(intymny obrazek z warszawskiego Dworca Centralnego)
Już temu czas jakiś pisało się i mówiło o nieprawdopodobnie nowoczesnej toalecie na warszawskim Dworcu Centralnym. Jej pierwsze nieudane, z powodu ogólnej awarii prądu w całym gmachu PKP, otwarcie usiłowały pokazać niemal wszystkie popularniejsze stacje telewizyjne. A i rozgłośnie radiowe prześcigały się w relacjach na temat tego, wykonanego ponoć prawie w kosmicznych technologiach, intymnego przybytku.
Ponieważ wcześniej, to znaczy nigdy wcześniej od momentu otwarcia ww. „przystani cywilizacji", nie zdarzyło mi się być na Dworcu Centralnym, moja konfrontacja mitu z rzeczywistością, w materii wzmiankowanej toalety, nastąpiła dopiero w niedzielę 30 października 2011 roku. Bo akurat wtedy odprowadzałam kuzyna na pociąg i przy okazji postanowiłam sprawdzić co też ten okrzyczany cud toaletowej techniki ofiarowuje osobom takim jak ja, czyli ruchowo niepełnosprawnym.

Pierwsze kłopoty zaczęły się już przy próbie dotarcia na poziom owej toalety. Otóż okazało się, że - i to wcale nie na pewno - z wszystkich dostępnych wind CHYBA - jak zapewnił mnie miły Pan z obsługi dworca - działa, A I TO OD NIEDAWNA, tylko jedna, ta zewnętrzna, między główną halą „Centralnego" a „Złotymi Tarasami". Miałam szczęście, istotnie działała.

Dalszy ciąg łazienkowej epopei zaczął się przy próbie przekroczenia - siedząc na średniej szerokość (tzn. że szersze wcale nie są rzadkością, choć i węższe bywają dość często!) dwuskrzydłowych szklanych drzwi korytarzyka prowadzącego do toalet. Otóż okazało się, że pisząca te słowa, z pomocą męża w charakterze „celowniczego", zdołała przejechać przez jedno skrzydło wspomnianych drzwi dosłownie na wcisk. Otwarcie drugiego skrzydła okazało się niewykonalne, gdyż są one blokowane kluczykiem. A kluczyk - jak z rozbrajającym uśmiechem zakomunikowała urocza Pani z obsługi - znajduje się w sklepiku, który jest w niedziele zamknięty. Cóż więc miałaby począć osoba na - choćby odrobinę - szerszym wózku?....

Dalej, można śmiało rzec, było już tylko gorzej. Gdybym była osobą skazaną wyłącznie na wózek, a nie taką, która w niezbędnych wypadkach może o kulach z niego wstać, to kłopot byłby niemały. Bo i poręcz naścienna przy sedesie zamontowana w takim miejscu, że dosięgnąć jej nie ma jak, i umywalka takiej szerokości, że siedząc na wózku bardzo trudno z niej skorzystać, i przyciski przywoławcze - na wypadek jakiegoś nieszczęścia - umieszczone, w swej większości, w miejscach kompletnie bezsensownych. Że o fakcie, iż nie każdy z typów dostępnych w Polsce wózków ma dosyć miejsca, aby się w pomieszczeniu dla niepełnosprawnych obrócić, nie wspomnę. Jest jeszcze kilka innych drobiazgów, można się śmiało do nich przyczepić, ale już chyba nie warto...

Tak oto wygląda, z perspektywy osoby poruszającej się na wózku, nasza niby ekskluzywna, a tak naprawdę wciąż siermiężna, bo realizowana bez należytej konsultacji z bezpośrednio zainteresowanymi, polska rzeczywistość. Nie zmienią tego, niestety, ani urokliwe pieski nad pisuarami, ani tygrysy bengalskie na ścianach. I to nie tylko przed EURO 2012.

Ewa Karbowska