Tytułowa „chmurna i durna" to, oczywiście młodość. Dalej jednak - wbrew temu co, przynajmniej niektórym z nas, mógłby sugerować tytuł - nie będzie ani wspomnień jakichkolwiek śmiałych poczynań seksualnych, ani, tym bardziej, będących potencjalnym niedoszłym skutkiem tych pierwszych, relacji z pielęgnacji niemowlęcia. Zawiodę więc zarówno erotomanów, jak i odpowiedzialne społecznie środowiska pro rodzinne.
Maluchem, o którym chcę napisać jest bowiem, jak zapewne wielu już się domyśla, samochód, a raczej przesympatyczna karykatura takiego pojazdu, jakim był, i od czasu do czasu, tu i ówdzie, wciąż jeszcze jest, polski „FIAT 126 p", nazywany popularnie maluchem. A powód? Powód jest bardzo prosty, właśnie minęło 35 lat od chwili, gdy na warszawskim „ŻERANIU" uruchomiono produkcję tego... umówmy się, że auto, ja miałam wtedy 13 lat i wchodziłam w wiek, też umówmy się, że młodzieńczy.

Z jednej strony, już choćby z racji wieku nie mogę więc mieć bardzo osobistego, czytaj: czynnego lub sprawczego, stosunku do tych absolutnie pierwszych egzemplarzy produkowanych w naszym kraju „maluchów". Z drugiej zaś, także dziś, nie jestem ani obsesyjną miłośniczką ekstremalnej motoryzacji, ani, chwała losowi, osobą, dla której motoryzacji, już choćby tylko w sensie dziennikarskim, stała się zawodem. Dlaczego więc przypadkowo zasłyszana wzmianka o 35 rocznicy uruchomienia w Polsce produkcji włoskiego fiata 126 spowodowała, że postanowiłam napisać ten tekst?

Otóż dlatego, iż wprawdzie, jak wcześniej napisałam, niezbyt dokładnie pamiętam pierwsze sztuki rodzimego malucha, ale za to już jego egzemplarze „drugie, trzecie", tudzież wszystkie następne, pomnę doskonale i wiem, że - mimo swoich mikroskopijnych rozmiarów - był on między Odrą, a Wisła, oraz Tatrami i Bałtykiem, czymś znacznie więcej niż tylko samochodem. To było zjawisko społeczno - socjologiczne i, bez żadnej przesady czy ironii, w każdym razie w rękach Polek i Polaków, cud techniki.

Zjawisko społeczno - socjologiczne, gdyż jako pierwszy RELATYWNIE dostępny dla „Kowalskich" samochód, natychmiast podzielił rodaków. Ci pierwsi, bardziej przedsiębiorczy, czy mówiąc wprost lepiej ustawieni, czyli zwyczajnie cwani, nawet nie ci, bo nawet nie zamożniejsi, gdyż posiadanie pieniędzy, w wykreowanej przez towarzysza Gierka rzeczywistości, nie było wystarczającym warunkiem zakupu samochodu (przede wszystkim najpierw trzeba było mieć przydział, czyli talon, którego zdobycie nie było rzeczą banalnie prostą), czuli się ludźmi sukcesu, ci drudzy, którym szczęście posiadania malucha nie było dane, postrzegani byli jako życiowe ofermy i niezguły.

Cud techniki, ponieważ do samochodu, którym w normalnym kraju, np. w kraju jego pochodzenia, Włoszech, jeździła co najwyżej jedna osoba do miasta po zakupy, a który w Polsce był i jest rejestrowany na cztery osoby, nasz rodak potrafił, w owych latach na pewno, choć wierzę w nas, to nie jestem pewna czy umiałby zrobić to dziś, zmieścić nie tylko siebie małżonkę, teściową, dwoje dzieci, namiot i pełne wyposażenie campingowe. Dodatkowo dawał radę ciągnąć za sobą jeszcze przyczepkę z Niewiadowa marki N 126 i z całą tą menażerią jechał na Kaukaz. AUTENTYK, SAMA WIDZIAŁAM!!! I to już w drodze powrotnej, na Kaukazie.

Inne, bardziej osobiste, a związane z maluchem, moje wspomnienie z lat studenckich, to jazda dziewięciorga młodych ludzi, jednym fiatem 126 p, z Warszawy do Ciechocinka. Głupota i niewygoda skrajna, ale jaka fantazja i... przyjemność.

W obliczu opisanego powyżej, mój, a wiem, że nie tylko mój, sentyment do opisanego „towaru samochodopodobnego" jest chyba oczywisty i dla prawie wszystkich zrozumiały.

Ewa Karbowska