Złapano polską zawodniczkę na dopingu i natychmiast wszyscy działacze i dziennikarze sportowi zapałali oburzeniem na zjawisko dopingu. Bo polski sport jest ponoć od dopingu czysty. Ogarnia mnie śmiech pusty.
W lipcu tego roku minie dokładnie 50 lat od momentu, gdy zacząłem uprawiać sport. Najpierw alpinizm (od 1960 r.), później kung fu (od 1964 r.), a w międzyczasie przez 10 lat judo (1974-84). Przez około 20 lat prowadziłem treningi kung fu i judo. Okresowo prowadziłem też siłownię, szkoliłem młodych taterników, amatorsko jeździłem na nartach... Wspominam o tym dlatego, by podkreślić, że co nieco znam się na sporcie.

Otóż proszę państwa, doping w dzisiejszym sporcie, choć nie we wszystkich dyscyplinach, jest zjawiskiem powszechnym, także w sporcie polskim. Wpadka z erytropoetyną polega na tym, że ktoś źle obliczył dawkę lub czas jej podania, a wszyscy „z dzisiejsza" oburzeni doskonale o tym wiedzą. Erytropoetyna jest naturalnym hormonem, który zawsze w naturalny sposób w naszych organizmach istnieje. Nie chodzi o to, że jest, tylko o to, że jest go za dużo. Jeśli poda się zawodnikowi ten hormon w czasie treningu, w odpowiednich dawkach i odpowiednim czasie, to do momentu badania po zawodach poziom tego hormonu powinien wrócić do normy i niczego się nie wykryje. Zawodnik natomiast będzie miał większą wydolność podczas treningu i zbuduje większą masę mięśniową. Niemal wszyscy zawodowi sportowcy szprycują się dziś sterydami anabolicznymi, testosteronem, wcinają specjalne wysokobiałkowe odzywki, dostają transfuzje własnej krwi... Podczas zawodów podaje się im leki na astmę, bo zwiększają one przyswajanie tlenu. Jednym słowem dzisiejszy sport w dużym stopniu koncentruje się na tym, by brać i nie dać się złapać.

A służą do tego rozmaite triki. Afera z astmą wybuchła publicznie po olimpiadzie w Sydney, w której do startu zgłoszono 460 astmatyków (nawet do Maratonu). Nie chodzi tylko o wspomniane już poprawianie lekami wchłaniania tlenu (niedawno mówiła o tym Justyna Kowalczyk), ale także o to, że astma usprawiedliwia obecność sterydów w organizmie, bo sterydami się ją leczy. Jeśli więc zawodnik ma pecha, bo za późno przestał brać i kontrola wykryła w jego organizmie sterydy, to ma zaświadczenie - leczy się na astmę. Oczywiście każdy trener i lekarz sportowy wie, iż prawdziwy astmatyk nie tylko nie przebiegnie Maratonu, czy biegu narciarskiego na 30 kilometrów, ale w ogóle ledwo może biegać truchtem. Każdy z tych panów doskonale wie, że facet umięśniony jak zwierzę, z pojemnością skokową płuc rzędu 5-7 litrów, nie ma żadnej astmy. Wie i co z tego? Lipy z astmą nikt nie zastopuje, bo cały dzisiejszy wysokodochodowy sport trzeba by praktycznie zamknąć na patyk. A tu są proszę państwa za duże pieniądze w grze, zbyt wielu ludzi bardzo dobrze z tego żyje (łącznie z rzekomo święcie oburzonymi członkami MKOL), za duże są tu interesy propagandowe wielu państw i firm.

Poza trikiem astmatycznym są i inne. W wielu krajach całe instytuty pracują nad coraz to nowymi metodami dopingu, których jeszcze nie wpisano na listę środków zakazanych. Chodzi o to, by stosować doping, którego kontrola antydopingowa jeszcze nie zna, a gdy pozna, to będzie już kolejna metoda jeszcze nie zabroniona. Przypomnijmy słynny „tonik na gąsieniczkach" chińskich gimnastyczek. Stosuje się też środki dopingowe, wokół których funkcjonuje zmowa milczenia. Wszyscy udają, że to nie jest doping, choć w sposób oczywisty jest. Na przykład, alpinistom podaje się leki przyspieszające aklimatyzację na dużych wysokościach lub łagodzące skutki choroby wysokościowej. Gdyby dziś, gdy na Mont Everest wchodzi kilkaset osób rocznie, postawić ponad bazami kontrole antydopingowe, to znów wchodziłoby, jak dawniej, kilka osób, a nie kilkaset. Ale w tym przypadku wszyscy udają, że to nie jest doping, tylko medycyna sportowa. Tymczasem każde farmakologiczne wspomaganie wydajności organizmu jest dopingiem w sposób oczywisty. Nawet żucie liści koki stosowane w Andach.

Dlatego, gdy usłyszałem z telewizora działacza sportowego, mówiącego że „nie wyobraża sobie, by studentka AWF stosowała doping", to myślałem, że fiknę ze śmiechu. Dziś zawodniczka musi mieć wyjątkowo silny charakter, by oparła się pro dopingowej presji otoczenia, od trenera, przez lekarza klubowego, po kolegów i sponsorów. Mechanizm jest następujący: sport żyje dzięki dochodom z reklam, dużych zawodów i sponsoringu. Aby te dochody były, trzeba wygrywać, bo nikt nie oprze reklamy na zawodniku, który nie ma wyników. Tymczasem organizm człowieka ma naturalne ograniczenia. Nie można w nieskończoność szybciej biegać, dalej skakać, więcej dźwigać. Ale by były pieniądze na sport, trzeba bić rekordy. A do tego potrzebny jest doping, bo naturalne możliwości człowieka zostały już dawno przekroczone.

Oczywiście można poprawiać wyniki lepszym sprzętem, ale i tu są ograniczenia. Współczynnik tarcia nie może być ani większy niż 1, ani mniejszy niż 0. Sprawność żadnego silnika nie może wynieść 100 procent (tym bardziej więcej). I tak dalej, i tak dalej... Oczywiście jest jeszcze wyjście - korumpowanie sędziego i zawodników drużyny przeciwnej, ale to osobny temat.

Także, szanowni państwo, nie rżnijmy głupa. Sport ma dwie twarze. Jedną fałszywą na pokaz, gadającą o „wartościach" i potępiającą doping, a drugą prawdziwą, skorumpowaną (vide PZPN) i kombinującą z dopingiem ile się da. Bo sportem nie żądzą dziś żadne „wartości", tylko mateczka kasiora i wszyscy o tym wiemy.

Krzysztof Łoziński

PS. Swego czasu prowadziłem zajęcia na siłowni, gdy znany zawodnik, mistrz Polski w swojej dyscyplinie, dostał ataku szału i zaczął gonić innego zawodnika, starając się walnąć go gryfem od sztangi. Na szczęście tamten uciekł, bo by go zabił. Na zebraniu zarządu klubu tłumaczył później, że był pobudzony, bo przecież był na sterydach od lekarza klubowego. Zarząd uznał tłumaczenie i nie ukarał go (ani lekarza). Normal. Najbardziej mnie śmieszy, gdy dziś w telewizji peroruje przeciw dopingowi dawna sławna zawodniczka, o której swego czasu mówiono w środowisku: „cudowne dziecko sterydów anabolicznych".