Za sprawą narodowo uduchowionego polityka rozpętała się dyskusja o polskości, śląskości i kaszubskości. Powróciły z nią liczne wspomnienia o losach mieszkańców Górnego Śląska w okresie wojny. O numerach list narodowościowych, o najtrudniejszych wyborach. I o przymusowych powołaniach do hitlerowskiej armii pod rygorem najgorszym z możliwych: odpowiedzialności najbliższych.

Polacy z Wehrmachtu, Wyd. Rytm

Zasługą niewątpliwą tej dyskusji jest przypomnienie ogółowi współobywateli, że niektóre rachunki nie zostały zamknięte. Że Ślązacy, podejrzliwie traktowani przez Polskę przedwojenną, która starała się znieść daną w efekcie powstań śląskich autonomię, dla 3 Rzeszy też byli obcymi; dla wyzwoleńczej Armii Radzieckiej byli germańskimi pachołkami, zaś dla powojennej władzy komunistycznej wciąż stanowili element podejrzany. Gdyby nie generał Ziętek, gdyby nie pamięć o literackiej spuściźnie Gustawa Morcinka, gdyby nie pewna Ślązaków osobność i niezależność, a także specyfika gospodarcza - rozpuściliby się z kretesem w homogenizującym się ogóle Polaków.


Wróćmy jednak do tematu "Polacy z Wehrmachtu". Taki właśnie tytuł nosi książka, która przynosi relacje polskich Ślązaków, wcielonych w czasie wojny do niemieckiej armii, którzy wojnę rozpoczynali w 1942 czy 43 roku w mundurach feldgrau, a kończyli w oliwkowych battledressach i beretach z orzełkiem w szeregach 1. Dywizji Pancernej generała Maczka.
Dwóch młodych historyków - Jacek Kutzner i Aleksander Rutkiewicz - zebrało relacje 8 żołnierzy. Jak piszą, książka "Początkowo miała być opracowaniem o naukowym charakterze, w którym przywołane wspomnienia stanowić miały swoistego rodzaju dopełnienie. Po dłuższym zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że nie tędy droga, że postępując w ten sposób odbierzemy relacjom naszych bohaterów to, co najcenniejsze – autentyczność. Ludzie, którzy opowiadają tu swoją wojenną mikrohistorię, pamiętają ją na swój często bardzo osobisty, często pozbawiony szczegółów, często chaotyczny, ale zawsze autentyczny sposób. Nie są to więc wspomnienia pełne patriotyzmu, górnolotnych haseł i miłości do Ojczyzny. Więcej w nich troski o przysłowiową kromkę chleba, o to żeby osłonić się przed deszczem i nie zmarznąć, jakoś dać radę i nade wszystko przetrwać nie pozwalając się zabić. Z ich relacji wyłania się coś, co można by nazwać prawdziwym obrazem wojny, widzianym z pozycji szeregowego żołnierza wielkiej jednostki. Żołnierza, który nie orientuje się w zamiarach dowództwa i często ich nie rozumie, żołnierza, dla którego najważniejszy jest kolega z plutonu czy jego drużyny i to, co zje na obiad, niż myśl o wygraniu bitwy czy wojny."

 

"Osiem przywołanych tu historii zawiera wiele wspólnych elementów, bowiem naszych bohaterów łączą podobne losy. Wszyscy zostali wcieleni do niemieckiego wojska w następstwie podpisania przez ich rodziców folkslisty. Służbę w Wehrmachcie pełnili do chwili, gdy udało im się opuścić jego szeregi. Robili to w różny sposób. Jedni zaplanowali ucieczkę, inni zostali ranni i trafili do niewoli. Później los znów połączył ich losy w chwili, gdy zgłosili swój akces do Polskich Sił Zbrojnych. Założyli inny mundur i ponownie stanęli na linii frontu, aby walczyć tym razem po stronie, która od początku wydawała im się jedyną właściwą."


Por. Ferdynand Kubicius: "Do 1943 roku my byli Polacy. Ja się wystarał o robotę w fabryce. No ale w 1943 wezwali mamę. Ja już miałem skończone 18 lat. Tak zwana weryfikacja. Kazali jej podpisać. Ona nie bardzo po polsku czytała, a po niemiecku to już w ogóle. Podpisała. Podpisała, że dobrowolnie podpisuje folkslistę nr 3 aż do odwołania. Za dwa dni miałem już wezwanie do wojska, do Bielska. No i tak się dostałem do armii niemieckiej. Pamiętam w Bielsku przysięga była. Było szkolenie, a potem nas wywieźli do Francji. Przysięgam na Boga i Hitlera… A ja się po cichu modlił, żeby jak najszybciej się stamtąd wydostać, z tej przeklętej armii."

 

Por. Gustaw Brudny opowiadał: "Ja się tam dostał między tych Niemców. Gonili mnie w tym wojsku jak szlag! Korytarze myć takie wielkie, plac wyczyścić to tylko mnie. Jeszcze mnie bili! Ja się raz poskarżył temu szefowi, to mnie wyśmiał. A tam sam jeden Polak byłem. To tak trwało trzy miesiące. A ganiali we dnie i w nocy, ale to wszystkich, na te ćwiczenia. A potem w pełnym rynsztunku i na wschód. Do Rosji wyjazd, cały transport."
Do Polskich Sił Zbrojnych każdy z bohaterów książki trafił w inny sposób: jeden ukrywał się w holenderskim gospodarstwie, inny poddał się Amerykanom, jeszcze inny - Kanadyjczykom. Musieli przejść przez obozy jenieckie, zanim mogli wreszcie założyć polski mundur. Co było wyborem tyleż oczywistym, co niebezpiecznym: na wcielonym do Rzeszy Śląsku ich rodziny wciąż były zagrożone, mimo że podpisały volkslistę. W polskim wojsku służyli więc pod przybranymi nazwiskami, by nie narazić najbliższych na represje. Opowiadał por. Jan Kabat:
"Niemcy nadawali, że ochotnicy z wojska niemieckiego jadą do wojska polskiego. No to była zdrada. My mieli wszyscy zmiana nazwisk. Jo się nie nazywał Kabat. Jo się nazywał Starczenowski. Takie nazwisko se wziąłem, bo miałem taka znajoma dziewczyna. Jak była zbiórka, to już mnie wołali Starczenowski. No i tak to przyszło. Potem na front. Ja był w 9. batalionie strzelców, kompanio wsparcia, pluton rozpoznawczy."

 

Wyzwolenie nie przyniosło pełnego zadośćuczynienia, nowe władze traktowały ich gorzej, raz, bo byli Ślązakami, a dwa - bo wrócili do kraju z Zachodu. Przez wiele lat pozostawali w zainteresowaniu milicji i UB. Były i inne konflikty. Opowiadał o nich por. Józef Mandrela:
"Jak my jeszcze jechali, to przed Legnicą w jednej miejscowości my stanęli i Rusy tam byli. I te cholery napadli na nas, na ten pociąg i chcieli nas okraść. Ale my się nie dali! My to rąbali, kopali pierony! Pysk Rus wystawił, to kop, po pysku! Jak żem przyjechał, to matka mi powiedziała, żebym szedł z nią na pogrzeb sąsiada. I ja szedłem w tym mundurze. A tam była jedna taka. Jej mąż to był powstaniec śląski. I ona woła:
– Zabierzcie tego faszystę!
Że ja byłem w niemieckim wojsku. No a ja na froncie w polskim wojsku byłem, a ona mi tak woła!"

 

Książkę "Polacy z Wehrmachtu" wydało zasłużone Wydawnictwo "Rytm", które - trzeba to pamiętać - powstało w okresie stanu wojennego, a specjalizuje się w polskiej historii najnowszej.
Piotr Rachtan

 

Komentarze

Feahisim | 2011-04-20 18:05

Te opowieści śląskie są barwne w całkiem szerokim spektrum wypowiedzi. Nieprawdopodobne historie słyszy się z ust najbliższej rodziny dopiero teraz, bo obawa przed niezrozumieniem realiów żyła do bardzo niedawna. A kliniczny przykład Małego Wielkiego Paranoika dowodzi, że Polacy nadal kompletnie nie rozumieją historii Ślązaków. Szczerze mówiąc myślę, że nigdy nie zrozumieją.