potem? Być może przyjdzie trochę się przesunąć i zrobić na stolicy miejsce dla jeszcze jednego wielkiego. Zazwyczaj jednak wystarczy mocą swej władzy orzec, że to fałszywy prorok. I znów na jakiś czas będzie spokój.

Bardzo ważny polski arcybiskup ogłosił ostatnio, że niewierzący dzielą się na zawinionych i niezawinionych. I że z tymi pierwszymi Kościół rozmawiał nie będzie. Tą wypowiedzią hierarcha podwójnie zadarł z Najwyższym. Po pierwsze biorąc na siebie niewykonalne dla człowieka zadanie rozróżnienia jednych niewierzących od tych drugich. Po drugie zaś zwalniając się z obowiązku, przypomnianego ostatnio przez papieża Benedykta, tego z Niemiec, by słuchać, co Bóg ma Kościołowi do powiedzenia przez takich niecertyfikowanych niewierzących. Niejeden raz ksiądz arcybiskup odważnie i bezkompromisowo wypowiadał się jako głos Kościoła w Polsce. Kiedyś nawet przeciwstawił się poprzedniemu papieżowi wzywając wiernych do odrzucenia akcesji Polski do Unii Europejskiej. Jan Paweł II słabnącym z racji wieku głosem powiedział wtedy kilka zdań i przechylił szalę. Polacy usłyszeli papieski szept i jesteśmy w Unii. A ważny arcybiskup nadal swoje.

Drugi, równie znany arcybiskup, w wywiadzie udzielonym wrażemu Tygodnikowi Powszechnemu poszedł jeszcze o krok dalej. Podpowiada, by nauczania Ewangelii nie brać zbyt dosłownie. Znów odwaga godna arcybiskupa. Ten gotów stawić czoła nie tylko papieżowi, ale i samemu Jezusowi posyłającemu Kościół na poszukiwanie zabłąkanych owiec. W całym tym wywiadzie przebiera ksiądz biskup w słowach Jezusa niczym w ulęgałkach. Do tego, że tak traktuje ludzi, już nas zdążył przyzwyczaić swoimi wypowiedziami, ale żeby pouczać Nauczyciela z Nazaretu, to już nie tyle odwaga, co tupet.

Kolejny hierarcha znów przypomniał o sobie wypowiedzią, że boli go przedstawianie Kościoła jako organizacji szkodliwej społecznie. Ja też czytam, słucham i patrzę, ale podobnych ocen Kościoła nie zauważyłem. Może ksiądz biskup czyta inne gazety i ogląda inne niż ja programy telewizyjne. A może to jeszcze pobrzmiewa w uszach echo pamiętnego wiecu zwołanego przez Palikota przed siedzibą kurii biskupiej. Wielu pamięta, co sprowokowało pierwsze zgromadzenie zwolenników posła z Biłgoraja właśnie w tym miejscu. Wszyscy zaś mogli się ostatnio przekonać, jak się tamta garstka antyklerykałów rozrosła i jakie dziś głosi hasła. W kolejnych słowach ksiądz biskup przewiduje, że po tym etapie nastąpi przedstawianie Kościoła jako instytucji przestępczej, którą trzeba zwalczać. To brzmi jak apokaliptyczna przepowiednia. Aż strach się bać. Kto nam zagraża? Czyje zbrojne ramię uderzy w nasz Kościół? Zwołałbym obrońców, ale jakoś poważnego agresora nie widać.

Przed wielu laty wrócił na Białoruś z otwartego zebrania Konferencji Episkopatu Polski kardynał Kazimierz Świątek. Zebrał wokół siebie księży swojej diecezji i z bólem serca opowiadał o tamtym spotkaniu. Mówił, jak to polscy biskupi użalali się na ataki na Kościół w Polsce i to również ze strony samych wiernych. Kardynał poprosił o głos i zasugerował, że być może sami biskupi swoimi wypowiedziami i sposobem bycia prowokują takie postawy. Nie chcieli mnie słuchać - powiedział świętej pamięci kardynał Świątek - moje słowa przyjęli z politowaniem i ironią.

Idą przez świat ludzie posłani przez Boga. Nie noszą powłóczystych szat z bisioru, a ich głów nie wieńczą aureole czy choćby birety. Mogą pojawić się, i pojawiają, w najmniej oczekiwanych miejscach i w trudnej do rozpoznania postaci. A mają zwyczaj przychodzić zupełnie nie w porę. Łatwo takiego nie rozpoznać i potraktować jak intruza. A potem przyjdzie usłyszeć: Posyłałem do was proroków, aleście ich nie słuchali. A co będzie dalej? Zapowiedzi biblijnych proroków mogą przerazić. A przecież wystarczyłoby tak niewiele. Dużo mniej mówić i z większą uwagą słuchać. Bić się szczerze we własne piersi, a nie wskazywać pastorałem na innych. Przepraszać i pokutować za winy Kościoła, a nie wydłubywać z oczu niewiernych źdźbła dostrzeżone z wysokości katedry.

Jakich ekspertów wyśle Episkopat do pustelni księdza Natanka? Którym specjalistom powierzy badanie księdza Isakowicza-Zaleskiego? Komu zleci recenzowanie wypowiedzi księdza Bonieckiego? Jeśli będą badać równie długo i wnikliwie jak zespół biskupów do spraw duszpasterskiej troski o Radio Maryja bada działalność ojca Tadeusza, to rychlej doczekamy kolejnych apostazji lub jakiejś schizmy niż rezultatów tych badań. A tu jeszcze do skontrolowania cała masa świeckich wiernych i niespecjalnie wiernych, agnostyków i zdeklarowanych, albo i utajonych ateistów. Wszak Bóg nieskrępowany w swoich zamysłach posłużyć się może każdym człowiekiem.

Sanhedryn i starsi z Jerozolimy nie zdecydowali się wyruszyć, by słuchać prostaka nad Jordanem. Posłali umyślnych. Stracili bezpowrotnie okazję usłyszenia człowieka posłanego im przez Boga. Czy Kościół w Polsce popełni ten sam błąd? Czy bojąc się twardych słów krytyki spróbuje znów odwrócić uwagę pytaniem: A kto ci dał prawo nas pouczać?
ks. Wojciech Lemański