Gdy słucham dyskusji o polskim sporcie i proponowanych jego reformach, widzę, że niemal wszyscy dyskutanci nie rozumieją przyczyn obecnego stanu. Myślą, że gdy wymieni się ludzi w zarządach związków sportowych, to nastąpi poprawa. Tymczasem, niemal na pewno, nowi ludzie wejdą w stare buty, bo przyczyna leży w Ustawie o Kulturze Fizycznej, która jest wiecznie żywym dzieckiem stanu wojennego i ducha PZPR.
Ustawa powoduje, że:

  1. Związki sportowe mają monopol w swoich dyscyplinach;
  2. Zarządy i ich członkowie, a zwłaszcza prezes i szef szkolenia, są nieusuwalni, jeśli sami ustąpić nie chcą;
  3. Władzom związku i sporej części szkoleniowców zależy na tym, by NIE BYŁO wyników;
  4. W gronie szkoleniowców preferuje się miernoty;
  5. Niszczone są wszelkie jednostki twórcze i niepokorne;
  6. Sport, zamiast wychowywać, demoralizuje;
  7. Sporą część organizacji sportowych należałoby dziś uznać za organizacje przestępcze;
  8. Członkowie zarządów, którzy dopuszczają się nadużyć i kantów są praktycznie bezkarni.
Zacznijmy od początku. Monopol związków sportowych na poszczególne dyscypliny (zapisany w ustawie) powoduje całkowity brak konkurencji i niemożność odejścia klubów i ludzi ze związków źle zarządzanych. Nieudolne, lub wręcz szkodliwe, działania zarządu nie powodują więc żadnych skutków dla związku. Związek nie traci ani członków, ani wpływów, także z państwowej kasy. Państwowe dotacje przydzielane są według klucza, który nie ma żadnego odniesienia do uzyskiwanych wyników. Np. PZPN od dawna ma wyniki w zawodach na kompromitującym poziomie. Mimo to dostaje ogromne dotacje, bo to dyscyplina „olimpijska", „narodowa" itp. Brak możliwości założenia konkurencyjnego związku zapewnia spokojny sen działaczy i stałą zasobność ich kieszeni. W tym samym czasie, przykładowo, Polski Związek Wushu, choć jego zawodnicy z każdych mistrzostw świata przywożą złote medale, dostaje praktycznie od państwa figę z makiem. Bo piłka, boks, hokej i jeszcze parę dyscyplin dostaje kasę tylko za to, że jest, nawet gdy tę kasę notorycznie marnuje.

Nieusuwalność zarządów, prezesów i szefów szkolenia wynika z dopuszczenia zawodowych szkoleniowców do władz związków i klubów. Mechanizm jest taki: W klubach wybiera się delegatów na walny zjazd związku. Wybierają członkowie klubu, czyli zawodnicy. Oczywiście wybierają trenera lub instruktora, bo to ich pan i władca. Trener może zawodnika awansować do kadry, wystawić na ważne zawody, albo go pominąć, lub zdegradować. Zawodnicy nigdy więc nie wystąpią przeciwko trenerowi.

Zbiera się walny zjazd złożony w większości z trenerów i instruktorów, czyli ludzi całkowicie zależnych od zarządu, a zwłaszcza szefa komisji szkolenia i prezesa. To dzięki nim przecież mogą być trenerami i instruktorami. Zarząd może też odebrać im uprawnienia do szkolenia i pozbawić możliwości wykonywania zawodu. Tak dobrany walny zjazd nigdy nie wystąpi przeciw zarządowi, a zwłaszcza jego szefom, bo aby w związku zarabiać, trzeba z nimi dobrze żyć.

Z kolei prezes i szef szkolenia dba o to, by w gronie instruktorskim było jak najwięcej jego stronników, najlepiej miernot, bo miernoty będą zawsze posłuszne wobec swych hegemonów. Po pewnym czasie niemal cała kadra instruktorska zdominowana jest przez mierne, ale wierne, grono klakierów prezesa i szefa szkolenia. Te miernoty z kolei zainteresowane są brakiem kłopotów, czyli brakiem indywidualności w gronie zawodników. Ten system wręcz kreuje kanty, korupcję i brak wyników. Gdy klub ma wyniki na miernym poziomie, kasa spokojnie płynie, nikt się nie czepia, zarząd związku wie, że ponownie będzie „wybrany" itp. A państwo i tak da dotacje, z których części pożywią się działacze.

Niedawno uczestniczyłem w rozmowach z zarządem jednego ze związków i wspomniałem o pewnym działaczu, który naraził związek na ogromne straty. Usłyszałem, że nie można mu nic zrobić, nawet obciążyć kosztami strat, jakie spowodował, „bo kilka lat temu uzyskał absolutorium". Sęk w tym, że przy opisanej przed chwilą strukturze walnego zjazdu, zarząd zawsze uzyska absolutorium, nawet gdyby spowodował istną katastrofę i totalną kompromitację. Taki skład walnego zjazdu gwarantuje więc członkom zarządu nie tylko wieczną wybieralność ale i całkowitą bezkarność. Po prostu zarząd wybierają i oceniają ludzie całkowicie od zarządu zależni. Zarząd decyduje, czy instruktor może wykonywać swą pracę w ramach związku, czyli decyduje o jego zarobkach i prawie do wykonywania zawodu, a poza związkiem instruktor pracować nie może, bo jego dyscypliny poza związkiem uprawiać nie wolno, gdyż związek ma zapisany w ustawie monopol. Mało tego, za prowadzenie zajęć sportowych lub szkolenia bez uprawnień nadawanych przez związek grozi wręcz odpowiedzialność karna!

Nikt się więc nie wyłamie. Teoretycznie ktoś mógłby zawiadomić prokuraturę o przekrętach działacza, nawet gdy uzyskał on absolutorium, ale nikt tego nie zrobi, bo prokurator badając finanse związku mógłby dopatrzeć się jeszcze innych spraw, i po co to komu. Przecież w tym gronie prawie każdy jest w coś umoczony.

Tak skonstruowana Ustawa o Kulturze Fizycznej wręcz generuje brak sukcesów. Normalna struktura kariery sportowej jest taka: Na samym dole są ludzie uprawiający sport z kolegami, bez należenia do żadnego klubu. Niektórzy z nich angażują się na tyle, że zapisują się do klubów i zaczynają regularny trening. Część z nich awansuje do wyższych grup i w końcu do kadry. W Polsce tej piramidzie kariery odebrano najważniejsza podstawę, bo w świetle naszej ustawy uprawiać sportu po koleżeńsku, bez należenia do niczego, nie wolno. Człowiek prywatnie uczący kolegów wspinaczki, żeglarstwa, czy nawet prowadzący amatorski trening siatkówki, może w skrajnym przypadku trafić do więzienia. Jest to pokłosie niesławnego Zarządzenia o Uprawianiu Wybranych Dyscyplin Sportu wydanego w stanie wojennym po to, by pewne środowiska sportowe wziąć za pysk. Gdy pisano obecną ustawę, żywcem włączono do niej to zarządzenie jako jeden z artykułów.

Artykuł ten daje związkom także uprawnienie do określania szczegółowych przepisów dotyczących ich dyscypliny. I tu zaczyna się radosna twórczość pod dyktando lobby instruktorskiego. Powstają więc zapisy o wielostopniowych obowiązkowych kursach, zdobywaniu kolejnych uprawnień niczym stopni wojskowych, bez których nie wolno niemal niczego. System ma przecież zapewnić stały dopływ gotówki do kieszeni instruktorów i działaczy i tylko o to chodzi. Swoje interesy zapewnia też lobby producentów sprzętu. Najbardziej łagodny zapis na rzecz tego lobby brzmi, że wolno używać tylko atestowanego sprzętu. Nie wolno więc zamówić u innego producenta sprzętu wykonanego specjalnie dla siebie.

Jest to kompletny absurd. Sprzęt atestowany to z definicji sprzęt przestarzały, typowy, ze sklepu. Takiego sprzętu można używać w rekreacji, turystyce, ale nie w sporcie wyczynowym! Czy Kubica miałby wyniki, gdyby zgodnie z polską ustawą musiał używać atestowanego samochodu? Na szczęście nie ma Polskiego Związku Formuły I, a Kubica mieszka za granicą. Ale już polski alpinista musi zgodnie z ustawą używać sprzętu ze sklepu przeznaczonego dla masowej turystyki alpejskiej, albo łamać prawo. A przecież całą masę nowych konstrukcji wymyślili sami alpiniści i na początku były to samoroby, dopiero później podchwyciły je firmy. Według naszej ustawy rozwijanie sprzętu, tworzenie nowych konstrukcji jest wręcz zakazane. Gdyby taki przepisy obowiązywały do zawsze, do dziś używalibyśmy sprzętu z epoki księdza Stolarczyka i Klimka Bachledy.

Ale to jeszcze nic. Cały szereg związków sportowych wręcz narzuca zawodnikom, jakiego konkretnie producenta sprzęt ma być przez nich używany. Gdy ktoś w ministerstwie bierze kasę za to, by lekarze zapisywali leki konkretnego producenta, to jest to korupcja. Gdy związek sportowy bierze kasę za to, by wszyscy w nim używali butów Puma lub Adidas, to jest to gospodarność. Nieprawda, to też jest korupcja.

To co jest w obecnej ustawie najgorsze, to jej duch. To jest koncepcja sportu rodem ze Związku Radzieckiego lub NRD. W państwie demokratycznym celem uprawiania sportu jest samorealizacja obywatela. Ten obywatel jest wolnym człowiekiem i sport wolno mu uprawiać bez niczyjego pozwolenia. Może się zrzeszać, albo nie. Nie ma obowiązku zapisywać się do żadnego klubu ani związku. Nie musi przechodzić żadnego obowiązkowego szkolenia ani uzyskiwać żadnych stopni sportowych. W każdym wolnym kraju można sobie kupić jacht i wypłynąć nim w morze i nikt tam nie sprawdza książeczki żeglarza. W Alpach lub Himalajach nikt nie sprawdza karty taternika. Ale pływnie po Zalewie Zegrzyńskim lub wspinanie się w skałkach Jury bez uprawnień, to czysty kryminał.

Przypomnę tu słynny proces nauczyciela, którego uczniowie zginęli pod Rysami w lawinie. Sąd uznał zgodnie z prawdą, że ten człowiek nie popełnił żadnego błędu w sztuce, nie spowodował lawiny i nie mógł jej przewidzieć. Został skazany tylko dlatego, że „nie miał uprawnień" do prowadzenia grupy w górach. To nie szkodzi, że w żadnym stopniu nie spowodował wypadku. Gdyby miał papier, byłby wolny. W kwestii lawiny ten papier niczego by nie zmienił.

My po prostu mamy totalitarną Ustawę o Kulturze Fizycznej, wedle której sport ma służyć propagandzie politycznej państwa, propagowaniu nacjonalizmu i tak zwanej „dumy narodowej". Człowiek nie ma tu znaczenia.

Wymiana ludzi w zarządach związków sportowych nic nie da. Jak mawiał Stefan Kisielewski, herbata nie robi się słodsza od mieszania, trzeba dodać cukru. Trzeba napisać całkiem nową ustawę w duchu demokracji XXI wieku, a nie w duchu Breżniewa i Honeckera.

Krzysztof Łoziński