Jest taka niepisana zasada, niestety w naszych czasach nie wszyscy o niej pamiętają, że należy bronić słabszych, niezaradnych, zagubionych i zahukanych. Ksiądz Adam Boniecki do żadnej z tych kategorii nie należy.
Wiele wskazuje na to, że tego rodzaju cechami charakteryzują się raczej jego adwersarze. Szczerze im współczuję. Jakich to mają teraz użyć argumentów, i to publicznie, by uzasadnić dyscyplinujące księdza Bonieckiego sankcje, którym on przecież bez cienia sprzeciwu gotów się podporządkować? Właściwie to współczuję im również z tego powodu, że teraz niezwykle trudno będzie znaleźć sensowne i satysfakcjonujące, przynajmniej niektórych, wyjście z tej sytuacji. Kto wypije tak nawarzone piwo? Kto poskleja to, co jednym ruchem rozbito w drobiazgi? Ktoś domaga się, by zakaz cofnąć i to natychmiast. Ktoś inny proponuje poczekać, aż miesiąc minie i wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy. Są nieliczni, którzy wzywają do złożenie urzędów przez autorów tej decyzji. Są wreszcie i tacy, którzy z zadowoleniem zacierają ręce, bo wreszcie Kościół w naszym kraju mówił będzie, a raczej milczał, jednym głosem. Obawiam się, że jak to zwykle bywało w przypadku księdza Bonieckiego, to ten mądrzejszy ustąpi. Tak robił już nie raz. A co będzie dalej? Pewnie to, co było wczoraj i przedwczoraj. Mierni, bierni ale wierni podpowiadać będą, albo i sami podejmować decyzje, które inni przyjmą z zawstydzeniem, z zażenowaniem, z irytacją. Ich okrągłe słowa nic nie wyjaśnią, nikogo nie zbudują, brzmieć będą w wielu uszach pusto i nieprzekonująco. Tak przemawiać będą obrońcy świata, który na naszych oczach odchodzi bezpowrotnie. Co więc robić, gdy znów larum grają? Prawdziwie zatroskani o dobro Kościoła znów skrzykną się, znów zewrą szyki i policzą szable. Coraz ich mniej.
ks. Wojciech Lemański