Motto:

Tata kupi mi auto,
Nie Forda, nie BMW.
Tata kupi mi grata,
Mikrusa lub DKW.

Młode pokolenie nie pamięta już konstrukcji motoryzacyjnych socjalizmu, a przecież to kawał naszej historii.
Polska powojenna motoryzacja zaczęła się od „darów radzieckich" pochodzących „ze zrzutów" albo z kradzieży. Ze zrzutów, czyli z wojennych transportów alinckich do Murmańska pochodził Jeep i Studebeker, czyli to co w PRL (i nie tylko) nazywało się Gazikiem i Lublinem. Oczywiście nie tym Lublinem, co obecnie, bo to zupełnie inna konstrukcja. Z kradzieży natomiast całej fabryki w Niemczech pochodziła nasza Warszawa M 20, czyli wcześniej Pobieda a jeszcze wcześniej Opel Kapitan z 1936 roku, którego całą fabrykę sowieci wywieźli i już. Na bazie Warszawy zbudowano później Nysę i Żuka, czyli konstrukcje tragiczne, generalne pomyłki inżynierii.

Oryginalną konstrukcją polską była Syrena, nazywana cynterfugą, bo miała silnik od strażackiej motopompy. Rozwinięciem tej dziwnej konstrukcji była później „Syrena bosto". Czytelnicy zastanawiają się pewnie co to znaczy „bosto"? Nic nie znaczy, nie ma takiego słowa, choć wielu ludzi tak mówiło. Była to bowiem tak naprawdę Syrena BO 100, co znaczyło: Syrena bagażowo-osobowa o ładowności 100 kilogramów.
 
Inną oryginalną konstrukcją krajową był Mikrus, czyli maleńki samochodzik z silnikiem od motocykla Junak.

Za cudy techniki początku lat 70. uchodziły polskie fiaty 125p i 126p. Pierwszy był nieco podrasowaną konstrukcją z 1935 roku i powinien dawno stać w muzeum, ale u nas uchodził za limuzynę. Drugi, zwany maluchem, był kolejną wersją Fiata 500, bardzo popularnego we Włoszech samochodziku miejskiego. Popularnie nazywano je dużym i małym Fiatem.

Fiat 126p, czyli maluch doczekał się całej serii dowcipów, choć na prawdę był bardzo popularny, był przedmiotem dumy u jednych i pożądania u drugich.

O maluchu opowiadano, że:
 
- jest najlepiej wyciszonym samochodem, bo kierowca zatyka sobie uszy kolanami;

- jest samochodem dla młodych małżeństw, bo się teściowa nie mieści;

- gdy przejeżdża przez wieś, ucieka na drzewo, bo się psów boi;

- potrącona przez malucha kura otrzepała się i rzekła: „Szatan nie kogut";

- jeden pan wyjął z malucha butelkę coli, a drugi spytał, gdzie można kupić colę w takim kontenerku...

Maluszek był jednak najbardziej uniwersalnym samochodem PRL-u. Uzbrajano go w bagażniki dachowe i przyczepki, dzięki czemu robił za ciężarówkę, o ładowności, jakiej nikt po nim się nie spodziewał. Sam woziłem regularnie takim pojazdem książki z naszego wydawnictwa do Gdyni (a inne z powrotem)  stosując zasadę: 300 kilogramów do środka, 100 kilogramów na dach i 500-600 kilogramów do przyczepy. W ten sposób można było przewieźć maluchem tonę ładunku. Oczywiście z przygodami. Kiedyś urwał mi się bagażnik dachowy i jechałem dalej prowadząc samochód z książkami na kolanach, bo nie miałem już gdzie ich utknąć. W dodatku przeładowana przyczepa przy hamowaniu tak pchała pojazd, że trudno było utrzymać kierunek jazdy. Nie byłem jednak rekordzistą w przeładowywaniu malucha. Rekord ustanowili goście, który ukradli na polu byka i przewieźli go maluchem. Policja nie zdołała ustalić, jak to zrobili. Innym razem studenci zrobili happening i udowodnili, że w maluchu zmieści się 18 osób.

Maluszek miał awarie, o których nie śniło się użytkownikom normalnych samochodów. Ciągle urywały mu się jakieś linki i była masa sposobów na radzenie sobie w takich przypadkach. Gdy urwała się linka gazu, należało przymocować sznurkiem dźwignię gazu na silniku i jechać regulując ciąg sprzęgłem. Gdy nie chciał zaskoczyć rozrusznik, trzeba było przycisnąć bendiks specjalnym kijkiem (odpalanie na kijek). Maluch potrafił nie chcieć odpalić, gdy był mocno rozgrzany po dłuższej jeździe i wówczas należało mu zrobić sztuczne ssanie za pomocą zatkania wlotu powietrza szmatą (odpalanie na szmatę). Najpopularniejsze jednak było odpalanie na pych. Trzeba było pchając malucha z otwartymi drzwiami w pewnym momencie wskoczyć i wrzucić dwójkę. Co któryś raz się udawało.

Maluszek był moim pierwszym własnym samochodem w Polsce. Kupiłem go od Andrzeja R., który w umowie zamiast samochód napisał „produkt samochdopodobny" i, co ciekawe, to przeszło przy rejestracji. Po pewnym czasie mój pierwszy maluch był tak skorodowany, że ruszając spod firmy wypadłem przez podłogę na drogę wraz z siedzeniem. Po prostu zardzewiała blacha nie wytrzymała. Na szczęście prędkość była bliska zera i nic się nie stało. Pospawaliśmy i jeździł dalej.

Dodatkową atrakcją malucha był za mały akumulator i prądnica zamiast alternatora. Fiat 500, z którego się wywodził, miał jeździć w śródziemnomorskim klimacie Włoch, a nie na polskim mrozie. W efekcie użytkownicy maluchów wynosili w zimie akumulatory do domu (produkowano nawet specjalne nosidełka) i mieli wiecznie ubrania popalone kwasem.

Warto wspomnieć jeszcze inną osobliwą konstrukcję PRL-u, jaką był Polonez, czyli „SKOT- limuzyna" lub „T-34 sport". Nie wiem ile trzeba mieć talentu, by zrobić samochód, który prawie wcale nie skręca (to samo dotyczy Fiata 125) i który ma ze wszystkich stron okna, a kierowca prawie nic nie widzi do tyłu i na boki. Polonez i Fiat 125 miały tragiczny promień skrętu. Pamiętam, że tam gdzie ja (już znacznie później) zawracałem Mercedesem busem na raz, mój kolega musiał zawracać Polonezem na trzy. A było to w czasach, gdy rozróżniano już samochody (np. Mercedes, Opel) i wynalazki (jak Polonez, Żuk).

Jeszcze większą osobliwością był Polonez Trak, czyli „próby zrobienia wyżła z jamnika". Kiepski samochód osobowy przerabiano na ciężarowy lub niemal autobus za pomocą nakładania na niego dziwnych pudeł z żywicy epoksydowej. Pamiętam, jak jeden z kolegów tłumaczył Anglikowi zalety Poloneza Traka, co to ma taką pakę, taką klapę i taką budę, co jak się je na niego założy, to można... i tak dalej. A Anglik na to; „A czemu ty sobie po prostu nie kupisz busa?". I masz tu babo placek - wytłumacz kapitaliście socjalizm!

Pamiętam też osobliwą rozmowę o polskiej motoryzacji, którą prowadziłem razem z kolegą o przezwisku Smutny z pewnym bogatym Chińczykiem w Singapurze. Chińczyk spytał, jakie w naszym kraju robi się samochody. Smutny na to, że robi się malucha.

- A ile pali - pyta Chińczyk.

- 7 litrów - mówi Smutny.

- To duży - Chińczyk na to.

- Nie, mały, duży jest Polonez, ale on pali 11 litrów.

- Ooo! - zachwycił się Chińczyk - a ile osiąga?

- Jakieś 120 - mówi Smutny

- Co, 220?

- Nie, 120.

- Ale mil?

- Nie, kilometrów.

Gdy w końcu Chińczyk usłyszał, że maluch to taki samochód, którego każda następna wersja jest gorsza od poprzedniej, uznał, że robimy go w konia i się obraził. Dobrze, że nie usłyszał, iż Polacy chcą zrobić z Poloneza rakietę, za pomocą „turbinki Kowalskiego", zamiast po prostu wstawić do niego porządny silnik.

Na koniec warto wspomnieć konstrukcje zagraniczne, jeżdżące po naszych obiektach drogopodobnych (bo drogami do dziś to trudno nazwać). A więc był Trabant, zwany Fordem Kartonem" lub  „Mydelnicą" z racji karoserii z PCV, a wcześniej ze sklejki. Innym wynalazkiem rodem z NRD był Wartburg zwany „zemstą Honeckera". Rozróżnialiśmy jeszcze „zemstę Stalina" (Zaporożec). Za szczyt elegancji uchodziła Wołga złożona z nadwozia zmałpowanego co do milimetra z Chevroleta i silnika zmałpowanego co do milimetra z Mercedesa. Czerwonych bonzów, ale tylko tych ważniejszych, wożono Czajkami, czyli bezczelnie skopiowanym amerykańskim Buickiem.

To były czasy..., ten pęd... w uszach szum, w oczach łzy, a na liczniku 33...

Krzysztof Łoziński