„Gdy więc Jezus ujrzał, jak płakała siostra Łazarza i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go pochowali? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał.” / J 11, 33-35 /
Przyznam, że niejednokrotnie zaskakuje mnie i wzrusza zarazem, gdy ktoś prosząc o odprawienie mszy świętej w intencji swoich bliskich zmarłych wymienia imiona i wylicza często nawet dwucyfrowe rocznice śmierci. Po wielu latach pamiętać dokładnie daty śmierci jest znakiem nie tyle dobrej pamięci, ile niegasnącej zażyłości z tymi, których śmierć zabrała. Dla tych ludzi każdy rok bez bliskiej osoby jest tak znaczący, że lata zapisują się i w sercu, i w pamięci tak wyraziście, że bez trudu odliczają kolejne rocznice. Bułat Okudżawa śpiewał ongiś w jednej ze swych piosenek taką frazę: „Pierwsza wojna, pal to sześć, tyle to już lat. Druga wojna, jeszcze dziś winnych szuka świat”. Tym, których jakieś historycznie odległe wydarzenia śmiertelnie zraniły, nie da się na ich wspomnienie machnąć ręką i powiedzieć, było – minęło. One trwają tak, jakby zdarzyły się wczoraj. Puste miejsce po spalonym domu przywodzi niejednemu na myśl ciepło matczynych rąk, smak chleba, widok przez okno w stronę lasu. Pierwsza rocznica śmierci, siódma, trzydziesta czwarta, siedemdziesiąta. Jeden powie: to już tak dawno, drugi zaś: ciągle mnie to boli, jakby zdarzyło się dopiero co.

Rocznica śmierci ma w sobie coś z powtórki pogrzebu. To praktyczna okazja dla tych, których z różnych przyczyn na pogrzebie zabrakło. Tych przyczyn nieobecności, jak i samych nieobecnych na pogrzebie, może być niewyobrażalnie dużo. Wszak spotykamy podczas ziemskiej pielgrzymki nieprzeliczone rzesze ludzi. Jednych na chwilę, innych na całe dziesiątki lat, jeszcze inni są z nami od kołyski po grób. Każde takie spotkanie ma w sobie coś zobowiązującego. Może właśnie dlatego w pogrzebie kogoś z naszej wioski, ulicy, czy kamienicy biorą zazwyczaj udział wszyscy mieszkańcy. I dzieje się tak bez względu na toczące się za życia spory i waśnie, doznane urazy i krzywdy. Śmierć - sprawa poważna, mocna, nieodwołalna. Bywa więc, że na pogrzebie albo przy grobie w kolejną rocznicę śmierci spotykają się ludzie, którzy nigdy się wcześniej nie znali. Zdarza się, że takie spotkania ujawniają nieznane, mroczne lub heroiczne stronice z zamkniętej przez śmierć księgi życia zmarłego. Takie spotkania przy grobie bywają również okazją do poznania się, do pojednania, do podjęcia jakiegoś wspólnego dzieła przez wspominających zmarłego.

Śmierć dla bardzo wielu spośród nas zdaje się być kresem nieodwracalnym. Rocznice śmierci, wspominanie zmarłego bardziej lub mniej licznie w kościele czy przy grobie zdają się podważać to przekonanie. Nie wszystko umarło. Nie wszystko skończyło się wraz z ich śmiercią. Przy grobach dokonują się prawdziwe cuda przemiany, choć zazwyczaj nie badają ich wiarygodności żadne kościelne komisje. By ich doświadczyć, warto odwiedzać groby i to nie tylko groby najbliższych.

Dziesiątego lipca tego roku przypada siedemdziesiąta już rocznica śmierci żydowskich mieszkańców Jedwabnego. Będzie to znów okazja do spotkania przy ich grobie ludzi, których ta śmierć dotknęła. W tym roku zapytany o udział w tej rocznicy przewodniczący Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem, biskup Mieczysław Cisło powiedział: „To spotkanie to budowanie mostów pojednania, dialogu i wspólnej modlitwy. To wystarczające motywy, żeby być razem i w taką rocznicę wspólnie się pomodlić”. Nic dodać, nic ująć. Można zaznaczyć, że te motywy są ponadczasowe i ponadwyznaniowe. A jeśli tak, to znaczy, że dotyczą każdej śmierci i i powinny być zobowiązaniem dla ludzi Kościoła do wykorzystywania takich rocznic do wspólnej modlitwy i budowania mostów pojednania. Gdzie więc byli ludzie Kościoła podczas poprzednich rocznic tamtej zbrodni z lipca 1941 roku? Czyżby te motywy, które dziś inspirują księdza biskupa, nie istniały rok temu , dziesięć lat temu, sześćdziesiąt pięć lat temu? Dlaczego miejscowi księża nie idą sami i nie wiodą za sobą wiernych na mogiły Żydów wymordowanych w Jedwabnem, w Wąsoszu, w Radziłowie i w tylu jeszcze miejscach naszej usianej grobami Ojczyzny?

Polscy specjaliści wertują sowieckie archiwa, by odnaleźć groby naszych rodaków. Tu i ówdzie podejmuje się prace ekshumacyjne, by zidentyfikować i uszanować szczątki pomordowanych. Jacy specjaliści pomogą nam, ludziom Kościoła, odkryć w sobie motywacje, które przed siedemdziesiątą rocznicą zbrodni w Jedwabnem nazwał ksiądz biskup Mieczysław? To, co zdaje się być syzyfową pracą, zamiast lokalnych autorytetów: burmistrzów, dyrektorów szkół i duszpasterzy, podejmują na naszych oczach zwykli – niezwykli ludzie, którzy zrozumieli to, co dla tamtych jest niepojęte. W Radziłowie, przed zaniedbanym pomnikiem w miejscu pochówku zamordowanych Żydów, ktoś położył kwiaty, ktoś inny zapalił lampkę. Spotkałem takich rodziców, którzy wiozą do Treblinki swoje dzieci, by opowiedzieć o tym, do czego zdolni są ludzie. W Otwocku, na żydowskim cmentarzu w lesie, ciągle ktoś zapala znicze i w ciszy przechodzi pośród połamanych macew. Czyżby role się odwróciły? Czyżby uczniowie przerośli nauczycieli?

Reakcją Jezusa na pełną współczucia obecność Żydów przy pogrążonych w żałobie Marii i Marcie, było Jego głębokie wzruszenie i bosko-ludzkie łzy. To jeden, jedyny moment w publicznej aktywności Nauczyciela z Nazaretu, gdy otaczający Go uczniowie zobaczyli Go płaczącym i pewnie dlatego dobrze zapamiętali tę scenę. Jak Jezus zareagowałby dziś patrząc sponad tych mogił na nieodległe przecież domostwa, kościoły i krzątających się tam ludzi? Co by powiedział do zgromadzonym w Licheniu polskich biskupów? Może poprosiłby o poddanie pod głosowanie propozycji oddelegowania na takie uroczystości przewodniczącego Komisji do spraw Dialogu z Judaizmem.
ks. Wojciech Lemański