Zabawne, ale z daleka, wygląda zupełnie jak moja kolejka z dzieciństwa - mała i delikatna. Każde jej uszkodzenie wywoływało u mnie wezbranie potoku łez, który wymuszał na moich rodzicach zakup, upatrzonej prędzej w Baltonie lub Pewexie, nowej zabawki. Szczerze mówiąc, to nawet jej nie lubiłem. Nudziło mnie ponad dwugodzinne rozstawianie torów i puszczanie po nich miniaturowego pociągu, który rzadko kiedy, już po pierwszym zakręcie nie wypadał z torów.
Z bliska natomiast wygląda zupełnie inaczej. Budzi respekt. Jest potężna i usmolona. Przypomina metalowego, nie mającego końca węża, który pochłania na stacjach kolejnych, nie stawiających oporu, podróżnych.

Otworzyłem zatem jedną z umorusanych śniegowym błotem łusek i zanurzyłem się w otchłaniach nieznanego stwora, żeby znaleźć swoje, okupione kasowym haraczem, miejsce.

Z wielkim jak słoń tobołem, przeciskam się przez zadymiony, wąski korytarz. Czuję się jakbym eksplorował tajne bunkry szurniętego Hitlera albo zakłócał spokój, leżącego w swojej piramidzie Tutenhamona. Po kilku ciężkich, obkupionych nadludzkim wysiłkiem, chwilach, odkopuję przedział z miejscem nr 55.

Nie chce wyjść na laika, ale z autopsji znam tylko dwa rodzaje przedziałów. Pierwszy to przedział kontemplacyjno - biblioteczny. Panuje w nim medytacyjna cisza, regulowana przez tempo sunącego pociągu oraz ulatniający się spod kół stukot. Zazwyczaj siedzą w nim ludzie pogrążeni w lekturze książki bądź też gazety lub bez reszty oddani tępemu wyglądaniu przez okno. Zaś drugi przedział to istne targowisko, pełne krzykliwych kwok, które gdaczą o wszystkim i o niczym. Raz dwa przejrzą te swoje kilkustronicowe pisemka, które, jak amfetamina, nakręcają je diabelską energią. Wpadają w ploteczkowy amok, który szybko udziela się wszystkim towarzyszom podróży.

 Tymczasem odsuwam drzwi i od razu rzucam zwiędłe ,,dzień dobry", które odbija się głucho od szczelnie zamkniętego okna, zahacza o dwóch lub trzech współtowarzyszy podróży i wraca do mnie. Tym samym wyganiam figlującą po przedziale monotonność i niemal natychmiast znajduję się pod ostrzałem kilku celnych par oczu, które, jak w orwelowskiej powieści, śledzą każdy, nawet najdrobniejszy mój ruch. Nie robiąc zbyt gwałtownych ruchów, rzucam okiem na wyładowane do granic możliwości, miejsca bagażowe. Po czym z pochlipującą bezradnością patrzę na swój, ponad pół metrowy bagaż.  Muszę przyznać, że już od dawna zachodzę w głowę, kto o zdrowych zmysłach i z chociaż kropelką wyobraźni przestrzennej, zaprojektowałby przedział na osiem osób, z miejscem bagażowym dla zaledwie czterech? Niestety, w tym wypadku, nie pozostaje mi nic innego, jak pozostawić swój bagażu na korytarzu, narażając go tym samym na niezliczone szturchańce i kopniaki.

Nareszcie, po zadeptaniu wszystkich par butów, docieram do swojego, w połowie zajętego przez grubasa sąsiada, pożądanego przez wszystkich, miejsca przy oknie. Przejeżdżamy dobre kilkanaście kilometrów, zanim na dobre wtapiam się w krajobraz przedziału.

Wyglądam przez okno. Widzę bezkresne pola, ukryte pod białym, zimowym dywanem. Za nimi rzadkie, jakby przerzedzone przez autochtonicznych rolników lasy, które niczym teatralna kurtyna, skrywają wiejskie gospodarstwa. Przejeżdżamy przez wioski, wyglądające jak autonomiczne enklawy, gdzie życie płynie wolno i ospale. Ścigamy się z jadącymi równolegle do nas samochodami. Wprowadzamy zamieszanie na, mrugających na czerwono, przejazdach kolejowych. Przez większe miasta przejeżdżamy wolniej, dzięki czemu możemy podglądać mieszkających przy torach ludzi, zwiedzić ich zakłady miejskie lub gigantyczne zagraniczne koncerny. Zatrzymujemy się na nieznanej mi stacji, by wchłonąć następnych podróżnych. Czuję się jak Kapuściński przemierzający upadające Imperium lub Stasiuk zmierzający do swojego Babadag. Powinienem jeszcze dowiedzieć się czegoś o swoich kompanach podróży, którym nie zdążyłem się jeszcze przyjrzeć. Zapytać ich, gdzie jadą, dlaczego akurat tam, czy są szczęśliwi, czy lubią bigos, na kogo głosowali w ostatnich wyborach, czy oglądali ,,Shreka". Powinienem być przedziałowym psychoterapeutą, który martwi się o swoich pacjentów albo księdzem proboszczem, próbującym nawrócić zbłąkane owieczki. Powinienem, ale nie będę nakręcał spirali pytań, skoro - co tu ukrywać - nie za bardzo mnie to obchodzi. Nie chcę odgrywać roli pytającego Sokratesa. Poza tym sam nie lubię być bombardowany dręczącymi pytaniami, gdy nie mam na to ochoty. Gdy chcę pozostać sam na sam ze swoimi ulotnymi marzeniami lub kłębiącymi się myślami. Tym bardziej, że pociąg jest do tego idealnym miejscem. Dlatego też, wolę popuścić cugle wyobraźni i sam wypisać ich karty życia. Na przykład mężczyzna siedzący obok mnie, który wypija duszkiem kolejne, chyba czwarte już, piwo lub ubrana na czarno kobieta, o przerażająco smutnych i zapłakanych oczach. Student w dawno nie pranym swetrze, który zasnął nad ,,Historią filozofii" albo kilkunastoletnia dziewczyna z przetrąconymi nogami i oczami pełnymi nadziei, dla której najmniejszy stopień jest barierą nie do pokonania. Wtulona w siebie zakochana para, która najchętniej wyrzuciłaby wszystkich z przedziału, starsza kobieta ściskająca kurczowo swój tobołek, jakby ktoś miał zaraz jej go wyrwać. Oni nie chcą wtajemniczać mnie w swoje życiowe zwycięstwa, porażki, plany. Owszem chcą rozmawiać, ale o pogodzie, o szatańskich politykach i wczorajszym ,,Tańcu z gwiazdami". Dlatego wtulam się w skraplającą się szybę, staram się zostawić rzeczywistość za wielkim murem wyobraźni i myślami pisać scenariusze życia moich sąsiadów, o których i tak zaraz zapomnę, bo jestem egoistą, cynicznym ignorantem. Nie zwracam uwagi, że tak po prostu,  zwyczajnie, tak jak zawsze wchłonie nas brutalna, zwierzęca rzeczywistość, która jak niewidzialna ręka, uderza w twarz, zaraz po wyjściu z pociągu.

Piotr Krupa