Ko Chang leży u wybrzeży Tajlandii i Kambodży na Morzu Południowo Chińskim, które jest częścią Pacyfiku. Wyspa jest częścią terytorium Tajlandii. Ma 30 kilometrów długości i 18 kilometrów szerokości. Pokryta jest górami i gęstym tropikalnym lasem. Najwyższy szczyt (prawdopodobnie bez nazwy) wznosi się na ponad 700 metrów i od strony południowo-zachodniej opada stromą blisko 700-metrową ścianą skalną. Brzegi Ko Chang są na ogół strome i tylko w kilku miejscach znajdziemy tu piaszczyste plaże (piasek przywieziono z kontynentu).
Wyspa Ko Chang zagospodarowywana  jest w celach turystycznych od niedawna i spora część jej infrastruktury jest jeszcze w budowie. Ma tę przewagę nad innymi plażami Tajlandii, że większość hoteli znajduje się wysoko i nie zagraża im tsunami, które zabiło setki osób ma Pukhet a tysiące na innych plażach kraju. Pod tym względem Ko Chang jest na pewno bezpieczniejsza. Wnętrze wyspy jest jeszcze całkowicie dzikie. Na górskie szczyty, które mogłyby być niezłą atrakcją (widoki!) nie ma nawet ścieżek. Gdyby ktoś chciał się wybrać na wspinaczkę, to musi zabrać sprzęt dodatkowy: maczetę na chaszcze, kij na pająki i węże oraz pukawkę na tygrysy.

Według przewodnika Lonely Planet, wokół północnego cypla wyspy pływają wyjątkowo duże rekiny, ale nie zauważyłem, by ktokolwiek tym się tu przejmował. W Tajlandii i Kambodży, tygrysy w lesie i rekiny w morzu to norma. Poza tym przyroda jest piękna.

Na Ko Chang spędziliśmy z Agnieszką Glinkowską tylko niecałe dwa dni, bo oboje nie jesteśmy tym typem ludzi, którym leżenie na plaży i picie piwa wystarczy do szczęścia. A na Ko Chanh, poza piękną, ale trudno dostępną, przyrodą, plażą i barami z dużą ilością panienek lekkiego obyczaju, raczej nic na razie nie ma. Myślę, że za kilka lat, gdy infrastruktura wyspy się rozbuduje, będzie ona równie atrakcyjna jak Pukhet.

Na koniec uwaga: nie rezerwować hotelu. Na miejscu znajdziecie go bez trudu i dwa razy taniej niż policzy za niego biuro w Bangkoku, które na dodatek robi taki numer, że oferuje wam hotel, w którym ma udziały, wciskając ciemnotę, że w innych i dużo atrakcyjniejszych nie ma miejsc. Na miejscu okazuje się, że owszem macie ładny bungalow, ale 100 metrów nad poziomem morza, w gęstym lesie (żadnych widoków), zaś w hotelach z bungalowami na plaży jest masę miejsc i dużo taniej.

Krzysztof Łoziński