Jakoś tak się dziwnie składa, że dziennikarze rozmawiający z osobami publicznymi, zwłaszcza politykami, bezceremonialnie zagłuszają ludzi spokojnych i stonowanych, kulturalnie wykładających swój punkt widzenia, a ulegają tym, którzy szermują agresją i hucpą.
Ileż to razy obserwowałem, gdy wobec nadzwyczaj kulturalnego i świetnie wychowanego profesora Nałęcza prowadzący rozmowę dziennikarz przyjmował postawę samca alfa, bezwzględnie dominującego w dyskusji i bez żenady przerywającego najciekawsze nawet kwestie swego interlokutora, nie mogąc zarazem zupełnie dać sobie rady w starciu ze słowotokiem napastliwego polityka, niezważającego w najmniejszym stopniu na materialną prawdę.

Jeszcze gorzej jest z reporterami zajmującymi się zawodowo łapaniem polityków za guzik gdzieś w sejmowym korytarzu czy na ulicy. Nader często występują oni jedynie w roli uchwytu do mikrofonu, pokornie przyjmując najbardziej żenujące klepy wygłaszane przez ich rozmówców. Można to jeszcze od biedy zrozumieć (choć wcale nie usprawiedliwić) w przypadku niedoświadczonych młodzików, niepotrafiących stawić czoła bzdurom, ale zdarza się to nierzadko także i bardziej obytym reporterom.

Przez długi czas szacunek dla pamięci ofiar katastrofy samolotu i uczuć członków ich rodzin nie pozwalał dziennikarzom bardziej stanowczo reagować na oczywiste nonsensy wygłaszane bez zmrużenia oka przed kamerami i mikrofonami. Po kilkunastu miesiącach wypada jednak otrząsnąć się już z tego szantażu emocjonalnego i podejmować racjonalną polemikę. Na razie na równych prawach stają obok siebie enuncjacje profesjonalistów referujących wyniki wielomiesięcznych badań oraz żenujące banialuki wygłaszane przez rozgoryczoną wdowę po zmarłym pośle, użalającą się, że komisja nie przeprowadziła badań na okoliczność ewentualnego użycia bomby próżniowej, co w domyśle unieważnia ustalenia zespołu specjalistów od katastrof lotniczych. Można by ironicznie przy tym zauważyć, że komisja posunęła się w swoim braku profesjonalizmu jeszcze dalej, nie badając ewentualności użycia czarów, przelotu archanioła Gabriela czy napaści UFO. Reporterzy trzymający sitka przyjmują wszystko z pokorą, nie usiłując nawet zadać kandydatce na posłankę jakiegoś polemicznego pytania.

Można się obawiać, że ten szantaż będzie trwał nadal, a spętani nim dziennikarze dopuszczą na równych prawach opinie absolutnie nierównoprawne, nie potrafiąc, czy nie chcąc – jedni przez niedostatki myślenia, inni dla zwyczajnej medialnej draki – odrzucić bzdur, a skupić się na poważnych sprawach. Niestety, trudno liczyć na zdrowy rozsądek publiczności, skoro aż połowa indagowanych przez sondażownie Polaków nie akceptuje ustaleń komisji Millera jako ostatecznego wyjaśnienia przyczyn katastrofy, a co czwarty wyżej stawia żałosne dyrdymały zaserwowane przez zespół Macierewicza (wsparte jeszcze przez jakiegoś samozwańczego eksperta-polonusa z USA) i sygnowane karnie przez partyjnych pobieraczy diet sejmowych.

Boję się, że najbliższe dwa miesiące staną się repliką słynnych już rozmów Moniki Olejnik z Beatą Kempą w „Kropce nad i”, w których ta ostatnia potrafiła całkowicie „obezwładnić” swoim monologiem doświadczoną dziennikarkę telewizyjną, nie odpowiadając przy tym na żadne ze stawianych jej pytań – mówienie nie na temat, bezkarne omijanie kłopotliwych kwestii, jest zresztą powszechnie stosowaną taktyką polityków tego ugrupowania, z którą na ogół nie dają sobie rady telewizyjni żurnaliści. Nie mam złudzeń odnośnie do postawy nieudających już nawet obiektywizmu „dziennikarzy” takich mediów, jak Gazeta Polska, ale do licha, oczekiwałbym rzetelności i profesjonalizmu od poważniejszych mediów, by agresywne kłamstwo nie zagłuszyło prostej, choć często mało efektownej medialnie prawdy.
Paweł Wimmer (studioopinii.pl)