Chcesz pomagać wydawać gazetę lokalną, lub też chcesz takową współredagować? Przeczytaj kilka sugestii, które wzięły się z doświadczenia w prowadzeniu tego rodzaju działalności na terenie Wielkopolski. Ale mają one - jak sądzę - charakter uniwersalny, bo wiele w nich jest emanacją uniwersalnych polskich przywar, niezależnych od kryteriów geograficznych, czy administracyjnych.
Redagowanie lokalnej gazety to naprawdę wdzięczne zajęcie, pod warunkiem jednak, że jest się:
1. mieszkańcem innego ośrodka (najlepiej miejskiego) i nie ma się wiele wspólnego ze środowiskiem, w którym gazeta powstaje,
2. człowiekiem, dysponującym odskocznią od tego zajęcia - a więc nie wiążącym z powstającą gazetą dalekosiężnych planów życiowych.
Skąd te zastrzeżenia?

Już wyjaśniam:

1. jeśli jest się człowiekiem z zewnątrz, nie utożsamianym z lokalnym środowiskiem (a najlepiej miejscowym establishmentem - obojętnie, co kto przez to pojęcie rozumie...), zawsze można powiedzieć: „dziękuję, nadszedł czas odwrotu"... i można odwrotu dokonać.
2. lokalna gazeta ma to do siebie, że stanowi wyraz ambicji pewnej grupy ludzi (a grupa ta jest łatwa do zidentyfikowania - dla przybysza z zewnątrz jednak tylko teoretycznie) i - jak to z przedsięwzięciami, opartymi o ambicjami bywa - ma z reguły chwiejne podstawy. Pod każdym względem zresztą, nie tylko w sferze finansów.

Twierdzę tak dlatego, że doświadczyłem już niejednokrotnie euforii zespołu redakcyjnego, który zobaczył numer sygnalny, przypatrzył się makiecie następnego numeru i...więcej się już w tym składzie nie zebrał.
Pamiętasz, Drogi Czytelniku, fragmenty sienkiewiczowskiego Potopu? W jednej ze scen tegoż, hetman Czarniecki odbiera raporty dowódców pododdziałów przed potyczką ze Szwedami i wojskami najemnymi, walczącymi pod ich sztandarami. Pyta więc hetman w trakcie narady, dlaczego część wojska rozeszła się do domów, zamiast stawać dzielnie w obliczu wroga. Jeden z dowódców raportuje mu więc, że drobna szlachta i chłopi mają przede wszystkim żniwa na głowie. Jak już plon zbiorą, to znów się na polu bitwy pojawią. Bo rola to podstawa, a wojna prowadzona jest właściwie nie wiadomo w czyim imieniu.
Tak właśnie bywa przy redagowaniu takich małych, lokalnych pisemek. Jak wszyscy już załatwią swoje lokalne interesy, pojawią się znów, chcąc „aktywnie wspomóc"... i zdziwią się niepomiernie, że gazeta już się nie ukazuje.
No bo kto ją miał właściwe tworzyć?

Przejdźmy więc do tytułowych sugestii.
1. Zastanów się nad zasadami organizacyjnymi przedsięwzięcia.
2. Postaraj się dotrzeć do szeregu szczegółowych informacji o tym, kto finansuje każdy z etapów powstawania pisma i kto ma największy wpływ na zawartość merytoryczną pisma.
3. Zorientuj się, jakie doświadczenie w tego rodzaju działalności mają członkowie zespołu redakcyjnego.
4. Sprawdź, czy na tym terenie wychodziło już pismo o podobnym charakterze.
5. Zrób rozeznanie w rynku prasy, aktualnie wychodzącej na tym terenie.
6 .Wywalcz chociaż symboliczne wynagrodzenie za wykonywaną pracę i zwrot kosztów podróży (jeśli takie mają miejsce).
7. Spróbuj dokonać kalkulacji (samodzielnie, bądź przy pomocy „biegłych" w tego rodzaju działalności), czy pismo ma racjonalne podstawy finansowe.
8. Sprawdź, czy strona techniczna realizacji gazety (skład, łamanie, naświetlanie) jest wykonywana przez podmiot lub indywidualnego wykonawcę, dysponującego podobnym do twojego doświadczeniem.
9. Udaj się do drukarni, w której będzie drukowana gazeta i sprawdź zakres umowy wydawcy z drukarnią oraz harmonogram przygotowania druku i samego druku, jaki otrzymała od wydawcy drukarnia.
10. Zapytaj wydawcę o sposób organizacji kolportażu gazety i o jego doświadczenie w tej dziedzinie.

Wyjaśnienia poniżej.

Ad. 1 czyli zasady organizacyjnych przedsięwzięcia.
Bywa, że przedstawiciele lokalnych samorządów (z bieżącego lub byłego rozdania) chcą mieć tubę do komunikacji z nieodpowiedzialnym społeczeństwem, które kwestionuje dokonania, wytyka błędy i w ogóle się wszystkiego czepia. A że każdy rozsądny mieszkaniec terenu na którym tytuł wychodzi czuje pismo nosem, wiec się nie angażuje. Potrzebny jest zatem figurant spoza tego terenu.
Powstaje przy tym firma, mająca tylko realizować płatności, występować przed organami i instytucjami, powołanym do kontrolowania działalności gospodarczej i nic więcej. Czyli nie ma nic, a jednocześnie coś jest. A ty jesteś w środku tego bajzlu.

Ad. 2: czyli szczegółowe informacje o tym, kto finansuje każdy z etapów powstawania pisma i kto ma największy wpływ na jego zawartość merytoryczną.
Sprawdź, kto z kim prowadzi otwartą wojnę na tym terenie i zasięgnij u obu stron informacji na temat gazety. Nie ma lepszych źródeł w tym względzie. Następnie informacje podziel przez pół i wiesz mniej więcej wszystko. Zastanów się, czy chcesz, by ktoś (mniej lub bardziej otwarcie) wypowiadał się o tobie mniej więcej tak: To człowiek byłego burmistrza i obecnego przewodniczącego rady. Ciekawe, czy oberwie po tyłku, jak ci dwaj się nie załapią ponownie w następnej kadencji? I na co mu to w ogóle było? A już najlepsze są sformułowania typu: Facet, który siedzi w kieszeni byłego burmistrza... A ty na przykład robisz to społecznie i cieszysz się efektami, które osiągasz...
Idealista to brzmi dumnie, ale bycie figurantem to nie tylko problem dnia dzisiejszego. To także etykietka, która pójdzie za tobą - czy tego chcesz i czy o tym wiesz.

Ad. 3 czyli orientacja, jakie doświadczenie w tego rodzaju działalności mają członkowie zespołu redakcyjnego.
Wyznaczasz zadania, planujesz pracę i przygotowujesz następne wydania pisma, a gdy przychodzi co do czego oglądasz efekt pracy ludzi i... dębiejesz. Okazuje się bowiem, że żaden ze społeczników nie ma dostępu do internetu, na kilku piszących jest jeden komputer, w którym (przeważnie) występuje wiodący w XXI wieku edytor tekstowy tag (nie łapiący się do konwersji pod rtf). Ponadto twoi dzielni redaktorzy piszą ręcznie, sami niczego nie zeskanują, a ich wiedza o parametrach technicznych, jakie musi posiadać tak materiał tekstowy, jak i ilustracyjny jest po prostu żadna.
Siadasz więc z rękami w dłoniach nad tym całym chłamem i zastanawiasz się, w którym momencie ktoś czegoś nie zrozumiał. I zaczynasz wszystko od nowa, z nimbem przegranego, który zawalił terminowo już jedno wydanie gazety. A co będzie dalej?, myślą sobie zakulisowi (prawdziwi) macherzy tego pisma. Nawet nie wiesz, jak intensywnie się o tobie rozmawia...

Ad. 4 czyli sprawdzenie, czy na tym terenie wychodziło już pismo o podobnym charakterze.
Wszystko już było, o czym przekonują nas już starożytni. Kiedy nie znasz terenu, nie znasz ludzi, a przygotowany przez ciebie scenariusz zawartości i rozwoju tytułu nie jest za bardzo rozumiany prze twoich rozmówców, możesz popaść w tarapaty, o których nawet ci się nie śniło. Dlaczego? Bardzo prosta odpowiedź: nie znasz przygotowania odbiorców pisma i ich preferencji, więc walisz głową w mur. Jeśli wspomnisz o profesjonalnych badaniach czytelnictwa, twój wydawca popuka się w głowę i spyta, dlaczego to robić, skoro gmina liczy - na przykład - 2500 mieszkańców? Koszt niewspółmierny do efektów, bo nie ma żadnej gwarancji, że respondenci będą rzetelnie zeznawać. Mogą więc opowiadać dyrdymały nawet ze zwykłej złośliwości i przekory, nie mając wcześniej z niczym podobnym do czynienia.
Cóż więc robić?
Przede wszystkim sprawdzić, jak na tym terenie powiodło się innym., a jeśli się nie powiodło, to jakie były tego przyczyny. Jeśli czas, jaki upłynął od zamknięcia podobnego tytułu nie jest większy, niż jedno pokolenie, rekonesans możesz traktować wiążąco. Każda inna wersja niewiele ci daje. Będziesz więc skazany na intuicję, bo na fachowców nikt nie będzie miał pieniędzy.

Ad. 5 czyli rozeznanie w rynku prasy, aktualnie wychodzącej na tym terenie.
Cóż z tego, że jesteś pełen entuzjazmu, napakowany wiedzą i pełen umiejętności fachowych, skoro będziesz wyważał otwarte drzwi? Nieświadom zagrożenia, będzie wymyślał grupę docelową, chwyty marketingowe, sposób kolportażu i totalne wciągnięcie lokalnej społeczności w dyskurs z pismem, a tu klops! Bo okaże się, że na tym terenie wychodzą cztery pisma a sprzedaje się tylko jedno, wydawane przez miejscowego biznesmena (dającego pracę całej gminie). Reszta tytułów jest bezpłatna, bo szans na sprzedaż egzemplarzy nie ma. A ty tu planujesz sprzedaż...
Chcesz wydawać kolejna bezpłatną gazetkę? A może chcesz konkurować z wiodącym wydawcą w tytułach czołówek typu: „Śmierć w silosie", czy też „Kto załatwia się przed posterunkiem policji?".
Twoje życie - twój wybór... Nie idź jednak na otwartą rywalizację z wiodącym wydawcą. Niewiele osiągniesz. Trzeba ruszyć głową i gromadzić wokół pisma kontestatorów miejscowej rzeczywistości. Nie po to, by uprawiać czarny PR, ale po to, by wyselekcjonować spośród nich ludzi sensownych. Bo na pewno tacy się znajdą.

Ad. 6 czyli wywalcz chociaż symboliczne wynagrodzenie za wykonywaną pracę i zwrot kosztów podróży.
Wiadomo, że „za darmo - umarło". Ale czasy są trudne, pracy nie ma, wielu ludzi usiłuje w lokalnej prasie załatwić sobie staże zawodowe... W darmowych pracownikach można przebierać i pomiatać nimi, jak tylko się chce. Nic dziwnego, bo i w zespołach redakcyjnych poważnych tytułów pracuje się dla satysfakcji, a nie dla pieniędzy.
Zadbaj jednak o to, żeby cokolwiek pojawiało się w twojej kieszeni z adnotacją „wypłata" lub „zwrot kosztów". Rozniesie się to szybciej, niż myślisz - w małych miejscowościach wieści rozchodzą się lotem błyskawicy. W takich środowiskach ktoś taki, kogo (jeszcze) wiąże się z prestiżem, wynikającym z wykonywanego zawodu, nie ma prawa być frajerem.
Bo w lokalnych społecznościach - nie tak jak w wielkich środowiskach - jak się pracuje, to się zarabia. Jeśli się nie zarabia, to znaczy, że się źle pracuje. Kto będzie chciał gadać z osobnikiem o takiej reputacji? Kto będzie chciał wyłożyć choć symboliczny grosik na tytuł robiony prze kogoś takiego?

Ad. 7 czyli kalkulacja (racjonalnych) podstaw finansowych pisma.
Ty nie zarabiasz, zespół współpracowników nie zarabia, gazeta leży w kiosku (czy innym punkcie sprzedaży) i nikt nawet na nią nie spogląda, a wciąż wychodzą kolejne numery... Jeśli nie poświęcisz temu odrobiny refleksji, wdepniesz w coś, czego będziesz żałował. Bo na pierwszy rzut oka żadnej w tym ekonomii, a wręcz czary. Jak to być może bowiem, że są koszty, a brak przychodów?
Kto zna Polskę gminną, ten wie, ze bywają tu i ówdzie podobne przypadki.
W czym rzecz? We wzajemnych zobowiązaniach miejscowych tuzów, czyli (streszczając lapidarnie) „ja teraz robię tobie dobrze, a ty mnie później" (w domyśle: w trakcie kampanii wyborczej do czegokolwiek...). Inna wersja jest następująca: po co wydawać foldery, czy pakować pieniądze w inne formy reklamy, skoro za marne pieniądze grono przedsiębiorców może mieć tanią i powszechnie dostępną reklamę? Kiedy zrzuci się 20 ludzi na mały nakład gazety z maszyny rolowej, koszt „na głowę" stanowi równowartość skrzynki dobrego alkoholu. A prestiż niewspółmiernie większy, bo po alkoholu jest kac, a po „goszczeniu na łamach" tylko satysfakcja. Kto powiedział bowiem, że teksty reklamowe mają być sygnowane odpowiednią adnotacją? Kto na prowincji słyszał o etyce mediów?
Dlatego potrzebny jest przybysz z zewnątrz, który nim się zorientuje, już zostanie wciągnięty w wir wzajemnych zależności.

Ad. 8 czyli strona techniczna realizacji gazety.
Męczysz się, człowieku, bazując na współczesnej wiedzy, a tu okazuje się, że łamać może tylko i wyłącznie człowiek, który pracuje w Corelu 3.0. Naświetlenia wykonywane są w takiej rozdzielczości, że nie wiadomo, czy w ogóle istnieje tak niska liniatura. Dodatkowo dzwoni do ciebie drukarz i pyta, czy „zdjęcia mają zadany kontrast, bo u niego wychodzi wszystko czarne...". Idziesz na to, albo nie. Firmujesz buble, albo nie.
Jeśli nie zarabiasz na tym, to skończ z takim harcerstwem. Cóż ci bowiem z tego, że dostaniesz nagrodę zasłużonego dla lokalnej społeczności, skoro twoja gazeta będzie kompletnie nieczytelna? A musi taka być, bo nikt inny nie będzie jej łamał, naświetlał czy drukował?
Dbaj o własny wizerunek. Nie idź na łatwiznę za parę złotych i przydomek „naczelnego". Lepiej zmywać naczynia w poważnym tytule, niż być naczelnym dziwoląga - nawet nie „prasowego", bo to brzmiałoby zbyt dumnie.
Zmian nie przeforsujesz, bo jesteś figurant i poza tym nie masz gustu. Gazeta się podoba taka, jaka jest, podoba się komu ma się podobać i innej wydawać nie chce.

Ad. 9 czyli sprawdź zakres umowy wydawcy z drukarnią i harmonogramy szczegółowe.
Ustalenia, na których się opierasz, mogą tak przystawać do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Innymi słowy: ty wiesz swoje, podwykonawcy swoje. Z reguły nie jesteś dla nich partnerem, bo (a) nie jesteś miejscowy (b) nie masz układów i - cytując imć pana Zagłobę - (c) exemplum jesteś nikim. Jak masz wywalczyć coś, o co - w założeniu wydawcy - nikt walczyć nie miał?
Jaki harmonogram sobie wywalczysz, tak ci się będzie planowało wydania. Jeśli tego nie wywalczysz - daj sobie spokój i wracaj do swojej podstawowej działalności, bo z tej mąki chleba nie będzie.
W małych społecznościach jest tylko jedna licząca się drukarnia (może nawet i nie w tej miejscowości, gdzie wychodzi gazeta). Reszta poligraficznego bractwa (proszę wybaczyć fachowe słownictwo...) trzepie z dziada pradziada druki przelewów i kwity kasowe. Mając stałych odbiorców i małe możliwości techniczne, są skazani na stałych zleceniodawców i realizację ich pomysłów. W większości z przedsiębiorcami na tym terenie rozliczają się w barterze, bo dorobić się już zdążyli, więc chcą jedynie jak najmniej tracić.
A ty chcesz mieć jasne zasady gry, jakiś harmonogram, a może jeszcze nawet dopominasz się o odpowiedzialność drukarni za efekt jej pracy? Bez przesady! Tego nikt nie przewidział.
Nie dziw się także, jeśli papier za każdym razem będzie inny i inna będzie intensywność barw (nawet przy druku jednokolorowym). Chcesz mieć swoją gazetę, to ją sobie zrób! Jak robisz czyjąś, to nie wybrzydzaj, jak inni miastowi...

Ad. 10 czyli sposób organizacji kolportażu gazety przez wydawcę i jego doświadczenie w tej dziedzinie.
Znalezienie w „głębokim terenie" świadomego wydawcy graniczy dziś z cudem. W sytuacji, gdy ponadnarodowe koncerny wykupują każdy - nawet najbardziej rachityczny - tytuł, gazety lokalne wydają i usiłują sprzedać laicy. Nie myślę tu o gazetach, wydawanych przez samorząd, bo to co prawda temat-rzeka, lecz rządzący się kompletnie innymi (co nie znaczy, że zdroworozsądkowymi!) zasadami. Laicy ci mają różne intencje i równie różne plany, co do „dziś" i „jutro" takich tytułów. Doświadczenia w kolportażu nie mają z definicji, bo gdyby je mieli, to założyliby firmy kolporterskie (brzmi to jak żart, ale zostało napisane całkiem serio...).  Sprzedają więc gazetę wraz z karkówką, gumą doi żucia, bułkami, dżemem i serem brie. Dlaczego? Bo skoro te produkty się sprzedają, to dlaczego klient nie ma wziąć przy okazji także gazety? Gazety - dodajmy - w której zamieszcza się zdjęcia z urodzin, chrzcin i innych lokalnych uroczystości? Po co doświadczenie? Ma się sprzedawać i już! Lub też „nie musi się sprzedawać", bo ma być wizytówką wydawcy, który z definicji na gazecie nie zarabia...
W jednym i drugim przypadku twoja praca idzie na marne, o czym możesz nie wiedzieć i nim ta prawda do ciebie dotrze, będzie już zbyt późno na refleksję. Jeśli chcesz być czytany, już lepiej pisz w internecie - nawet przypadkowo znajdziesz czytelnika. A w gazecie nie trafiającej do ludzi możesz mieć tylko źródło frustracji. Bo co to za autor, który nie chce być czytanym? Sadomasochista...

I jeszcze rada - bonus: nie daj się wciągnąć w podległość jakiejkolwiek radzie programowej gazety, której członkowie z reguły reprezentują różne (niejednokrotnie bardzo dziwne) stowarzyszenia lokalne, a także nieformalne grupy interesu. Dostaniesz się w oko cyklonu lokalnych swarów, które nie mają nic wspólnego z działaniami pro społecznymi, a tylko z wpływami i kasą. Będziesz służył jako osoba firmująca własnym nazwiskiem te pitulin-geszefty! Przy czym nigdy nie będziesz „swoim", a więc nie będziesz mógł liczyć na jakąkolwiek lojalność ze strony takiej grupy ludzi.
Przy lada wpadce (którą taka grupa wkalkulowuje w biznesplan przedsięwzięcia, o którego istnieniu ty nigdy się nie dowiesz...) otrzymujesz wilczy bilet na tym terenie i choćbyś stanął na głowie, na przestrzeni jednego pokolenia hańby nie zmażesz.
* * *
Sugestie te mogę w każdej chwili rozwinąć i ubarwić przykładami. Pytanie tylko „po co?" I tak niczego to nie zmieni.
Sytuację zmienić może bowiem tylko rozwój nowoczesnych technologii, zapewnijaący czytelnikom niczym nieskrępowany dostęp do zawartości każdego tytułu. Lekarstwem na ludzkie chciejstwo i uzależnianie się od lokalnych sitw, jest upowszechnianie się gazet internetowych i technologia cyfrowa (pozwalająca na druk śladowej nawet ilości egzemplarzy).
I nic poza tym.
Tylko że w naszych realiach to melodia dalekiej przyszłości...

Witold Machura