Minister Joanna Mucha ma przed sobą zadanie niemal niewykonalne - uporządkowanie polskiego sportu, a PZPN zwłaszcza. Niestety obawiam się, że nie ma ona na to żadnego nowego pomysłu, a stare pomysły już dawno poległy (takie jak kontrola w PZPN, komisarz...).
Niepodległa Rzeczpospolita Polska przejęła rozpędem, i bez zastanowienia, model organizacji sportu, i ogólnie kultury fizycznej, z poprzedniego systemu, z całym dobrodziejstwem inwentarza: statutami skonstruowanymi tak, że zarządy i prezesi są praktycznie nieusuwalni, jeśli sami nie zechcą, z korupcją, arogancją, gigantycznymi pieniędzmi dla jednych i żadnymi dla drugich, przyznawanymi na zasadzie przydatności dla propagandy systemu (poprzedniego). Przejęliśmy mechanicznie model sportu, którego celem głównym jest demonstrowanie prężności systemu na olimpiadach i paradach oraz zapewnienie ciepłych dożywotnich posad działaczom.

Nie zadaliśmy sobie dotąd najważniejszego pytania: czemu i komu ma służyć sport w demokratycznym państwie? Czy propagandzie, czy karierom działaczy, czy ma być wojną zastępczą z innymi krajami, czy ma służyć zdrowiu obywateli, czy rozrywce, czy biznesowi? Obecnie służy trzem pierwszym celom, jak za PRL, a moim zdaniem powinien służyć trzem ostatnim.

Ponieważ sprawę mam od dawna przemyślaną, podpowiem Pani Minister, co trzeba zrobić:

1. Znieść wszelkie ograniczenia ustawowe dla prywatnego, także w grupie prywatnej, uprawiania sportu, rekreacji fizycznej i turystyki. Ludzie nie są z natury ani samobójcami ani wariatami. W żadnym od dawna demokratycznym kraju nie ma takiego wymogu, by nie było wolno wziąć w góry grupy przyjaciół bez „przewodnika z uprawnieniami", by nie było wolno „bez instruktora" urządzić meczu siatkówki, lub treningu tai chi, by administratrowi boiska nie wolno było wpuścić „na obiekt" grupy kolegów chcących pograć w piłkę. Wszędzie na świecie można wypożyczyć jacht bez książeczki żeglarza, a takie cudo, jak karta taternika istnieje już tylko w naszym kraju. Bez karty taternika nie wolno wspinać się w skałkach Jury, a wolno w Himalajach.

Jeśli zastanowimy się, dlaczego polska piłka ma kiepskie wyniki, to uświadomimy sobie, że w Brazylii i Argentynie setki tysięcy chłopców grają „szmacianką" na plażach i ulicach, a w Polsce to samo jest wykroczeniem, w Polsce na każdym niemal podwórku wisi „zakaz gry w piłkę", a boiska szkolne są ogrodzone i wara.

2. Zlikwidować monopol związków sportowych (zasadę: jedna dyscyplina - jeden związek). Tam gdzie jest monopol, tam jest bezkarność. Zarząd związku nie musi walczyć o zawodników, o trenerów, bo i tak nie mają gdzie pójść. Nawet gdy wyniki są fatalne, zarząd i tak się wyżywi i przetrwa.

3. W klubach i związkach odebrać bierne prawo wyborcze szkoleniowcom. Zarząd i prezesa wybiera walny zjazd złożony niemal w stu procentach ze szkoleniowców, których zatrudnia, i nadaje uprawnienia do wykonywania zawodu, zarząd i prezes. Zarząd i prezes wybierają w praktyce swoich wyborców. Od lat obserwuję, jak prezesi i szefowie szkolenia promują na instruktorów swoich „przydupasów" (sorry, ale tak się ich nazywa w środowisku), najczęściej kiepskich zawodników, miernych, ale wiernych. Po latach takiego procesu większość kadry szkoleniowej stanowią wierne prezesowi miernoty, stąd brak wyników.

Co więcej, zarząd związku lub klubu opanowany przez miernoty nie chce wybitnych zawodników ani trenerów, bo ci będą mieć autorytet i nie podporządkują się miernotom. Aby mieć jakieś tam wyniki, lepiej naszprycować sterydami przeciętniaków, niż pozwolić rozwijać się talentom.

Aby zapobiec obrastaniu zarządów wianuszkiem „przydupasów" prezesa, należy wprowadzić ograniczenie sprawowania funkcji w zarządzie do 2 kadencji i to ograniczonej długości. Z własnego podwórka znam związek sportowy w którym figurą niezniszczalną była przez około 20 lat dawna sekretarka, w ogóle nie uprawiająca sportu i nie należąca do żadnego klubu, a szefem szkolenia (w pewnym momencie nawet p.o. prezesa) był przez ponad 10 lat facet, który z powodu mizernych umiejętności nie powinien nigdy zostać instruktorem.

4. Zmienić zasady dotowania sportu przez państwo. Zamiast dotychczasowego kryterium, podziału dyscyplin na olimpijskie (dla których wszystko) i nie olimpijskie (dla których nic), konkursy o granty dla wszystkich na tych samych zasadach. Przy przyznawaniu grantów brać pod uwagę nie tylko wyniki reprezentacji, ale i liczebność zawodników ćwiczących w klubach. Obecnie mamy niektóre związki sportowe „olimpijskie" składające się głównie z kadry narodowej i nielicznej reszty, w dodatku najczęściej niczego nie wygrywające i otrzymujące ogromną kasę od państwa, a dla kontrastu, na przykład, dziesiątki tysięcy ćwiczących orientalne sztuki walki i nie dostające ani grosza dotacji.

I tu powraca pytanie początkowe: dla kogo jest sport w demokratycznym państwie, dla ludzi chcących ćwiczyć, czy dla garstek działaczy z reprezentacją bez zaplecza, bo kiedyś przypadkowo ich dyscyplinę uznano za olimpijską (bo na przykład była bardzo popularna w innych krajach, ale nie u nas)?

Krzysztof Łoziński