Zmiana ordynacji wyborczej do samorządów wzbudza coraz większe emocje. Przede wszystkim pośród polityków i działaczy samorządowych. Przeciętny obywatel, członek wspólnoty terytorialnej, jakoś niespecjalnie ekscytuje się tą wrzawą i bataliami o prymat w tej części administracji. Co najwyżej rejestruje, bez szczególnych emocji, codzienne doniesienia o najnowszych pomysłach poszczególnych ugrupowań w sprawie związków, nierzadko egzotycznych, byle zdobyć największą liczbę głosów. A przecież to ta właśnie władza, najbliższa - w teorii - obywatelowi, powinna go obchodzić najbardziej.
Kampania wyborcza do samorządów w praktyce od dawna niczym się już nie odróżnia od kampanii wyborczych do parlamentu czy prezydenckiej. Ugrupowania polityczne chwytają się rozmaitych sposobów, by zdobyć jak największe poparcie. Niektórzy, jak zwykle, nie przebierają w środkach, posuwając się, tradycyjnie już, do obrzucania błotem najgroźniejszych - ich zdaniem - konkurentów.

Szczególnej krytyce, nie tylko zresztą polityków, poddawana jest zmiana ordynacji. Możliwość tworzenia bloków wyborczych, polepionych okazjonalnie z wielu partii, daje, oczywiście, większe szanse na osiągniecie lepszych wyników. Teoretycznie, głosy na taki zlepek zwany blokiem wyborczym, powinny się sumować, co przełoży się później na liczbę mandatów. Jak potem będzie wyglądał podział tych mandatów na poszczególnych beneficjentów, to już całkiem inny film. Dotrzymywanie umów, szczególnie w porozumieniach politycznych, nie jest raczej polską specjalnością.

Chodzi więc o to, by silne partie zebrały wokół siebie jak najwięcej chętnych do wspólnego pochodu po władzę. Tym razem po władzę w samorządach.

Koalicja rządząca obrała racjonalny kierunek, choć metody, zarówno z uwagi na czas i sposób zmiany ordynacji może być, i jest kością niezgody i przyczyną ataków ze strony opozycji. Ta z kolei, krytykując i zarzucając koalicji łamanie zasad i dążenie do upolitycznienia administracji samorządowej, sama gorączkowo poszukuje wsparcia i wzmocnienia swoich szeregów. Też racjonalne podejście wobec przesądzonej już właściwie zmiany reguł wyborczych.

Jedni drugim wciąż coś zarzucają, wszyscy - jak zwykle - prezentują siebie jako kandydaci najlepsi i bezalternatywni, na wyścigi składają wciąż te same obietnice. Czyli nic nowego.

A gdzie w tym rozgardiaszu podział się obywatel? Mało go widać, a jeśli już gdzieś zostanie zagadnięty o poglądy na temat obecnej sytuacji, najczęściej wzrusza ramionami. Niejeden splunie, a i zakląć potrafi.

Czyżby taka postawa obywatela była czymś naturalnym? Sprawy fundamentalne dla własnego kraju były nam naprawdę obojętne? Czy ci wszyscy dobroczyńcy, wszystkich barw i wszystkich poglądów, zainteresowali się bliżej skąd ta obojętność przeciętnego obywatela się bierze?

Dlaczego na zadawane pytania o preferencje, o poparcie w nadchodzących wyborach zdarzają się i takie wypowiedzi, że „wszyscyście złodzieje i łajdacy"?

Reaktywowanie w 1990 roku samorządów terytorialnych przebiegało pod hasłami - o ironio! - „bliżej ludzi". Jakby coś znajomego. Minęło 17 lat i tę bliskość ludzkich spraw kwituje się właśnie owym „wszyscyście tacy lub owacy".

Vox populi, vox dei, chciałoby się przypomnieć obecnym harcownikom na arenie wyborczej. A szczególnie polecić powrót, jeśli nie pamięcią, to choć lekturą do idei samorządności sprzed tych kilkunastu lat.

To mieszkaniec gminy, później powiatu i województwa miał być faktycznym gospodarzem na terenie swojej wspólnoty. To mieszkaniec miał decydować o swoim losie, o rozwoju, o bezpieczeństwie, o wszelkich sprawach, jakimi miały zajmować się samorządy terytorialne. To w końcu mieszkaniec, członek wspólnoty terytorialnej, miał decydować, kto zasiądzie we władzach samorządowych, by reprezentować interesy mieszkańca i całej wspólnoty. I to obywatel miał mieć realną władzę, by ustanowionych przez siebie reprezentantów rozliczać z ich działalności, a w razie potrzeby zmieść ich ze świecznika lokalnego, gdy taki jeden z drugim sprzeniewierzy się interesom własnej wspólnoty.

Co pozostało z tych idei? Znajdujemy echa oceny w tej obojętności, w głosach rozgoryczenia, a w końcu i w owym „wszyscyście tacy i owacy".

Degenerowanie się tzw. władzy samorządowej postępowało niemal od początku jej reaktywacji. Początkowo niedostrzegalnie, bo przemilczanie sygnałów o patologiach miało służyć dobru idei samorządności. Tak pokrętnie, przed laty, tłumaczono propagandę świetlanego obrazu wspólnot. Efekty takiej strusiej polityki mamy teraz widoczne jak na dłoni. Czymś niemal powszechnym stały się takie sytuacje, że wójt, burmistrz czy prezydent miasta potrafi zarządzać sprawami wspólnoty z więziennej celi. Ulokowany tam za malwersacje finansów publicznych.

Świadome niszczenie przez miejscowych watażków kreatywności, inicjatywy, prób aktywnego udziału obywatela w życiu publicznym samorządów, chęci udziału w rozwiązywania problemów swojej wspólnoty, to powszechny już obrazek samorządności terytorialnej. W oficjalnych wieściach pokazuje się osiągnięcia poszczególnych gmin. One są, niezaprzeczalnie. Ale można odnieść wrażenie, że ukazywane są jakieś wyjątki, na dodatek w sposób odwrotnie proporcjonalny do ich liczby. Półgodzinny program o jednej gminie i jej sukcesach i sekundowe migawki o dziesiątkach samorządowych działaczy, co albo już siedzą w ciupie, albo prokuratura ich właśnie rozpracowuje.

Przytoczona wyżej wypowiedź - „wszyscyście złodziej i łajdacy" - nie jest ani anegdotą, ani głosem odosobnionym.

Gdyby zaistniało rzeczywiście autentyczne społeczeństwo obywatelskie, to te i podobne głosy, łącząc się ze sobą w zgodne współdziałanie, sprawnie kładłoby kres sobiepaństwu lokalnych władyków. Wspólnota ma - niestety, tylko na papierze - instrumenty prawne do przywracania normalności na swoim terenie. Choćby referendum. Ale by ten instrument mógł zagrać pełnią dźwięku, potrzebne jest działanie wspólne i swiadomość swoich praw oraz możliwość ich realizacji.

Dlaczego więc tak trudno, tak rzadko obywatele korzystają ze środków, jakie daje im prawo? Ponieważ od siedemnastu lat żadnej władzy, obojętnie jakiej opcji i jakiego szczebla, nie zależało i nadal nie zależy na tym, by instytucja społeczeństwa obywatelskiego rzeczywiście zaistniała.

W przeciwnym razie ta obecna wrzawa, a i wszystkie poprzednie i pewnie następne, o ordynacje wyborcze, sposoby liczenia głosów i tym podobne podchody, byłyby po prostu bezprzedmiotowe. Którakolwiek opcja polityczna mogłaby sobie zwierać pakty z kimkolwiek, kombinować nad metodami liczenia głosów, czy wymyślać najbardziej egzotyczne wolty, a i tak na koniec głos ostateczny należałby do mieszkańców.

Władza samorządowa, obojętnie w jakim składzie, obojętnie jakich poglądów w jednej chwili mogłaby zostać zmieciona z przydzielonych im przez mieszkańców stołków, przez tych właśnie mieszkańców, jeśli oceniliby, że działania są sprzeczne z celami, dla jakich władzę - ściślej reprezentantów - tam posadzono.

Bo silne samorządy, to nie silne rady gmin, zarządy, wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast. Silny samorząd, to świadome współdziałanie społeczeństwa obywatelskiego.

Witold Filipowicz
Warszawa