Właśnie, z doniesień „Dziennika" dowiedziałam się, że mężczyźni mają zniknąć z powierzchni Ziemi. Do takich przynajmniej wniosków dochodzi się, podobno, bo sama jeszcze nie czytałam, po lekturze książki znanego brytyjskiego genetyka profesora Bryana Sykesa. Przyczyną realności takiego zagrożenia ma być, jakoby, odwieczna, bo tocząca się od zakończenia ostatniej epoki lodowcowej, walka o dominację między mitochondrialnym DNA, a przekazywanym z ojca na syna DNA chromosomu Y. Tu , jak daje się zaobserwować, to co żeńskie wyraźnie wygrywa, z tym co męskie.
Nie znam się wprawdzie wystarczająco dogłębnie na meritum sprawy, ale jeśli to, co napisał profesor Sykes, jest prawdą, a można temu, choćby próbować, zapobiec, to stanowczo apeluję do naukowców wszystkich krajów, aby niezwłocznie połączyli się w wysiłkach na rzecz przeprowadzania takich prób.

Mimo bowiem, że zdarzało mi się podejmować, głównie werbalną lub publicystyczną, walkę z niektórymi mężczyznami, a to o równouprawnienie kobiet, a to sprzątanie ze środka pokoju ich zużytych walających się skarpetek, kiedy indziej zaś o wizję Polski albo spuszczanie klapy od sedesu, zaś z samym byłym premierem Kaczyńskim polemizowałam w sprawie stosowania tego antyafrodyzjaka, jakim są - co widać po nie tylko wyborczych, efektach - jego poglądy polityczne, to świata całkowicie pozbawionego mężczyzn zdecydowanie nie chcę, ani dla siebie, ani dla przyszłych pokoleń kobiet.

Bo choć jestem zdania, że same kobiety byłyby wystarczająco mądre, aby - bez udziału Panów - pokierować światową polityką, gospodarkę, ekonomią, oświatą, kulturą, sztuką, ochroną zdrowia i czym tam jeszcze, to jednak uważam, że te „jakości", które powstawały i powstają w intelektualnym i seksualnym ścieraniu się płci są nie do zastąpienia. Oczywiście

w tym co, zarówno dla świata, jak i dla pojedynczego człowieka pryncypialnie najważniejsze (tj. na przykład w kwestiach, powszechnych praw, godności, dostatku i pokoju na naszej planecie)wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi, i tu różnicowanie płci nie ma kompletnie sensu, to jednak w tym, co na świecie najprzyjemniejsze, dzięki Bogu, albo losowi, nadal pozostajemy kobietami i mężczyznami.

Choć więc, na przykład, nie znoszę, zwanego czasem cmok nonsensem, publicznego obcałowywania, nawet tylko w geście powitalnym, po rękach przez pierwszego z brzegu faceta, jaki akurat się trafi, to ta forma okazywania szacunku stosowana przez mężczyznę, którego uważam za swego Przyjaciela, a tym bardziej przez tego, który właśnie jest „moim" (piszę w cudzysłowie, bo nigdy nie traktuję ludzi w ogóle, a mężczyzn w szczególe, jak własności) facetem, przyznaję, bywa nawet miła. Choć z drugiej strony, nawet tym mężczyznom, nigdy nie podaję ręki w sposób niejako „wymuszający" jej ucałowanie. Nie przeszkadza mi też przepuszczanie w drzwiach, czy usłużne otwieranie drzwi w samochodzie, że o, jako nazbyt oczywistych, przyjemnościach wynikających z czynności służących nie tylko prokreacji już nie wspomnę.

Gdyby jednak, komukolwiek, wciąż mało było argumentów na rzecz konieczności czynienia wysiłków, mających na celu, absolutnie priorytetowe, utrzymanie obydwu płci, to mam jeszcze jeden (argument):

Teraz

Odkąd Cię kocham
albo odkąd z Tobą jestem
nie napisałam wiersza
Poza listami i dokumentami
nie zanotowałam też
choćby jednej linijki prozy
Może jestem wyjałowiona
intelektualnie i emocjonalnie
nie wykluczam również
że się starzeję
Prawdopodobnie jednak
pisanie było dla mnie tylko
protezą miłości.... -

Bo cóż warte byłyby „Sonety do Laury" gdyby ich autorem nie był Petrarka, a powiedzmy, Maria Konopnicka? Ktoś powie: „A Safona?..." Pewnie, że tak, ale nawet Ona była biseksualna.

Ewa Karbowska