Miejscowość i jezioro, pod wspólną nazwą Okonin, położone są 8 km od Golubia-Dobrzynia i trochę ponad 20 km od Torunia. W poprzednich latach, bodaj trzykrotnie, bo z reguły spędzam tu przynajmniej część wakacji, relacjonowałam efekty moich wakacyjnych, przeprowadzonych właśnie tu, rozmów i rozważań.
Za pierwszym razem były to chyba moje prywatne dumania o tutejszej biedzie i brakach edukacyjnych, będących pożywką dla, niestety prężnego, rozrostu medialnego imperium , tudzież innych - zadziwiających moralnie - aktywności, za przeproszeniem ojca, Rydzyka. Za drugim opowiadałam co się działo, gdy właśnie tutaj dopadła mnie - w 2008 roku - wiadomość o rosyjsko - gruzińskiej wojnie. Gdy pisałam z Okonina po raz trzeci chodziło o niepohamowaną niechęć, żeby nie powiedzieć nienawiść, okolicznych przedstawicieli biznesowej klasy średniej do ludzi żyjących w stolicy i - zdaniem owych torunian - mających wszystko za półdarmo, oczywiście ich kosztem.

Dziś będzie raz czwarty. Zrekonstruowany z, zasłyszanych przy przypadkowym wspólnym stole, fragmentów rozmów dzisiejszych, tych całkiem nieźle sytuowanych, trzydziestolatków. Tym razem nie chcę jednak opisywać regionalnych punktów widzenia i zastanych sytuacji. Nie będę się też zajmować antagonizmami między Warszawą, a resztą kraju.

Przy tym grillu naszła mnie natomiast refleksja natury bardziej ogólnej, tej dotyczącej różnic międzypokoleniowych. A konkretniej tych z obszaru mentalności i zainteresowań. Tej, jak mi się zaczęło wydawać, przepaści między pokoleniem dzisiejszych - podkreślam, że podobno dobrze i wysoko wykształconych - ludzi z trzema dekadami lat na karku, a tym moim, starszym o jakieś 20 lat.

Otóż z każdą chwilą rozmowy zdumiewało mnie coraz bardziej, że ci - młodsi ode mnie o niemal pokolenie - przedstawiciele środowiska, było nie było, w każdym razie formalnie, inteligencji, pochodzący ze sporego uniwersyteckiego miasta, przez cały wieczór nie zająknęli się ani o obejrzanym filmie, ani na przykład wysłuchanym koncercie. Nie napomknęli też o sztuce teatralnej, którą potencjalnie mogliby oglądać w znakomitym tutejszym teatrze im. Wilama Horzycy. Co więcej, nawet przez sekundę, nikt nie próbował zainteresować biesiadników właśnie przeczytaną książką.

Za to bardzo dużo było o zarobionych pieniądzach, zakupionych właśnie samochodach i domach. Chwalono się także wakacjami w znanych światowych kurortach, ewentualnie, dodawano coś o zaciągniętych kredytach. Jednym słowem, nudno, miałko, ale za to - przynajmniej na oko - dosyć zamożnie. Nie zdzierżyłam, poszłam spać przed zakończeniem imprezy. Żegnały mnie dźwięki agresywnej muzyki z - robiących za dyskotekę - samochodowych głośników, stojącej tuż pod moim oknem, wypasionej bryki gospodarzy przyjęcia. Przy ich wtórze zasypiałam z poczuciem ulgi. Ulgi, że choć wprawdzie nie mam pieniędzy, to mam za to, dzięki opatrzności, już 50 lat.

A już zupełnie na puentę, dnia następnego. Jedna z trzydziestoletnich kobiet, która była w ww. towarzystwie, jednak zauważyła w moim ręku książkę. „O, znam ją z Facebooka!" - zawołała radośnie. Poprosiła o pokazanie egzemplarza, otworzyła na pierwszej stronie, przeczytała imienną dedykację, którą otrzymałam od pary autorów. W jej oczach dostrzegłam wyraźny błysk zazdrości i... nic więcej. Z litości nie powiedziałam, że gdyby naprawdę obchodziła ją treść tej książki, to i w Toruniu mogła ją kupić. A i dedykację mogła mieć podobną do mojej. Zwłaszcza, że ogólnopolska trasa promocyjna tego wydania rozpoczęła się właśnie w Toruniu. Zmilczałam również dlatego, że dla owej Pani i tak nic by z tej mojej uwagi nie wynikało.

Ewa Karbowska