Warsaw Fashion Street 2007 z wróżką na miotle - moje spotkanie z Dorotą W.
24.czerwca 2007 roku od warszawskiego Nowego Światu powiało naprawdę nie tylko nowym, ale i wielkim światem. Trzecia z kolei doroczna impreza z cyklu Warsaw Fashion Street, której główną pomysłodawczynią i organizatorką jest właścicielka Domu Mody Forget me Not, Dorota Wróblewska, wspomagana przez firmy Loreal Paris, UPS, Coca - Cola i wielu innych sponsorów, zgromadziła, bez żadnej przesady, nieprzebrane tłumy ludzi, w tym także takich jak ja, czyli na co dzień interesujących się modą, powiedzmy, dość umiarkowanie. Ale wcale nie dziwiłam się zgromadzonemu wzdłuż całej ulicy tłumowi, ja sama podziwiałam rozmach tego co się działo w naszym, nie ukrywajmy, z reguły dość zapyziałym, choć stołecznym mieście i... zupełnie mi nie przeszkadzało (a w moim wypadku to już, istotnie bardzo dużo), że rzecz dotyczy akurat mody, po prostu było kolorowo, życzliwie, z fantazją i w ogóle super.
A jak już sobie wszystko obejrzałam, to nagle pomyślałam, że - mimo pozorów - nie będę pisać artykułu o modzie, to lepiej ode mnie zrobią profesjonaliści tej branży i o całej imprezie będzie, tam, gdzie trzeba, dostatecznie głośno. Wszyscy, co chcą o niej wiedzieć, i tak się dowiedzą. Ja już lepiej przyznam się, iż na te pokazy mody nie przyszłam zupełnie przypadkiem, a raczej z ciekawości, co znowu mogła wykombinować nieobliczalna, a znana mi wcześniej, Dorota W. i opowiem ludziom to, czego w magazynach o modzie raczej nie przeczytają, a czego świadomość mieć naprawdę warto, zwłaszcza w czasach, gdy wielu z nas, wykształciuchów, postrzega - przeważnie słusznie - świat „panienek od mody" jako krainę malowanych lal.

Dorotę W. poznałam wczesnym latem 2005 roku. Tak właściwie to ja sama do Niej przyszłam.  Chociaż, wtedy jeszcze, kompletnie nie wiedziałam kim jest. Tym bardziej nie miałam pojęcia, że nie będzie to spotkanie z cyklu tych, o których czasem się mówi, że odbyły się od razu dwa spotkania - to pierwsze i to ostatnie.

Wracałam wtedy ze spotkania z fotografikiem, którego - jako osoba „od zawsze" niepełnosprawna - próbowałam zarazić pomysłem na ekskluzywny niskonakładowy kalendarz promujący szeroko pojmowaną kobiecość, i takoż pojmowany erotyzm, Pań ruchowo niepełnosprawnych, a także tych, co to wprawdzie są pełnosprawne, ale za to przekroczyły pewien próg wiekowy i pewne ich walory przestały być społecznie dostrzegane. Przecież nawet w reklamach kremów przeciw zmarszczkom królują czternastolatki.

Tak nawiasem mówiąc kalendarza, który miał być zrobiony ,tak trochę na przedwojenną manierę, z aktami i „prawie aktami" sfotografowanymi w sepii, gdzie każde zdjęcie miało być opatrzone moim poetyckim komentarzem, z niezależnych ode mnie przyczyn, głównie natury finansowej, nie zrealizowałam do dziś, ale wszystko jeszcze przede mną, chyba...

Tego czerwcowego dnia, idąc warszawską ulicą Chmielną, ani ja, ani towarzyszący mi mąż, nie myśleliśmy jednak o tym, że na „kalendarzyk" trzeba będzie trochę poczekać. Oboje zastanawialiśmy się nad tym, co by tu jeszcze zrobić, aby rzecz wypadła jak najlepiej. W pewnym momencie Maciej -tak dano na chrzcie mojemu małżonkowi - zwrócił uwagę na wystawę sklepową. Jeśli dorosły facet zwraca uwagę na sklep z misiami - maskotkami, to coś musi w tym być, i nie bez racji stwierdził, że te zabawki bardzo fajnie I PERWERSYJNIE zagrałyby w kalendarzu.

Rada w radę weszliśmy do sklepu i zapytaliśmy ekspedientkę o właściciela tego biznesu. Zupełnie spontanicznie, ot tak, kompletnie nie wiedząc na kogo trafimy, byliśmy gotowi do pertraktacji w sprawie ewentualnego wypożyczenia misiów do sesji fotograficznej. Uprzejma panienka skierowała nas do sklepu obok ,handlującego bardzo ekskluzywną, i kosztowną, damską odzieżą, takimi samymi dodatkami i biżuterią, informując, że właścicielką obydwu sklepów jest ta sama osoba Pani Dorota Wróblewska. Zanim weszliśmy we wskazane drzwi zdążyłam jeszcze przeczytać szyld „Forgetmenot" albo „Forget me not" (przy swojej miernej znajomości angielskiego nie byłam pewna czy to „ Niezapominajka", czy też może, poetyckie „ Nie zapomnij o mnie"), zdążyłam też pomyśleć: „ O k.... nać, z babą o takich pieniądzach, to nie da się dogadać". Ponieważ jednak było już za późno, aby się wycofać weszliśmy.

Za kilkanaście sekund oczom naszym ukazała się naprawdę piękna kobieta z naprawdę serdecznym uśmiechem. Fakt, że była piękna wcale mnie nie zaskoczył. Wśród tak pięknych przedmiotów pewnie i człowiek pięknieje. Znacznie bardziej zaskoczyło mnie to, że -wbrew stereotypom odnoszącym się ludzi zamożnych - nie okazała się „malowaną lalą". Nie patrzyła na mnie, jak to w moim życiu nierzadko bywa, jak na „dziwadło na wózku", ale naprawdę słuchała tego, co mówię, naprawdę śmiała się z moich dowcipów, naprawdę zgodziła się na wypożyczenie maskotek i naprawdę obiecała pomóc nie tylko w sprawie misiów, ale we wszystkim, w czym będzie mogła, a co zbliży na nas do pomyślnego „kalendarzowego" finału. Deklaracje te podtrzymuje zresztą do dziś mimo, że sam pomysł odwleka się w czasie.

Potem spotkałyśmy się jeszcze parę razy, głównie towarzysko „na kawie", trochę też pod hasłem, że dobrze by było zrobić coś wspólnie. Tymczasem jednak bez konkretów. Widujemy się rzadko i krótko, bo ani mój, a tym bardziej Doroty, tryb życia nie pozwala na więcej. Czasami wysyłamy sobie jakieś grzecznościowe i świąteczne listy drogą elektroniczną, zawsze jednak jest ciepło i serdecznie.

W ten też sposób, to jest za pośrednictwem komputera" wysłałam Dorocie „komputeropis" napisanej przeze mnie niedawno książeczki o nietolerancji i społecznym postrzeganiu wszelkiej, również tej wynikającej z kalectwa, inności.

Nazwałam ją. „WSZECHSTRONNIE I PERMANENTNIE PODEJRZANA - BIOGRAFIA (NIE ZAWSZE AUTO)- albo garść tendencyjnie wybranych, choć prawdziwych, epizodów", a jest to pierwsza napisana przeze mnie większa, naturalnie w mojej skali, rzecz. Bo choć coś tam pisałam przez całe życie, głównie wiersze i felietony, to nigdy dotąd nie stworzyłam jakiejś większej całości. Ponieważ nie miałam żadnych szans na jej wydanie postanowiłam , choćby za pomocą komputera udostępnić ją kilku ludziom, których uważam za sensownych, na Dorotę, naturalnie, też wypadło.

Chęć podzielenia się tym tekstem z innymi nie wynika u mnie, bynajmniej, z megalomanii. Co więcej wiem nawet, że ma on trochę formalnych, wymagających korekty, błędów. Ja postanowiłam sama niczego nie poprawiać, gdyż znam trochę siebie i wiem, że podjęcie takiej próby mogłoby się skończyć całkowitym usunięciem PODEJRZANEJ z komputera. A mimo, że doskonale, jak zresztą każdy autor, wiem, iż mój tekst mógłby być znacznie lepszy, to jednak uważam, że nawet z wszystkimi niedoróbkami, upublicznić go warto, już choćby tylko dlatego, że o ile wiem, nikt ,w mojej życiowej sytuacji nie pozwolił sobie do tej pory na taki stopień otwartości, przynajmniej w najbardziej intymnych i najboleśniejszych sprawach, o jaki ja, mam nadzieję, przynajmniej się otarłam.

Tak więc, choć nie widywałyśmy się z Dorotą zbyt często, to śmiało można powiedzieć, że pozostawałyśmy ze sobą w intelektualnym kontakcie.

Kiedy ,niedawno temu, przytrafił mi się spory życiowy kłopot - o który mniejsza, gdyż nie należy on

do sedna naszych wzajemnych relacji - z prośbą o pomoc w jego rozwiązaniu postanowiłam zadzwonić także do Doroty. Naprawdę nie robiłam tego z wyrachowania, już raczej z głębokiego przekonania o jej otwartości na drugiego człowieka. Oczywiście i tym razem się nie zawiodłam, znów obiecała pomóc, a ja teraz już wiem, że -i tym razem, tak samo jak w wypadku kalendarza, się nie wycofa.

Przy okazji tej rozmowy telefonicznej zapytała mnie również, czy mam jakieś marzenie, czy na przykład chciałabym sobie kupić komputer, fortepian, albo jeszcze coś. Wtedy powiedziałam, że kupować to ja niczego nie muszę ale książkę, to i owszem, wydać bym chciała.

Wtedy Dorota opowiedziała mi o „Sabacie czarownic" - jak się okazało już piątym. Ów Sabat jest to mianowicie - organizowane przez Dorotę, przy niebagatelnym wsparciu kiedyś solistki zespołu BALKAN ELECTRIC, dziś samodzielnej twórczo piosenkarki, Pani Fiolki Najdenowicz - doroczne spotkanie tych Pań, którym się udało. Potrafiły coś osiągnąć w biznesie, sztuce lub innej sferze aktywności publicznej. Panie te, zwykle bardzo zajęte, przynajmniej raz w roku, znajdują czas na spotkanie, zabawę, wymianę poglądów, czy też zwykłe „babskie pogaduchy". Każda z zaproszonych, już przy wejściu dostaje miotłę, aby, jak przystało na czarownicę z sabatu, miała czym wrócić do domu. Płacone przy tej okazji „miotłowe" jest zarazem opłatą za losy loterii fantowej. Fanty dostarczają sponsorzy, a zebrane pieniądze przeznaczane są jakiś cel charytatywny. Tym razem takim celem okazała się moja książka. Tym razem też i „ja tam byłam, miód i wino piłam". I wcale nie jest ważne, że zebranych pieniędzy, póki co, jeszcze nie wydanie książki nie wystarczy. Nie jest to takie ważne, bo skoro już jest bardzo obiecujący początek, to ciąg dalszy nie wydaje się już taki niemożliwy.

Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że dzięki komuś takiemu jak Dorota nastąpił cud przywrócenia człowiekowi (czytaj mnie) wiary w człowieka. Wiem, że brzmi to banalnie, ale nie obchodzi mnie to. Teraz, nawet w naszej drapieżnie kapitalistycznej rzeczywistości, śpię nieco spokojniej.

Ewa Karbowska 25.06.07

P.S. Wymienioną w tekście moją książeczkę o wszechstronnie i permanentnie podejrzanej, czyli o mnie, nie o mnie, można przeczytać - od 25 maja 2007 - także na łamach KONTRATEKSTÓW.