Wywiesić ten plakat w widocznym miejscu

Jeśli tęgim głowom w międzywojennej Polsce można było (z dzisiejszej, jakże łatwej perspektywy) coś zarzucić, to na pewno nie był to brak wizji. Wizja była. Na ile była ta wizja realna, to już inna para tenisówek. Wizja była – i to na pierwszy rzut oka zarówno wspaniała jak  i dalekosiężna. Na drugi już mniej. Czas trwania wizji był krótki. Czy to dobrze, czy źle? Pytanie nie jest wbrew pozorom proste i zasługuje (również wbrew pozorom)  na  naszą uwagę. Aby jednak nie wpaść od razu w nieuchronne gdybanie, zróbmy sobie nieuchronną ekskursję w stronę faktów. Zaczniemy od obrazka.

Nowy wspaniały świat

Plan piętnastoletni przedstawiony został (w bardzo ogólnych zarysach) na posiedzeniu rządu w grudniu 1938 roku. Przedstawiającego znamy dobrze, akurat udała mu się ostatnia czterolatka, człowiek, jakby nie było, sukcesu. Ponieważ tzw. rok gospodarczy rozpoczynał się 1 kwietnia, czasu na opracowanie szczegółów nie było zbyt dużo. Było go mniej niż mało. Gorączkowe prace trwały przez pierwsze półrocze 1939 roku, tak że latem mogła ruszyć wreszcie maszyna propagandowa. Jedną z jej pozostałości jest ciekawy plakat, ironia losu sprawiła, że zawisł on na słupach ogłoszeniowych obok ogłoszeń o mobilizacji, będącej wynikiem niekorzystnego zaognienia stosunków z agresywnym sąsiadem. Tak, że wdrażanie planu ograniczyło się praktycznie do druku tego mało znanego przykładu wizualizacji śmiałej wizji. Po planie, poza plakatem, pozostały notki w monografiach poświęconych historii gospodarczej II Rzeczpospolitej. A szkoda, bo ciekawy to dokument. Plan zakładał wykonanie cywilizacyjnego skoku do przodu. Dla wygody cały okres podzielony został na pięć etapów. W pierwszych czterech latach (do 1942 roku) nasza ojczyzna miała stać się potęgą militarną. W ciągu następnych trzech lat Polska miała się pokryć siecią autostrad, szybkich linii kolejowych, dorobić nowoczesnych lotnisk. Aby użytkownikom mknącym po autostradach nie było wstyd, na następne trzy lata zaplanowano dynamiczny rozwój rejonów wiejskich ze szczególnym uwzględnieniem mechanizacji rolnictwa, melioracji wszystkiego co tylko możliwe do zmeliorowania, a nawet wybudowanie na wsiach nowoczesnych szkół dla nie muszącej się już taplać w błocie dziatwy. Najciekawsze były jednak przewidziane na lata 1948-1954 fazy czwarta i piąta, ich celem było „wyrównanie poziomu życia w całym kraju“. Co wcale nie było takie głupie jeśli weźmiemy pod uwagę odstęp cywilizacyjny dzielący w tamtych czasach np. stolicę, lub Wielkopolskę od wołyńskich miasteczek lub galicyjskich wiosek.

Tyle ogólnie znanych faktów. Przez dziesięciolecia historycy i chcący za takich uchodzić pasjonaci pochylają się, przeważnie z szacunkiem, nad tym przykładem mocno chyba oderwanej od realiów ówczesnego świata ekonomicznej fantastyki. Gdybaniu, czyli „gdyby nie zły Hitler, to my byśmy panie, tego, byli gospodarczą potęgą i mieli już dawno autostrady“ nie ma końca. Zdrowemu rozsądkowi czytelnika pozostawmy ocenę realności zamierzeń. Nie jest ona prosta. Takie na przykład wdrażanie roosveltowskiego Nowego Ładu trwało 10 lat i trudno (mimo nieprzebrzmiałych do dzisiaj protestów przeciwników państwowego interwencjonizmu) uznać ostateczny wynik za klęskę. Tak, że na dwoje babka. Może by się udało? Nie zajmujmy się więc ekonomicznym gdybaniem. Zajmijmy się zapomnianym zupełnie aspektem ubocznym tego ambitnego planu.

Diabeł jak zwykle tkwi tam gdzie tkwi, czyli w szczegółach. Pochylając się z zaciekawieniem nad tekstem i próbując dociec cóż też  miano zamiar konkretnie zrobić w latach 1948-54 (wyrównanie cywilizacyjnej różnicy pomiędzy Polską A i B), znajdujemy nader interesujący passus. Cóż, będące częścią narodowego planu rozwoju zamierzenie, to jednak trochę więcej niż polityczny postulat. Autorzy przewidują na ten okres przeprowadzenie „całkowitej polonizacji struktury ludnościowej miast na terenie całego kraju“. Ponieważ, polonizacja, jak powszechnie wiadomo, a i sama nazwa na to wskazuje, w przeciwieństwie do rusyfikacji lub germanizacji to rzecz zupełnie naturalna, dobra i sprawiedliwa, nasze oko prześlizguje się ponad, by jednak zaraz zawrócić.  Jest to wszakże  interesujący punkt programu, szkoda, że nie zawierający szczegółów  w jaki to sposób ten śmiały plan miał zostać urzeczywistniony. Ponieważ (z braku Syberii) wypróbowany model radziecki raczej nie wchodził w rachubę, a Madagaskaru nikt nam nie chciał podarować, pozostają nam spekulacje, czy preferowany byłby model jugosłowiański (wynocha, albo Srebrenica), czy raczej bardziej skuteczne rozwiązanie wybrane później przez niemieckiego okupanta. Zdając sobie jednak sprawę z drastyczności tych ocierających się o makabrę  alternatyw, zapraszam wszystkich chętnych do snucia cichych rozważań nad tym, jak mogłyby ewentualnie wyglądać inne metody błyskawicznej (w ciągu pięciolatki) „całkowitej polonizacji“ zamieszkałych przez m.in. prawie trzy miliony polskich Żydów miast. Między innymi, bo w miastach Rzeczpospolitej zamieszkiwały jeszcze inne, nierzadko liczne Etnie.  Dla ułatwienia podajmy (za rocznikiem statystycznym), że ludność żydowska – a mówimy tu nie o bliżej niesprecyzowanym pochodzeniu, przynależności państwowej lub religijnej, lecz deklarowanej przez zainteresowanych narodowości – stanowiła w 1931 roku w Warszawie 30%, w Łodzi 33%, w Wilnie 28%, a we Lwowie 32% ogólnej liczby mieszkańców. I dorzućmy,  że odsetek ten był w miasteczkach wschodnich województw znacznie wyższy, przekraczając w takim np.  Pińsku  70%.

Nie wpadajmy w przesadę. Polonizacja to pojęcie płynne. Mało precyzyjne. Nie musi oznaczać wcale tego, co niektórzy myślą.  Może chodziło o wysłanie na wieś? Do lasu? Albo łagodne nakłanianie do wpisywania w odpowiednią rubryczkę kwestionariusza – zamiast wiadomo czego  - „Polak-katolik”? Trudno dociec.

Z drugiej strony jednak – czy planowana w tym samym czasie aryzacja niemieckich miast nie była również (wówczas) płynnym i jeszcze abstrakcyjnym pojęciem? Przepisy wykonawcze pojawiły się dopiero przy stole w Wannsee, podstawy prawnej dla ostatecznej „aryzacji struktury ludnościowej” nie było nigdy. Po zakończonej aryzacji nawet nie można było w Norymberdze dociec kto komu co polecił. Wystarczył ambitny pomysł, nie do końca sprecyzowany plan i to że „było nagle można”.

Po planie piętnastoletnim pozostały cztery linijki w encyklopedii, wzmianka w monografii i plakat nieznanego autora. Ten, który całe zamierzenie firmował swym obleczonym w międzyczasie w splendor ekonomicznego geniuszu nazwiskiem, odszedł w 1974 roku. Może nawet nie wiedział co mu tam referenci dopisali? Nawet gdybyśmy chcieli, nie ma już kogo spytać co też autorzy mieli wówczas konkretnie na myśli.

Rzut oka na dane statystyczne z roku 1954 pozwala stwierdzić, że żadne z ambitnych zamierzeń planu piętnastoletniego nie zostało – z oczywistych powodów – zrealizowane. Żadne, z wyjątkiem jednego. Miasta na obszarze (w międzyczasie już ludowej) Rzeczpospolitej zamieszkują w 1954 roku już tylko i wyłącznie Polacy.

Szczęśliwym zrządzeniem czuwającej nad nami opatrzności nie musimy sobie obecnie przypisywać cudzych zasług.

Trochę czytania:

1.  Ł. Stręk „Wybrane problemy narodowościowe w II Rzeczpospolitej – tu.

2.  Zarys historii gospodarczej Polski 1918-1939, Jerzy Tomaszewski, Zbigniew Landau,   Książka i Wiedza – starsze wydania tu, lepiej jednak nabyć antykwarycznie  jakieś nowsze (np. szóste).

3. Z. Adamowicz Mniejszości narodowe w Polsce,  (w:)  Mniejszości narodowe w polskiej myśli politycznej XX wieku, red. J. Jachmyk, 1992 – trzeba do biblioteki, bo tylko na papierze.

 

Telemach (Ogólna teoria wszystkiego)