Pamięci gruzińskiego saneczkarza Nadara Kumaritaszwili
Wiem, że narażę się wielu, zwłaszcza teraz, w okresie kanadyjskiej zimowej olimpiady. Kibicem sportowym bowiem nie jestem, nie byłam i raczej nie będę.
Czasem, ale naprawdę bardzo rzadko, lubię, i owszem, popatrzeć na hokej, żużel, dalekowschodnie sporty walki, czy dokumentalne filmy - relacje z wypraw alpinistycznych. Ale, nawet wtedy, traktuję to raczej jako kolejną przypowieść o zmaganiu się człowieka z samym sobą, z własnymi słabościami, niż jako zastępczą wojnę. Nie pojmuję sportu rozumianego jako zjawisko, w którym ktoś ma wygrać, a ktoś przegrać, w którym ktoś jest pierwszy, a kto inny ostatni. Nie rozpiera mnie więc, może niestety, ani narodowa duma, gdy Małysz zdobywa medale, za to też nie podam w depresję, jeśli przypadkiem Adaś nie doleci tam gdzie trzeba.

Nie żebym osobiście miała cokolwiek przeciw skoczkowi narciarskiemu z Wisły, czy zresztą komukolwiek innemu, kto para się sportem wyczynowym. Zwyczajnie, taka już moja, niewątpliwa, ułomność, a może i zarozumiałość, że podniecanie się sportowym współzawodnictwem uważam za coś, co jest zdecydowanie poniżej, mojej zdolności pojmowania (mówiąc oględnie), albo i (już mniej dyplomatycznie) za stratę czasu i możliwości pożytecznego wykorzystania mojego intelektu. Wszystkim, którzy, w tym momencie, się na mnie obrazili, wyjaśniam uzupełniająco, iż - jeśli w ogóle już mam się o sporcie wypowiadać - to dosyć blisko mi do poglądu barona de Coubertin, że liczy się sam udział w Igrzyskach, a nie miejsca i medale.

W swoich, dawno już w tej sprawie ugruntowanych, przekonaniach utwierdziłam się jeszcze bardziej po śmiertelnym wypadku, którego ofiarą, jeszcze przed oficjalnym otwarciem ostatnich zimowych igrzysk, stał się 21-letni saneczkarz gruziński Nadar Kumaritaszwili. Młody zawodnik zginął na treningu.

Oczywiście można powiedzieć, że był to nieszczęśliwy wypadek, rzecz, która może się zdarzyć zawsze i wszędzie. Można jednak też dodać, że gdyby nie, ciążąca na sportowcach, presja bycia pierwszym i bicia kolejnych rekordów to ów pechowy tor saneczkowy, nie podporządkowany dyktatowi szybkości za wszelką cenę, byłby inaczej skonstruowany, a dzięki temu, z pewnością, bezpieczniejszy.

Ewa Karbowska