Elity stare i nowe
O elitach i ich funkcjonowaniu w społeczeństwach napisano już pewnie sporą bibliotekę. Nie jestem socjologiem i nie potrafię wielu spraw nazwać, ale chciałbym zwrócić uwagę na pewien niepokojący trend unifikacyjny elit. Chodzi o to, że dziś każda praktycznie elita chce coraz bardziej partycypować w sprawowaniu władzy. Tej jaknajbardziej wymiernej i najlepiej przekładalnej na forsę. To parcie na kasę wpisało się w pojęcie elity tak silnie, że samo tylko przywoływanie powiedzeń o tym, że szlachectwo zobowiązuje czy np. idei ruchu Pitagorejczyków budzi u wszystkich - nie tylko u elit - naprawdę naturalny odruch oburzenia. Oburzenia, że oto ktoś ośmiela się taki temat podnosić. Elity bajania o ich powinnościach odbierają jako osobiste zagrożenie, a pozostali jako próbę zamachu na „naszych". I nie przeszkadza tym pozostałym fakt, że ich wybrańcy z wybrańcami ich przeciwników „porozumiewają się ponad czymśtam" (zwykle ponad interesami „motłochu") i -  tak naprawdę -  wspólnie robią maluczkich w bolo. Motłoch się kotłuje i skacze sobie do gardeł, a nasze elity - jak wszystkie elity - dbają o stabilność. O to by swego statutu i związków z władzą nie stracić.
Jak się zapewnia stabilność elit?

Elity czasów feudalizmu stabilność usprawiedliwiały genetycznie. Dziś zrobić się tego nie da, więc wykombinowano wiele mechanizmów, które stabilizują wybrańców. Ponieważ naturalną u większości ludzi potrzebę naśladownictwa „lepszych" trudno jest niekiedy skorelować z genami (jeden woli tych co biją w mordę, inny ma charakter męczennika i żadne wychowanie tego nie zmieni) więc wykombinowano kupę zabezpieczeń, które w zasadzie gwarantują elitom taki sam, a niekiedy lepszy, poziom stabilności jak ten, jaki miały w feudalizmie. Wydaje się, że działania elit idą w dwóch kierunkach. Zwiększenia zapotrzebowania na wodzów i autorytety oraz prawnego zabezpieczenia stabilności elit. To pierwsze osiąga się m.in. dodatkowym zamącaniem i tak już nieprzejrzystej sytuacji co powoduje, że  zdezorientowani ludzie mają coraz to większe kłopoty z podejmowaniem najprostszych nawet decyzji i biegają z pytaniami do elit właśnie. Umacnia to owe elity w ich roli przywódczej. To drugie uzyskuje się przypisując elitom rozmaite immunitety i wyłączność na reprezentowanie motłochu.

Temu ostatniemu służą np. ostatnie pomysły na „poprawę" funkcjonowania prawa. Mamy już ograniczenia praw obywatela do rozmowy z sądem w normalnym codziennym języku, który ten obywatel zna. W sprawach karnych oraz niektórych instancjach obywatel musi wynająć sobie pośrednika (adwokata, radcę prawnego itp.), bo sąd z nim samym gadać nie będzie. Pomysły „ulepszaczy" idą dalej. Oto sąd ma ograniczyć zadawanie stronom pytań (najlepiej nie zadawać ich w ogóle), a tylko po wysłuchaniu argumentów wydać wyrok. W każdej, nie tylko karnej, sprawie. W końcu każdy sam odpowiada za to, co mówi. Instytucja płatnego pośrednika sama z siebie wymusza podział społeczeństwa na lepszych (bogatych, których na pośrednika stać) i gorszych (nędzarzy, którzy forsy na to nie mają). Ci ostatni są zwykle na dodatek gorzej wykształceni i bardziej poddatni na siłę sędziowskiego autorytetu. Można, oczywiście, argumentować, iż sąd przydziela im prawnika „z urzędu", ale zwykle chodzi tu tylko o obrońcę (oszukany, np. przez dużą firmę, człowiek pozew konstruować musi sam), a statystyka pokazuje, że urzędowi obrońcy są znacznie mniej skuteczni niż wynajęci.

Ma być dobrze, wiec jest źle

To są realne problemy szarego człowieka w „demokratycznym państwie prawa". Ten szary człowiek zazwyczaj ich nie dostrzega i godzi się na demokrację, która od feudalizmu różni się niewiele, bo alternatywą jest konieczność częstego myślenia o czymś innym niż zaspokajanie najprostszych potrzeb. Takie „inne" myślenie nie czyni jednak człowieka szczęśliwszym, wiec ludzie omijają je jak mogą. Russel miał ponoć powiedzieć, że ludzie wolą niekiedy umrzeć niż pomyśleć. Przeciętny człowiek o tzw. sprawach ogólnych nie myśli pozostawiając to „specjalistom, tj. elitom właśnie i oczekuje, że pomyślą one za niego. Wszystko jedno jak; ma tylko „być dobrze"! Ta postawa tzw. większości jest wraz z obojętnością na los współobywateli fundamentem stabilności i poczucia bezkarności elit. A jak się coś wali, to trzeba znaleźć Jakuba Szelę, który pod hasłami polepszenia życia „motłochu" stabilność tę jeszcze powiększy. To jest chyba standard. Pytanie czy tylko standard inżynierii społecznej, czy też emanacja najbardziej „ludzkiej" części naszej natury.  Istnieje pojęcie „dzieci rewolucji", które rewolucja owa pożera. Ja widzę tych dzieci coraz to więcej. Co gorsza, pojawiają się również „wnuki rewolucji", które pożerane są nie przez samą rewolucję, która już się skończyła, ale przez wprowadzony przez ową rewolucję nowy wspaniały świat. Świat tych samych elit.

Waldemar Korczyński