„A wtedy Król im odpowie:Zaprawdę powiadam wam, Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na wieczną mękę...” / por. Mt 25,45-46 /
Ci najmniejsi zazwyczaj kojarzą mi się z procesja przedszkolaków wędrujących na spacer w otoczeniu opiekunek. Powszechne oburzenie, sprzeciw, a nawet gotowość odpłacenia podwójną miarą, budzą przestępstwa dokonane na takich brzdącach. Nie do pozazdroszczenia jest los więźniów odsiadujących wyroki za przestępstwa przeciwko dzieciom. Nawet świat przestępców kieruje się w tym zakresie swoistą i drastyczną zarazem etyką. W przypadku zapowiedzi Sądu Ostatecznego ta kategoria najmniejszych okazuje się jednak o wiele bardziej pojemną. Wystarczy wrócić do wyliczenia zawartego w zdaniach poprzedzających sentencję wyroku, by dostrzec bez trudu, że najmniejsi to ci, którym naprawdę czegoś istotnego brakuje. Głodni, spragnieni, chorzy, trzęsący się z zimna, ale i ci odsiadujący wyrok. W takiej perspektywie każdy z nas może bez trudu odnaleźć swoje miejsce pośród tych najmniejszych. Pod tym względem świat nie dzieli się na potrzebujących wsparcia i wezwanych do jego okazywania. Ten podział jest głęboko meandryczny i stawia nas to w rzędzie jednych, to drugich, albo i w obu tych grupach jednocześnie. Mam ja sytą spiżarnię ale jednocześnie marznę. Zdrowy jestem i posiadam umiejętność leczenia innych, ale siedzę w wiezieniu. Nie ciąży na mnie żaden wyrok i mam wszelakie dobra, ale żyć mi się nie chce. Nie będę tu bied wyliczać, które się często na człowieka walą jak te kozy skaczące na pochyłą brzozę. Jednym słowem, biednych zawsze mieć będziecie pośród siebie, i maluczkich, i ostatnich, i jak by ich tam jeszcze nie nazywać.

Im większy skarb jest w twoim władaniu, tym większa otchłań ci grozi, gdy już z tego świata schodzić będziesz. Komu wiele dano, ten się tym bogactwem długo nie nacieszy, a jeszcze na dokładkę przyjdzie się rozliczyć z tych błyskotek i świecidełek, którymi można było wielu nakarmić, napoić i odziać, ale jakoś ciągle odkładało się to na później. A później było za późno i błyskotki diabli wzięli. Już owi diabli będą wiedzieli, jak je w dzień sądu pokazać wszystkim ku naszej zgubie. Są oczywiście pośród naszych skarbów i te prawdziwe, i te wątpliwej wartości, Są skarby spleśniałe i zardzewiałe, a bywają też splamione krwią niewinnych. Są skarby bezcenne, jak ów wdowi grosz dostrzeżony przez Jezusa, i te bezwartościowe jak rulony banknotów ukryte w kominku, w którym rozpalono ogień.

Dla nas, ludzi wierzących, skarbem największym jest wiara. Tak nas o tym uczy święta Matka Kościół, tak powtarzają niektórzy księża w kazaniach i tak wierzy wielu z nas. Aniśmy ją sobie zdobyli, ani znaleźli przypadkiem, aniśmy się jej nauczyli, ani wyhodowaliśmy ją sobie naszą starannością i cierpliwością. Przyjęliśmy ten dar z wysoka i bardziej lub mniej pieczołowicie pielęgnujemy. Jak by na to nie patrzeć, mamy ten skarb, podczas gdy inni, tak zwani niewierzący, bidują bez niego. Co więc zrobić, by już za niedługo nie wypomniał nam Sędzia sprawiedliwy, że gdy ci najmniejsi - z racji na brak wiary, szukali Boga po omacku, myśmy skarb wiary schowali jak zapaloną świecę pod korcem? Należy się dzielić.

Powstał więc pod patronatem Konferencji Episkopatu Polski komitet ds. Dialogu z Niewierzącymi. Cóż za dalekowzroczność. Wyjdziemy braciom naszym niewierzącym naprzeciw, by im rękę podać, by z nimi otwarcie rozmawiać, by dzielić się wiarą jak skarbem. Zajrzałem na oficjalną stronę naszego Episkopatu i zadrżałem. Chudy ten komitet w porównaniu z innymi, ale to jeszcze nie kłopot, może biskupi uznali, że niewierzących w Polsce nie tak znów wielu, to i komitet pięcioosobowy wystarczy. Ale na czele tego komitetu stoi wsławiony niedawno swoim listem otwartym biskup włocławski. Ten sam, który publicznie grzebie w życiorysach, posyła do okulisty, piętnuje gazety za użyczanie łamów dla myślących inaczej niż ksiądz biskup. Jeśli takimi metodami mamy zamiar prowadzić dialog z niewierzącymi, to lepiej niech się ci niewierzący dobrze zawczasu ukryją. Inny uczestnik prac tego komitetu zasłynął ostatnio w mediach przywoływaniem do porządku księdza Bonieckiego i jego obrońców. Zapewne w ramach wytyczania, a raczej zaorywania dróg dialogu. Przy takim komitecie dialog z niewierzącymi przerodzi się niebawem w nauczanie niewierzących, jak się mają zachowywać w kościołach, w czasie procesji lub podczas spotkania z osobą obleczoną w sutannę. Jak nisko się kłaniać, na które przyklęknąć kolano, w którą ucałować rękę. Jeszcze tylko ustawowy nakaz doprowadzania niewierzących na rekolekcje przez straż miejską i obligatoryjna nauka pacierza. Nie chciałbym być biedakiem otoczonym taką troskliwą opieką przez księdza biskupa i jego współpracowników. A niewierzącym radziłbym, aby zamiast wkraczać na drogę dialogu z takim komitetem, przemykali gdzieś opłotkami na spotkanie Najwyższego. Wiele wskazuje na to, że z Nim łatwiej przyjdzie im się porozumieć niż z przedstawicielami ziemskiej delegatury.

ks. Wojciech Lemański