Motto:
„widzi Polska cała,
jak z nas robią wała"

Mimo, że narciarstwo biegowe, jako takie, dotyczy mnie raczej średnio i mimo, że to i owo w sprawie napisał już w poprzednim numerze mój ulubiony Red Nacz, tym razem, także o sporcie, milczeć nie będę. A nie będę, bo szlag mnie trafia, gdy ostatnio, od rana do wieczora czytam i słyszę ustawiczne próby zrobienia idiotów z paru ładnych milionów Polaków, i z piszącej niniejsze oczywiście też.
Nietrudno się raczej domyślić, że chodzi tu o przypadek stosowania dopingu podczas, niedawno zakończonych zimowych Igrzysk Olimpijskich w Kanadzie. Jak już chyba wszystkim wiadomo na procederze tym, albo - mówiąc bardziej otwarcie - na tym przestępstwie, przyłapano polską biegaczkę narciarską Kornelię Marek.

Rzecz istotnie bardzo nieprzyjemna i dla rzesz kibiców, i dla władz oraz działaczy sportowych i wreszcie dla samej zawodniczki. Szczególnie, iż, z uwagi na rangę imprezy, co by nie powiedzieć wstyd jest, a w dodatku wcale nie taki mały. No, ale trudno, mleko się rozlało, nie pierwszy to, niestety, i zapewne nie ostatni, przypadek w historii sportu w ogóle, a sportu polskiego w szczególe.

Teraz, wydawałoby się, trzeba pokornie i ,w miarę skromnych - w danej sytuacji - możliwości, godnie przełknąć tę żabę. Winnych ukarać, wnioski wyciągnąć i jechać dalej. Pomimo niewątpliwego obciachu, świat się przecież nie zawalił. Tymczasem...

To, że wszyscy zamieszani, i najbardziej zainteresowani, idą w zaparte jest wprawdzie oczywiste. Jedni niechybnie próbuję ratować swoje lukratywne posadki przy reprezentacyjnych sportowcach, drudzy narciarskie kariery i stypendia. Nie jest już jednak jasne dlaczego usprawiedliwień za wszelką cenę szukają dla całej sprawy osoby jedynie owo nieszczęsne zdarzenie komentujące. Weźmy, powiedzmy, tym razem naprawdę tylko dla przykładu, bo nie ona jedna podobną tezę lansuje, czołową komentatorkę PiS-u w sprawach wszelkich, byłą minister sportu, Panią minister Elżbietę Jakubiak. Otóż Pani Jakubiak oświadczyła, osobiście słyszałam to w wywiadzie dla jednej z prywatnych telewizji, że Kornelia Marek jest ofiarą niecnych manipulacji osób.

Zupełnie prywatnie nie wierzę w to, aby Kornelia Marek była, przynajmniej w omawianym kontekście, czyjąkolwiek ofiarą. Głównie dlatego, że erytropoetyna, a o niej tu mowa, nie jest środkiem, który można podać komukolwiek bez jego wiedzy. Jest medykamentem podawanym wyłącznie w zastrzykach. Ponadto jest specyfikiem bardzo drogim i bardzo często nie pozostającym bez poważnego wpływu na stan zdrowia przyjmującej go osoby. I to nawet po wielu latach.

Jeśli więc przyjąć, jak chce wielu, wariant Kornelii Marek jako ofiary. To co najwyżej, tej przysłowiowej, ofiary losu. Bo skoro jest tak chora, że musi nieustannie poddawać się jakimś iniekcjom, to powinna zostać w domu i się leczyć, a nie uprawiać sport na poziomie reprezentacyjno - wyczynowym. A o ile jeszcze jest, przy tym, tak bezwolna w stosunku do ludzi ze sztabu medyczno - szkoleniowego, że ci mogą bez jej wiedzy wstrzyknąć zawodniczce każde świństwo, nawet takie, którego pojedyncza dawka kosztuje NAJMARNIEJ 3000 złotych, i które, na dokładkę może poważnie zaważyć na nie tylko sportowej, przyszłości młodej kobiety, to trzeba by, i to jak najszybciej, przede wszystkim dla jej dobra, ubezwłasnowolnić taką osobę. Poczym natychmiast ustanowić jej odpowiedzialnego prawnego opiekuna.

Trzeba by tak uczynić. Gdyby te wszystkie opowiastki o niewiedzy i nieświadomości nie były jedną wielką lipą.

Ewa Karbowska