Książki panów (świadomie nie piszę „historyków") Cenckiewicza i Gontarczyka nie przeczytałem w całości. Uznałem bowiem, że czytanie tego typu dzieł od deski do deski jest zbyt dużą stratą czasu, zwłaszcza, gdy i tak wiem, co się między tymi deskami znajduje. Interesuje mnie co innego - stosunek tej ksiązki do nauki i do etyki autorskiej.
Zacznijmy od początku. Co to jest praca naukowa? Jest to praca składająca się z kilku etapów. Najpierw autor prowadzi badania i gromadzi wszystkie ich wyniki. Następnie opracowuje wyniki w jakiś sposób je porządkując. Kolejnym krokiem jest postawienie tezy na temat tego, co z tych zgromadzonych faktów wynika. Ostatnim krokiem jest udowodnienie tezy na podstawie zgromadzonego materiału.

Czy praca panów Cenckiewicza i Gontarczyka jest nauką? Nie, bo nie spełnia kryteriów naukowej rzetelności. Autorzy najpierw mają tezę, później szukają wyników, które ją potwierdzają, odrzucając lub marginalizując te, które im przeczą. Na końcu prowadzą dowód w oparciu o wyselekcjonowane fakty, a nie o wszystkie fakty.

Nauka wyznaje zasadę, że jeśli na jakiś fakt nie ma dowodów, to ten fakt trzeba uznać za nieistniejący. Autorzy tej książki uznają inaczej - tłumaczą wszystkie wątpliwości na niekorzyść osoby, którą opisują. Poszlaki stają się dla nich dowodem. Dla naukowca poszlaki są nadal tylko poszlakami i nie uprawniają do stwierdzeń kategorycznych.

Z art., 54b ustawy Prawo Prasowe wynika, że zapisy tej ustawy dotyczą również tego typu publikacji, czyli książek o charakterze dokumentalnym, opisującym rzeczywistość a nie literacką fikcję. Art. 10. 1 tej ustawy narzuca na autorów postępowanie zgodne z etyką dziennikarską, choć w sensie potocznym nie są oni dziennikarzami. W sensie ustawy jednak są, jeśli publikują pracę o takim charakterze.  Etyka dziennikarska niewiele się jednak różni od etyki naukowej. Podstawą obydwu są prawda, rzetelność i obiektywizm. W mojej ocenie omawiana praca jest kpiną ze wszystkich tych wartości.

Zacznijmy od kryterium prawdy. Kłamać można nie tylko przeinaczając fakty. Kłamać można także selektywnie je dobierając. W stosunku do każdego żywego człowieka można tak dobrać prawdziwe fakty z jego życia, by stworzyć zupełnie nieprawdziwy obraz  jego osoby. Aby nie pastwić się nad kimś innym posłużę się przykładem własnym.

A więc Krzysztof Łoziński:

1. podrywał nieletnie dziewczęta;

2. nie uzyskał świadectwa do drugiej klasy liceum;

3. został skreślony z listy studentów;

4. przegrał walkę w judo z młodszym od niego Włochem;

5. wspinając się z Elżbietą B. na Machermo Kang III zarządził odwrót w zupełnie łatwym terenie;

6. pił wódkę i palił papierosy.

To wszystko prawda, tylko przemilczano, że:

1. sam był wówczas nieletni;

2. szkołę jednak ukończył;

3. na studia powrócił i je skończył;

4. ten Włoch był chwilowo mistrzem Europy;

5. wycof miał miejsce w grudniu i spowodowany był temperaturą - 67 stopni na wysokości 5400 m, co nawet jak na himalajską zimę jest mrozem koszmarnym, oraz, że po kilku dniach weszliśmy jednak na szczyt;

6. wódkę spożywałem w ilościach wybitnie mniejszych od średniej krajowej, a papierosów nie palę od 22 lat.

Jeśli się to wszystko przemilczy, to dostanie się mój życiorys spisany metodą Cenckiewicza i Gontarczyka, w którym każdy fakt z osobna będzie prawdziwy. I to jest mój główny zrzut do tej książki. Nawet gdyby wszystkie podane w niej fakty były prawdziwe, to nieprawdą jest całość. Praca oparta na przedstawieniu tylko wybranego niechlubnego fragmentu życiorysu wyczerpuje definicję paszkwilu, niezależnie od tego, czy poszczególne fakty są prawdziwe, czy nie.

A jak jest z rzetelnością. Fatalnie. Na przykład autorzy zamieszczają tylko pierwsza stronę ekspertyzy grafologicznej, gładko prześlizgując się nad tym, że nie potwierdza ona autorstwa Lecha Wałęsy wobec badanego tekstu. Największym jednak błędem metodycznym jest myślenie, że skoro SB-ek coś napisał, to tak było. Z tego, że SB-ek coś napisał wynika tylko, że tak napisał i nic więcej. SB-cy, jak wszyscy ludzie, pisali, bo tak im się wydawało, bo nie chciało im się sprawdzać, bo zwyczajnie byli źle poinformowani, bo jeszcze nie wytrzeźwieli od wczoraj. Tego, co piszą SB-cy, nie można traktować bezkrytycznie. Prawdziwy obraz można dostać dopiero w zestawieniu tych dokumentów z wiedzą ludzi, których one dotyczą.

No to napiszmy mój życiorys na podstawie dokumentów SB metodą Cenckiewicza i Gontarczyka. A więc, jestem złodziejem, bo „kradłem urządzenia poligraficzne z państwowych zakładów pracy". Jestem terrorystą, bo prowadziłem „akcje terrorystyczne na funkcjonariuszach MO i inne akcje sabotażowo dywersyjne". Co więcej, potwierdza to prawomocny wyrok sądu z 1983 roku. Popełniłem przestępstwo nielegalnego posiadania broni, bo porucznik Małecki napisał w raporcie i postawił pieczątkę, że mam: „pistolet P-63, rewolwer nagan i kilkanaście kałasznikowów zakopanych w lesie". Typem jestem podejrzanym, bo „od dzieciństwa wychowywałem się wspólnie z niejakim Janem Walcem znanym z destrukcyjnej postawy". Pomniejsze liczne grzechy przypisane mi przez SB-ków zmilczę. Ogólnie jestem niebezpieczny dla otoczenia, bo ćwiczę kung-fu „zwane sztuką zabijania", którego nauczyłem się w Wietnamie (w którym do dziś nie byłem).

Nie będę już tych bzdur objaśniał. Wspomnę tylko, że poza wymienionymi już bzdurami SB-cy parę razy pomylili mnie z moim ojcem, studiując moje akta paszportowe doczytali się tylko jednego wyjazdu zagranicznego (w Hindukusz w 1976 roku), choć na przykład w 1979 roku byłem w Indiach wysłany tam służbowo przez MSZ. O jej, gdyby Cenckiewicz doczytał się, że MSZ za czasów PRL służbowo mnie wysłał za granicę (na akcję ratunkową w górach), to byłbym już pewnie TW, KO, SB i ABC (kombinacji liter jest dużo).

W moich aktach jest mnóstwo momentów, w których kapusie po prostu kłamią, a SB-ek to bezkrytycznie zapisuje. Facet, który trenował w moim klubie, i z którym widywałem się codziennie, raportuje, że odwiedził mnie w domu po latach, jako stary znajomy (w ogóle nie było takiej wizyty), opisuje tę wizytę ze szczegółami i jeszcze pisze, że prowadzę treningi na Górczewskiej (gdzie nie było ich od 5 lat), choć sam codziennie ganiał na treningi na Nowolipiu.

Bzdury są zresztą nie tylko w moich aktach. W teczce Mirka Chojeckiego SB-cy zełgali, że nie mogą założyć mu podsłuchu, bo umieścił pod listwą podłogową metalową szynę, a naprawdę po prostu nie umieli się dostać do mieszkania i coś musieli wymyślić, by się wytłumaczyć. Raportują też, że nie mogą ustalić do którego przedszkola chodzi jego dziecko, choć ten raport sąsiaduje z raportem, jak to go śledzą w drodze z dzieckiem do przedszkola.

Zasada obiektywizmu, zarówno w etyce dziennikarskiej, jak i naukowej, wymaga, że jeśli pisze się o osobie żyjącej i dostępnej, należy skonsultować z tą osobą to, co się pisze. To nie znaczy, że trzeba się z jej wyjaśnieniami zgodzić, ale nie wolno dwóch rzeczy: nie wolno nie spytać i nie wolno nie poinformować czytelników, jakie stanowisko ma ta osoba. Autorzy książki, nie konsultując z Lechem Wałęsą tego, co o nim piszą, złamali jedną z podstawowych zasad etyki autorskiej oraz  art. 12. 1. p.1. Prawa Prasowego (autor ma obowiązek „zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów [...], zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości [...]"). Powtarzam, nie mieli obowiązku zgodzić się z wersją Wałęsy, ale nie wolno im było w ogóle tej wersji nie poznać i nie poinformować o niej czytelników. To, czego nie zrobili, to właśnie nie „sprawdzili zgodności z prawdą" wiadomości uzyskanych z akt SB, tylko bezkrytycznie uznali je za prawdziwe. Ustawa wprawdzie dopuszcza podanie wiadomości z powołaniem się na źródło, ale dopiero wtedy, gdy sprawdzenie jest niemożliwe. A najbardziej podstawową metodą sprawdzania wiadomości jest zapoznanie się z relacjami uczestników wydarzeń i świadków. To jest nie tylko sprawa etyki, to jest elementarz badań naukowych w każdej dziedzinie.

W jednym z artykułów nazwałem Sławomira Cenckiewicza „historykiem, który nie zna historii". Obecnie podtrzymuję tę opinię w stosunku do obu panów. Autorzy dokonują oceny postępowania Lecha Wałęsy w całkowitym oderwaniu od realiów tamtego czasu i wyraźnie tych realiów nie rozumieją. Ludzie przesłuchiwani wówczas przez SB byli bici, zastraszani, szantażowani a obecnie młodzi „historycy" traktują ich zeznania i podpisy tak, jakby były składane dobrowolnie. Ja przez takie przesłuchania przeszedłem i wiem, jak one wyglądały. Mogę się założyć o uścisk łapy prezesa, że znaczna część dzisiejszych krytyków Wałęsy nic by nie zeznała, bo na wstępie ze strachu odjechałaby na zawał.

Pozwolę sobie zacytować własne „powiadomienie o niedozwolonych metodach stosowanych w śledztwie" (akta IPN 573/65):

Zostałem wprowadzony do pokoju na jednym z dość wysokich pięter (co najmniej czwartym). Znajdował się tam oficer kierujący całą grupą. Gdy powiedziałem, że w czasie zatrzymania „dostałem uderzenie w głowę", nie zareagował na to, natomiast jeden z funkcjonariuszy powiedział: „dostać to ty dopiero możesz". Później oficer ten wyjął pistolet, wprowadził nabój do lufy i powiedział: „Będziesz coś kręcił, kombinował, to kaliber dziewięć i dziesięć gram cięższy" a następnie: „A może przez okno chcesz wyskoczyć?" Okno było otwarte i było to dość wysoko.

Jednocześnie ze mną, w jednym z pobliskich pokoi przesłuchiwany był Mirosław Ś. Z odgłosów dochodzących stamtąd domyśliłem się, że był traktowany podobnie. W pewnym momencie jeden z funkcjonariuszy powiedział: „Twój kolega już oberwał i wszystko śpiewa".

I jeszcze wybrane „wypowiedzi" SB-ków z tego dokumentu: „Zaraz nam powiesz, bo będziesz tu skakał pod ścianką a ja cię będę bił, a jak się zmęczę to ich zawołam"; „Jutro nam wszystko wyśpiewasz. Jutro zrobimy piętki i imadełko". Wspomniany już Mirosław Ś. był przez dziewięć dni bity i w końcu podpisał zobowiązanie do współpracy, jako TW „Dariusz". Nie złożył ani jednego donosu. Po zwolnieniu z aresztu, wskutek pobicia był pół roku w szpitalu. Dla takich ludzi jak obaj autorzy tej książki, jak Zybertowicz, Wyszkowski, Kaczyńscy, byłby zapewne TW „Dariuszem" a dla mnie jest nadal kolegą.

Dokument, który cytuję, opisuje dość łagodne, jak na tamte warunki przesłuchanie. Wałęsa w 1970 roku był prostym robotnikiem. Jego przesłuchania musiały być znacznie brutalniejsze. Gdyby panów Cenckiewicza i Gontarczyka przesłuchać w takich warunkach, to przyznają się nawet do tego, że są papugami kakadu z Alaski i podpiszą wszystko, co się im każe. Znamienne, że do oskarżania innych najbardziej skłonni są ludzie, którzy sami przez takie przesłuchania nie przeszli. Studiowanie samych dokumentów SB, bez znajomości realiów tamtego czasu, łatwo prowadzi do przerabiania ofiary na sprawcę.

Na koniec musze dodać, że książka jest pisana na łatwo czytelne zamówienie polityczne. Trzeba zniszczyć autorytet Wałęsy by wykreować na bohatera Jarosława K., który w stanie wojennym siedział cicho, głaskał kota i czekał aż mama zrobi mu zupkę. Oczywiście nie był żadnym TW. Był w opozycji postacią tak nieważną, że nikt mu nawet nie proponował.

Krzysztof Łoziński