Grażyna Łapińska

Przez całe życie, zwłaszcza że sama jestem osobą niepełnosprawną, byłam i jestem przekonana o sensowności wszelkich przedsięwzięć mających – tam gdzie to tylko możliwe – zacierać zbędne różnice między rzeczywistością niepełnosprawnych, a realnością, w której żyje, cała reszta. Od zawsze bowiem wiedziałam, że w zdecydowanej większości płaszczyzn ludzkiej aktywności, nie ma dwóch światów. Jest jeden. Co najwyżej odrobinę bardziej złożony i różnorodny, niż to się niektórym wydaje.

Konieczność udowadniania tej – już na pierwszy rzut oka oczywistej – tezy dotyczy, przynajmniej w Polsce, wszystkich dziedzin życia. Dziś chciałabym zająć się szczególnie tylko jedną z nich. A mianowicie traktowaniem przez przepisy Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (instytucji, której jednym z fundamentalnych zadań jest zawodowa i społeczna aktywizacja właśnie osób zdrowotnie upośledzonych przez los) artystów z niepełnosprawnościami. (Celowo nie piszę „artystów niepełnosprawnych”, gdyż uważam to rozpowszechnione pojęcie za wewnętrzne sprzeczne. Niepełnosprawny może być, wedle mojej logiki człowiek, który – co jest jego odrębną od niepełnosprawności cechą – jest artystą. Jeśli natomiast byłby – teoretycznie – „artystą niepełnosprawnym”, znaczy to, że nie byłby artystą w ogóle. Bo w sztuce tak już jest, że nie ma demokracji i nie każdy – bez względu na sprawność, czy niesprawność – może zostać jej sługą). A chcę to zrobić z jednego prostego powodu. Nie wiedzieć czemu, ale dzieje się jakoś tak, że o ile społeczeństwo łaskawie dopuszcza myśl o aktywizacji zawodowej niepełnosprawnych np. w zakresie robienia szczotek, o tyle fakt, że ktoś w takiej sytuacji życiowej jest PEŁNOWARTOŚCIOWYM, A NIE TYLKO „PROSTYM, JAK NA GARBATEGO”, artystą, uważa już za fanaberię. Nie ma się zresztą co dziwić zwykłym ludziom, skoro instytucje powołane do pomocy osobom i tak już dotkniętym kalectwem...

I tu wracamy do ww. regulacji prawnych obowiązujących w tej kwestii PFRON-ie. Jest mianowicie tak, a wiem to z bardzo dobrze poinformowanego źródła, że Fundusz może dofinansowywać, w oczywistym celu wyrównania szans, przy przecież ewidentnie nierównych społecznie starcie, np. koncerty z udziałem uzdolnionych artystycznie ludzi niepełnosprawnych. Może i dzięki Bogu, albo i komu innemu, czasami to robi. Szkopuł polega jednak na tym, że o ile wszyscy pozostali uczestnicy przedsięwzięcia – i słusznie, bo wykonują, niejednokrotnie bardzo trudną, swoją pracę – biorą za to pieniądze, to JEDYNĄ ZGODNĄ Z PRAWEM, GDY CHODZI O IMPREZY DOFINANSOWYWANE PRZEZ PAŃSTWOWY FUNDUSZ REHABILITACJI OSÓB NIEPEŁNOSPRAWNYCH, SATYSFAKCJĄ DLA OSOBY NIEPEŁNOSPRAWNEJ MOŻE BYĆ ZASZCZYT PUBLICZNEGO ZAISTNIENIA. Zupełnie tak, jakby te osoby nie pracowały równie ciężko, albo i ciężej, niż ich sprawni koledzy ze sceny. A do tego, jeszcze tak, jakby nie miały ŻADNYCH materialnych potrzeb, podczas gdy, będąc najczęściej zdani na – mniejszą lub większą – pomoc osób trzecich, mają je, z oczywistych powodów, bardziej rozbudowane, niż wszyscy inni.


Taki stan rzeczy sprawia wrażenie jakby aktywizacja zawodowa była, w rozumieniu ustawodawców i urzędników, jedynie sposobem na znalezienie „kulawym”, i wszystkim im podobnym, jakiegokolwiek zajęcia. Ot, tak, żeby się „biedaczyska” nie nudziły. Jakby szło jedynie o uspokojenie własnych sumień i stworzenie okazji do protekcjonalnego pogłaskania tych ludzi po „główkach”, bo przecież nie głowach. A że nie zapłaci się im za trud, choć innym w tej samej sytuacji się płaci, to już nieważne. Powinni być wdzięczni, w ogóle, tu czy tam, POKAZANO ich publicznie.


Takie oto gorzkie refleksje czasem miewam. A to na większości występów poruszającej się na wózku, znakomitej pieśniarki Grażyny Łapińskiej, a to słuchając młodego znakomitego, także „uhonorowanego” niepełnosprawnością, pianisty Igora Stawiereja. Powiem więcej. Gdybym nie wiedziała kto – pomysłodawczo i artystycznie ( a jest to ktoś z kim przyjaźnię się od przeszło trzydziestu lat), stoi, i że prywatnie podobnie do mnie myśli i W OMAWIANEJ MATERII CAŁKOWICIE SIĘ ZE MNĄ ZGADZA, A DO TEGO SAM JEST CZŁOWIEKIEM PONANADNORMATYWNIE UCZCIWYM, za (tylko na przykład) organizacją artystycznych cyklów KULTURA BEZ BARIER, to wobec tak wybiórczego i dyskryminującego traktowania, NIE PRZEZ ORGANIZATORA PRZECIEŻ, A PRZEZ PFRON, niektórych artystów mogłabym powziąć pewne, zupełnie nieładne, podejrzenie. Mogłabym mianowicie pomyśleć, że ten niepełnosprawny, niezależnie od tego jak dobry, służy tylko temu, aby jakieś dodatkowe środki, nie dla niego wprawdzie, ale na kulturę pozyskać. Jako się rzekło, akurat w wypadku KULTURY BEZ BARIER i kilku innych artystycznych projektów, tego, i nie tylko tego, autora, ja tak nie pomyślę. Ale zawsze, przy takiej lub innej sposobności, znajdzie się ten i ów, co zwątpi. Chyba nie całkiem bez racji.
Ewa Karbowska