Projektując system, w którym przebiegać mają pewne procesy generowane przez obecne w systemie obiekty mamy zwykle wybór:
  • 1 dobierać te obiekty tak, by nie tworzyły one w systemie procesów niepożądanych lub
  • 2 uczynić system odpornym na tworzenie takich procesów przez „niewychowane" obiekty.
Dobry projektant stara się, oczywiście, zadbać o spełnienie obu warunków, ale zwykle kończy się na chęciach, bo ideałów w normalnym życiu nie ma. Gdyby rozważanym systemem miał być np. jakiś kawałek organizacji państwa, to warunki te przekładałyby się na następujące

  • wychowywać ludzi na uczciwych, prawych i szanujących „zasady współżycia społecznego" obywateli lub
  • tworzyć takie „zasady współżycia społecznego", by obywatel nie mógł ich łamać lub by mu się to nie opłaciło.
Wychowaniem we współczesnym państwie zajmuje się tzw. system edukacji, a „zasady współżycia społecznego" tworzy prawodawca (umówmy się, że jest nim każdy, kto jakiekolwiek przepisy ustanawia). O przestrzeganie stosownych praw dba „władza wykonawcza", która dysponując rozmaitymi odpowiednikami kija i marchewki „zachęca" obywateli do zachowań zgodnych z ustanowionymi przez prawodawcę „zasadami współżycia społecznego". Najlepiej byłoby pewnie tak wychować obywateli, aby władza wykonawcza była bezrobotna, ale to się jak dotąd żadnemu państwu nie udało. Większość sposobów organizacji społeczeństwa stara się więc uczynić  naruszanie prawa nieopłacalnym. Naruszenie jakiegoś zakazu (nakazu) jest zazwyczaj nieopłacalne w dwóch przypadkach:

  • a gdy podjąć trzeba trud niewspółmierny do oczekiwanych korzyści lub
  • b spodziewana kara czyni rzecz nieopłacalną.
I to jest dylemat, przed którym staje każdy prawodawca. Najlepiej byłoby, aby czyny zakazane były zarówno trudne w realizacji jak i dotkliwie karane. Niestety zazwyczaj spełnienie każdego z tych wymagań sprawia władzy sporo kłopotów. Zapewnienie spełnienia warunku a) spoczywa w zasadzie wyłącznie na prawodawcy. W przypadku warunku b) bardzo ważna staje się sprawność „władzy wykonawczej", bo kara ma być nie tylko dotkliwa, ale też nieuchronna (spodziewana właśnie) i szybka, bo  po upływie dłuższego czasu świadomość popełnienia przestępstwa zanika, człowiek czuje sie pokrzywdzony, nie rozumie za co jest karany, a kara zamienia się zemstę wszechwładnego społeczeństwa na bezbronnym w istocie człowieku. Warunek a) spełnić jest prawodawcy trudno; jak np. sprawić, by utrudni łatwe do popełnienia zabójstwo. Bywa jednak, że  niektóre czyny społecznie niepożądane utrudni można jednym pociągnięciem pióra. W ten sposób rozwiązano prawie całkowicie np. problem korupcjogennego wpływu nauczycieli na maturalne oceny ich własnych wychowanków. W zasadzie wszystkie takie rozwiązania polegają na zmniejszaniu jakichś autorytetów, bo wymuszona unifikacja skutkuje pozbawieniem kogoś (w przypadku matur nauczycieli) części posiadanej dotychczas władzy. Autorytet staje się trochę „mniejszy", traci niektóre swoje atrybuty Traci nie tylko konkretny autorytet. Użytkowa wartość każdej oceny dużej grupy ludzi jest tym większa, im bardziej jest bliska medianie, tj takiej wartości ocenianego parametru, która w tej grupie występuje najczęściej. Jeśli pożądana wartość tego parametru znacznie medianę przewyższa, to społeczeństwo się sfrustruje, bo większość ludzi oceniona będzie negatywnie. Jeśli cel wyznaczymy za nisko, to ludzie to zlekceważą, bo ceni się tylko rzeczy trudno osiągalne (ale osiągalne, nie takie, których dostać nie można).

Prawo akcentujące punkt a) ma i tę wadę, że musi być z konieczności bardzo zgrubne i nie może uwzględniać wielu osobliwości Można wymieniać jeszcze wiele innych jego wad. Ma ono jednak tę ważną zaletę, że jest czytelne i naprawdę takie samo dla wszystkich. Niestety, również dla autorytetów, które traktuje dokładnie tak samo jak innych obywateli. I dlatego pewnie jest tak przez autorytety nie lubiane. Podam dwie dziedziny, gdzie, podobnie jak w przypadku matur jednym podpisem można w zasadniczy sposób zmniejszyć istniejące patologie.

  • 1 Pierwsza to niektóre egzaminy. Wszędzie tam, gdzie stosunek uczeń-mistrz nie ma dla edukacji znaczenia zasadniczego (a jest tak w 90% sytuacji, kiedy to zdaje się jakieś egzaminy) można nauczanie spokojnie oddzielić od egzekwowania jego wyników. Uczyniono tak w wielu dziedzinach i nikt rozsądny nie zaproponuje dziś, by kandydat na kierowcę czy lekarza specjalistę zdawał egzamin u swego nauczyciela. Z drugiej strony wszyscy lamentują, że poziom nauczania na studiach jest tragiczny, a prace dyplomowe „zrzynane" są z Internetu lub pisane za opłatą przez wynajętych „writerów". Głupota czy hipokryzja? Za tym drugim przypadkiem przemawiać może fakt, że na byciu promotorem można sporo zarobić Jeśli za promotorstwo jednej pracy dostać można 500 PLN, za recenzję 300, a dyplomantów ma się np. 100 (a bywali promotorzy „opiekujący się" i 200-toma pracami), to rzecz staje się bardzo opłacalna. Inna sprawa czy do końca uczciwa, bo sensowna współpraca nawet z 10 - ma osobami już jest problematyczna. Równie sensownie brzmią zapewnienia o wartości oceny studenta zdającego egzamin wraz z 200 swymi kolegami z roku. A w dodatku co rusz słychać o tym, że ten czy ów student egzamin sobie „obłatwił". Gdyby egzaminów było mniej, ale wszystkie zdawane by były „na zewnątrz" uczelni, narzekania takie nie miałyby sensu. I właśnie zastąpienie skomplikowanego systemu wewnętrznych „siatek przedmiotów" i odpowiednich egzaminów uczelnianych przejrzystym systemem egzaminów państwowych pozwoliłoby tę hipokryzję „podnoszenia poziomu nauczania" zlikwidować Co kogo obchodzi jak student wiedzę posiadł? On ma ją mieć I to akurat można sprawdzać w ten sam przejrzysty sposób niezależnie od uczelni i bez zabawy w rozmaite „systemy punktów kredytowych", których wartość informacyjna jest właściwie żadna. Jedyne co wiadomo, to tyle, że student wysłuchał wykładu ocenionego na ileś tam punktów. Nie wiadomo ani co w nim było, ani na ile to opanował. Pisałem o tym wielokrotnie w różnych miejscach i nawet byłem z tego powodu posądzany o różne złe intencje; od ośmieszania konkretnych osób po zamach na autonomię uczelni. System jest jaki był, kupa uczonych wszelakich forsę na poprawianiu niepoprawialnego sposobu oceniania uczelni robi i każe wierzyć, że np. magister UW i takiż magister po Szkole Mniemanologii Stosowanej są dokładnie tyle samo warci, bo przecież obie uczelnie realizują te same standardy nauczania.
  • 2 Drugim ważnym obszarem zastosowań takiej hipokryzji jest wymiar sprawiedliwości, gdzie pod hasłem niezawisłości sądu przemyca się nie realizowalny wymóg takiego samego traktowania określonych prawem czynów zakazanych przez zupełnie różnych ludzi (sędziów), którzy działając w różnych warunkach wydawać mają takie same wyroki. Toż nawet gdyby utworzyć specjalne szkoły dla kandydatów na obrońców prawa, to i tak rezultat byłby wątpliwy. Turcy mieli wprawdzie swoich janczarów, Niemcy Hitlerjugend, a Stalin Komsomoł, ale i tam zdarzały się wyjątki, które w przypadku obsady posad sędziów byłyby trudne do zaakceptowania. A można przecież stworzyć jasny i prosty system predefiniowania (sąd niczego by nie definiował, a tylko ewentualnie dopisywałby do zadanych z góry atrybutów nowe) czynów karalnych, który z jednej strony załatwi za sąd 70% roboty, a z drugiej zagwarantuje jakąś namiastkę unifikacji sądowych orzeczeń. To są rzeczy proste i naprawdę wykonalne jednym pociągnięciem ministerialnego czy poselskiego pióra. W takim systemie nie można by wiele skręcić, „niedoróbki" sadów byłyby bardziej widoczne, a obywatel zyskałby proste narzędzie weryfikacji, częściowej przynajmniej, poprawności orzeczeń. Nikt nic nie traci, a społeczeństwo na pewno sporo zyska.
Obie wspomniane wyżej dziedziny są społecznie ważne i łatwo zmienialne. Naprawdę jednym pociągnięciem pióra. Myślę jednak, ze nikt tego nie zrobi. Z dwóch powodów. Po pierwsze w obu przypadkach na zmianach straciłaby duża grupa wpływowych dziś ludzi - tzw. autorytetów, którzy podobnie jak szamani żyją z tego właśnie, że „lud ciemny" się w zawiłościach różnistych gubi i woli na autorytetach niż własnym rozumie polegać Po drugie dlatego, że my zawsze mieliśmy pociąg do swoistego maksymalizmu; wszystko albo nic. A tu w przypadku nauczania zrezygnować by trzeba z iluzji „kształcenia na wysokim poziomie" i jasno powiedzieć, że tylko ca 15-20% populacji może być tak wykształcone, a w przypadku sądów zrezygnować z iluzji uczciwej i sprawiedliwej oceny sprawy przez absolutnie wyjątkowych, genialnych i starannie dobieranych ludzi, którzy bardzo rzadko popełniają błędy. W obu przypadkach chcemy zbyt wiele. Nigdy nie uda się ani uzyskać równego wysokiego poziomu nauczania, ani zunifikowanego absolutnie sprawiedliwego orzecznictwa. Argumentując, że propozycje zmian istniejącego status quo całkowicie sprawy nie rozwiązują chronimy wprawdzie interesy ważnych autorytetów, ale równocześnie petryfikujemy iluzje możliwości osiągnięcia kiedykolwiek stanu idealnego. I za te iluzje płacimy.

Waldemar Korczyński