Jako jedyni odważyli się wyjść przed szereg zastraszanych zawodników i odmówili podpisania, kontrowersyjnego ich zdaniem, nowego regulaminu Polskiego Związku Snowboardu (PZS). Błyskawicznie ponieśli najbardziej surowe konsekwencje, bo skreślenie ze składu Kadry Narodowej to najgorsza kara, jaką może sobie wyobrazić sportowiec, który poświęca życie dla osiągnięcia wyznaczonego i wymarzonego celu.
Rozmowa z braćmi Mateuszem i Michałem Ligockimi, wybitnymi polskimi sportowcami, najlepszymi snowboarderami w kraju, olimpijczykami z Turynu i kandydatami na Zimowe Igrzyska Olimpijskie - Vancouver 2010.

Próby negocjacji pełnomocnika Ligockich, mecenasa z kancelarii adwokackiej dr. Wojcieszaka z Poznania, trwały ponad miesiąc. Jednakże dopiero teraz wychodzą one na światło dzienne. I całe szczęście, ponieważ to prawdopodobnie jedyna droga, która może przyspieszyć zażegnanie konfliktu. Wielu z nas chciałoby śledzić ich zmagania w rywalizacji Pucharu Świata czy też Pucharu Europy, a przede wszystkim w ZIMOWYCH IGRZYSKACH OLIMPIJSKICH w 2010 r. Do tej najważniejszej imprezy pozostało już tylko 15 miesięcy...

Joanna Kusy: Mateusz, przed Tobą miał być gorący okres przygotowań do Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver 2010 r. W ostatnim miesiącu zarówno Ty, jak i Twój Brat straciliście wiele. Michał powiedział mi, że wraz z wykluczeniem z kadry została mu odebrana możliwość wzięcia udziału w Pucharze Europy i Pucharze Świata. Nie mógł wystartować ani jako zawodnik swojego klubu sportowego - AZS Katowice, ani jako osoba prywatna. Taki zakaz ze strony związku jeszcze nigdy nie miał miejsca...

Mateusz Ligocki: No właśnie... To, że zarząd wyrzuca nas z kadry, można jeszcze zrozumieć. Mają do tego prawo, bo sami je sobie przyznali. Czy w porozumieniu z Ministerstwem Sportu?! Wątpię... Ale żeby dodatkowo zabraniać nam wystartowania w zawodach na własną rękę, to już jest prawdziwy skandal. Michał solidnie przepracował lato, miał określone cele - treningi. Zrealizował je i od razu na początku sezonu stracił dwie szanse wywalczenia kwalifikacji olimpijskiej. Prawdopodobnie już teraz miałby w ręku przepustkę do Vancouver, a tak przesunęło się to w czasie. Cały czas mam nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone. To jest sport na najwyższym poziomie; możesz być świetnie przygotowany fizycznie, ale psychika może zawieść. Atmosfera wokół nas na pewno nie służy utrzymaniu formy.

JK: Jeśli chodzi o ten nieszczęsny regulamin, czy według Ciebie jest coś, co prócz zapisu o wykorzystaniu wizerunku budzi zastrzeżenia?

ML: Regulamin w przedstawionej nam wersji nie był konsultowany nawet z trenerami kadry. Jest żywcem przepisany z regulaminu narciarzy, stąd takie w nim egzotyczne zapiski, jak chociażby obowiązek utrzymywania stałej wagi ciała. Specyfika treningu snowboardowego jest zupełnie inna niż u skoczków narciarskich. Zapis o wykorzystaniu wizerunku przesądził jednak o wszystkim, bo jest radykalnym naruszeniem obszaru zarezerwowanego do tej pory dla naszej prywatności. Konsultowałem się z wieloma zawodnikami i wiem, że jeśli PZS przyjmie regulamin w takiej formie, to w przyszłości będzie on początkiem wielu sporów i niejasności. Z tego też powodu nie mogliśmy go podpisać.

JK: Znalazłam w nim takie zapisy, które mogą budzić wątpliwości i - przyznam szczerze - są rzeczy, które świadczą o niedbałym podejściu do tak ważnej sprawy. Na przykład:

Członek kadry zawodowej udostępnia, na zasadach wyłączności, swój wizerunek..."

Członkowie kadry narodowej mają prawo do: ubezpieczenia OC i AC."

Albo ten:

„(...) przestrzegania zasad racjonalnego odżywiania się z dbałością o utrzymywanie ciężaru ciała w stałym przedziale".

Czym jest „kadra zawodowa"? Czy to jakiś nowy termin? Każdy kadrowicz ma prawo do ubezpieczenia AC? A ten ostatni zapis to chyba dotyczy skoczków narciarskich, czyż nie?

ML: O tym właśnie mówię. Regulamin jest przygotowany niedbale, a jest on przecież jednym z najważniejszych dokumentów, które podpisuje zawodnik. Snowboard to nie skoki narciarskie. W mojej konkurencji ciężar ciała zmienia się w zależności od etapu przygotowań. Waga jest inna podczas sezonu przygotowawczego, a inna w sezonie startowym.

Określenie „Kadra zawodowa" to prawdopodobnie zwykłe niedopatrzenie. Wydaje mi się, że powinno brzmieć „narodowa", a ubezpieczenie AC... Hmm... Może chodzi o Auto Casco...Ale co ono tu robi? To pytanie powinno być skierowane do prezesa. Taki regulamin powinien zawierać precyzyjne sformułowania. Ten pozostawia pole do nadużyć i nadinterpretacji.

Jest mi przykro z kilku powodów:

Po pierwsze - prezes nie chciał na temat tego regulaminu  z nami w ogóle rozmawiać. Powiedział: "Regulamin jest, jaki jest, i trzeba go podpisać. Nie będziemy dyskutować na ten temat". Dodał, że będziemy go później mogli nieznacznie zmodyfikować, ale po jego podpisaniu.

Po drugie  - (chyba dla snowboardu jako dyscypliny jest to jeszcze ważniejsze) związek zakomunikował światu, że nie ma pojęcia o tym, jak wygląda dyscyplina, którą na najwyższym poziomie reprezentuje. Podpisując zgodę na całkowite zrzeczenie się praw do wizerunku, pozbawilibyśmy się szans na dobry start w zawodach innej federacji niż FIS. Szanuję tę federację, dużo jej zawdzięczam, ale o rozwoju snowboardu nie decyduje tylko FIS.

Jest mnóstwo szalenie zdolnych zawodników, którzy FIS wręcz bojkotują, bo kojarzy się im ze związkowym "betonem". Snowboard promują również inne związki, może mniej popularne dla przeciętnego Polaka, ale wśród ludzi zainteresowanych tą dyscypliną to kwestia bezdyskusyjna. Nikt nie zakwestionuje rangi Winter X Games, Igrzysk Sportów Extremalnych, dla sporej części świata snowboardowego imprezy bardziej prestiżowej niż Igrzyska Olimpijskie.

Nie chcę stawać po żadnej stronie. Jestem sportowcem, który chce się rozwijać,  startując w różnego typu zawodach. Nie tylko jako reprezentant Polski, ale również jako Mateusz Ligocki - dumny z tego, że jest Polakiem. Ale w zawodach walczy się także o indywidualne trofea. Po to też chciał sięgnąć PZS.

JK: Uzyskanie od zawodnika zgody na wykorzystanie jego wizerunku jako „wymogu formalnego", od spełnienia którego zależy przyjęcie go do członków kadry narodowej, nie znajduje oparcia w obowiązującym prawie. Czy to nie wystarczy Panu Królowi (Prezes PZS), że Uchwała sprzeczna z przepisami prawa powinna zostać uchylona?

ML: Mówił już o tym Michał: „Warunki niemalże każdej umowy podlegają negocjacjom". Niestety, Zarząd nie chciał z nami dyskutować. Nie dochodzą do Prezesa żadne argumenty przez nas wypowiadane. Podobno PZS ma własną opinię prawną na ten temat. Obawiam się jednak, że to blef, którym on gra tylko i wyłącznie na zwłokę.

Teraz, gdy się nad tym długo zastanawiam, zaryzykuję tezę, że może to nie był pomysł Prezesa. Może ma po prostu złych doradców, ale, jako że stoi na czele organizacji, to wygląda to na konflikt Ligoccy kontra Prezes Król. Wracając do  Twojego pytania, każdy człowiek o tym wie, że nie ma czegoś takiego jak "tak to się robi". Nie ma w życiu dwóch identycznych sytuacji, nie ma jednego wzoru umowy. Zawsze są jakieś wyjątki i można znaleźć wyjście, nawet z pozornie beznadziejnej sytuacji. Trzeba tylko mieć dobrą wolę i jakiekolwiek pojęcie o tym, jak robić interesy. Mam wrażenie, że takiego biznesowego doświadczenia zabrakło przedstawicielom PZS.

JK: Z tego, co mi wiadomo, to Pan Marek Król w połowie rozmowy z Michałem wyłączył telefon. Wcześniej zdołał go poinformować, że urzęduje w środy i w piątki w godzinach, w których urzęduje i że zaprasza go na rozmowę do biura w tym czasie.

A propos rozmów telefonicznych... Pan Król jest nieosiągalny, nie odbiera telefonu od tygodnia, niemniej jednak wszelkie rozmowy prowadzi Pan Siwak. Kim on jest i jaką funkcję pełni on w PZS?

ML: Też chciałbym się dowiedzieć, kim ta osoba jest. Co osiągnęła w sprawach marketingu, że zdobyła tak wielkie, bezgraniczne zaufanie pana prezesa i zarządu PZS? Na pierwszym spotkaniu, zapowiadało się dobrze, ale odkąd pojawił się doradczy głos „Pana Manago" (nawet sekretarka PZS nie wiedziała, kim on jest), rozmowy poszły w kierunku nie tym, co trzeba. Nie mam pojęcia, skąd wziął się u nas. Nie wiem też, jakie sukcesy ma na swoim koncie Pan Siwak. Dobrze byłoby się na temat tego pana czegoś dowiedzieć. Może wam, dziennikarzom, się uda.

JK: Wy natomiast walczycie o swoje. Jedno z ostatnich pism Waszego pełnomocnika zostało wystosowane do Delegatów Walnego Zgromadzenia PZS. Jaka była reakcja Zarządu Związku?

ML: Wiem, że Prezes i jego ekipa ironizowali, bo takie zgromadzenie zbiera się raz na dwa lata. Żeby zwołać takie zgromadzenie w trybie pilnym, potrzebna jest większość głosów zarządu, a tam każdy boi się wychylić z powodu zwykłej ludzkiej obawy przed konfliktem z pracodawcą. W sensie formalnym to, o co pytasz, oznacza, że przez najbliższe 2 lata moglibyśmy nie otrzymać odpowiedzi, co w zamyśle PZS miałoby spowodować, że w końcu ulegniemy.

JK: Przecież jesteście dorośli, wykształceni, trenujecie od lat. Logiczne zatem jest, że w takiej sytuacji zwrócicie się po poradę do prawnika. Tego Prezes nie przewidział?

Myślę, że nikt takiego obrotu sprawy nie zakładał. Zwyczajem w polskim sporcie jest to, że sportowcy mają mało do powiedzenia. Na ogół wygląda to tak, że dostają dokumenty do podpisania i tyle. Moja snowboardowa kariera trwa już ponad 11 lat i współpracowałem z niejednym zarządem. Bywało jak w życiu - raz lepiej, raz gorzej. Ale w końcu przychodzi moment, kiedy takie ślepe podpisywanie może ci wyrządzić krzywdę. Nowy regulamin nie podobał mi się już wtedy, gdy czytałem go pobieżnie, dlatego zwróciłem się o opinię prawną.

Nowe władze PZS zapowiedziały, że zrobią wszystko, by ta piękna dyscyplina, jaką jest snowboard, stanęła wreszcie na nogi. Nie mówiło się głośno o długach, o opiniach jakie mieli na jego temat inni zawodnicy, o wizerunku, jaki polskiemu snowboardowi kreował związek, ale wszyscy wiedzieli, że nie jest dobrze.

Nowy prezes zobowiązał się do szybkiego i zgodnego z prawem załatwiania spraw. Stąd być może pomysł pójścia na skróty i skopiowania regulaminu zawodnika narciarzy do naszego związku. Szkoda, bo tym samym w świat poszła fama: PZS nie zna, albo nie chce zrozumieć realiów dyscypliny, którą reprezentuje. Bo komu ma służyć zapis o obowiązku utrzymywania stałej wagi ciała? I powtórzę. Nie ma w snowboardzie nadrzędnej federacji. Jest ich  kilka. Faktycznie to FIS decyduje o tym, kto może wystąpić na Igrzyskach Olimpijskich. Nowy regulamin ograniczyłby moje możliwości startów w zawodach innego typu niż FIS. A na to się nie godzę, bo zatrzymałoby to mój rozwój jako sportowca.

Wierzę, że ta sprawa szybko się wyjaśni. Zbyt dużo osób się w nią zaangażowało, żeby mógł przejść taki bubel. Ale trudno mi teraz wyobrazić sobie dalszą współpracę z obecną ekipą. Obawiam się, że będzie tu dużo złości i zawiści. Z drugiej strony wiem, że robimy dobrze. Bo dzięki nam sportowcy innych dyscyplin zaczną uważniej czytać to, co podpisują, zastanowią się, czy faktycznie ich związek robi wszystko, by mogli się rozwijać z jak największą dla nich korzyścią. Nasz przypadek uświadomić powinien jedno: bez fałszywej skromności, ale i bez gwiazdorstwa to związek jest dla zawodnika, a nie zawodnik dla związku.

Jeszcze jedną rzecz, mam nadzieję, ten spór pomoże nam rozwiązać. Potencjalni sponsorzy dostaną klarowny komunikat: „Wszystko jest już poukładane". Mówię tu zarówno o potencjalnym sponsorze PZS, jak i sponsorach indywidualnych. Ciężko pracowaliśmy z Michałem na obecną pozycję. Zasługujemy na lepsze traktowanie, i nie bójmy się tego powiedzieć, jeśli mamy się jeszcze rozwijać i godnie reprezentować Polskę, to kontrakty indywidualne są na dzień dzisiejszy niezbędne do tego rozwoju.

JK: Co dalej? Czy znasz taką osobę, która byłaby odpowiednią na stanowisko Prezesa?

ML: Nie chcę na ten temat rozmawiać. Powiem tylko, że związkiem powinny zajmować się osoby otwarte na dialog z zawodnikami. Powinny zdawać sobie sprawę z wartości zawodników, być otwarte na rzeczową rozmowę z nimi, bo to przecież my zawodnicy wiemy, co nas najbardziej boli, a co cieszy... Taki prezes przede wszystkim powinien mieć bogate doświadczenie w działalności sportowej. Dyktatura jeszcze nigdy nikomu nie wyszła na dobre. Zarządzać Związkiem Sportowym nie jest łatwo. To nie jest "Amatorski Klub", ale poważna instytucja. Tu nie ma miejsca na prywatny folwark. Tu liczą się profesjonaliści.

JK: Na zakończenie pozwolę sobie zacytować Michała, gdyż podsumował całą tę sytuację znakomicie. Niestety, nie udało mi się z nim spotkać tak jak z Tobą, ale powiedział mi bardzo ważne rzeczy. Na przykład tę:

Michał Ligocki: „Bardzo mi przykro, że sprawa tak została postawiona i żaden z naszych logicznych argumentów nie był w stanie zmienić nastawienia Zarządu, który nie ustosunkował się do żadnego z naszych odwołań. Po prostu wykreślili nas z kadry. Myślę, że na drodze kompromisu i chęci dialogu można było załatwić tę sprawę inaczej, do czego przez długi czas dążyliśmy bez tej całej medialnej otoczki. Obecnie przebywam w Austrii i pomimo całej tej sytuacji staram się trenować, bo wierzę, że całe to zamieszanie szybko się wyjaśni i będę mógł przygotowywać się do igrzysk".

ML: Ponieważ jestem w bardziej uprzywilejowanej sytuacji, gdyż mam już zagwarantowany paszport do Vancouver, a Michał musi o niego jeszcze walczyć, uzgodniliśmy wspólnie, że to ja będę pilotował naszą sprawę tu na miejscu razem z pełnomocnikiem. On ma nie oglądać się za siebie, odizolować  się od wszystkiego, bo cel jest jeden i najważniejszy - Vancouver 2010.  Trzymam mocno kciuki za Michała. Wierzę, że mu się uda mimo tych wszystkich zawirowań wokół całej afery.

JK: Dziękuję Ci za rozmowę. Życzę Wam wszystkiego najlepszego. Wierzę, że Bracia Ligoccy pokażą w Vancouver, jak wygląda snowboard na najwyższym światowym poziomie!

ML: Ja też dziękuję za rozmowę. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy nas wspierają! Będzie dobrze!

Rozmawiała:
Joanna Kusy
Kraków