Nasz autobus w wodzie.
Jesteśmy w Siem Riep w Kambodży po koszmarnej podroży z Bangkoku. Do granicy wszystko było dobrze, autostrady w bogatej Tajlandii pokazują, że nie było tu ministra Marka Pola. Koszmar zaczął się dalej. Już 20 kilometrów od granicy samochód stanął, bo kierowa nie wlał wystarczająco paliwa i oleju silnikowego. Dym z silnika i zero akcji.

Droga w Kambodży.

Kierowca wsiadł na skuter i po godzinie wrócił z benzyną i jednym litrem oleju (silnik potrzebuje minimum 3  litrów). No i pojechaliśmy dalej, ale niezbyt daleko. 5 kilometrów dalej zagotowała się chłodnica i wywaliło olej, a raczej jego resztkę. Tym razem pękła też dość istotna rura z układu chłodzenia. Kierowca autostopem pojechał gdzieś ją spawać. My, 19 osób z różnych krajów, czekamy na drodze. Wkrótce robi się noc i nadciągają istne dywizje moskitów. Jest 39 stopni Celsjusza, noc, moskity, Kambodża i popsuty samochód. Coś pięknego.

Stacja benzynowa - benzyna w butelkach po Coca-coli.

Kierowca wraca po 3 godzinach i teoretycznie można jechać, ale samochód nie ma świateł. Pomocnik kierowcy świeci latarką ręczną przez szybę i jedziemy w kompletnych ciemnościach.
Za chwilę nowa atrakcja, której nikt się nie spodziewał - powódź!. Nikt nie brał pod uwagę powodzi! Około północy nadciąga fala powodziowa i droga zostaje zalana przez wodę. Jedziemy do połowy kół w wodzie, bez świateł i na kompletnym odludziu. Woda przybiera i boczny prąd staje się coraz silniejszy.

Pochylony autobus stara się złapać grunt i wyjechać z rowu. Rura wydechowa jest pod wodą, stąd rozbryzgi.

W pewnym momencie autobus grzęźnie na rozmytej drodze (w Kambodży nie ma asfaltu, to są drogi gruntowe nie konserwowane chyba nigdy). Wszyscy wysiadamy pchać. Po pas w wodzie szarpiemy się z ugrzęźniętym pojazdem. Po pół godzinie znowu jedzie, ale pomocnikowi kierowcy skończyły się baterie w latarce. Dalej jedziemy już w kompletnej ciemności i po chwili pojazd wpada do rowu. No to klops. Nie wiadomo, co robić. Jest druga w nocy, przybiera woda, nadciąga tropikalna burza, która wody raczej doda, niż ujmie. Tym razem nie dajemy już rady autobusu wypchnąć.

Kierowca dzwoni z komórki po pomoc. Autobus jest mocno pochylony i zanurza się coraz bardziej. Przez drzwi woda wlewa się do środka. Stoimy na drodze bezradnie w wodzie, jedni po kolana, inni po pas a chwilami nawet po pierś. Za chwilę nowa atrakcja, Prąd wody robi się coraz silniejszy. Kobiety zaczynają panikować, a faceci dostają jakiegoś małpiego rozumu i się śmieją. Po godzinie na horyzoncie jakieś światło - nadjeżdża ogromny traktor na pomoc. Ale zamiast brać się do roboty zaczyna się targowanie o cenę za udzielenie pomocy, a my toniemy coraz bardziej. Wreszcie uzgadniamy zrzutkę po 2 dolary na łeb i traktor bierze nas na hol.

Utopiona ciężarówka.

Przy wyciąganiu z rowu autobus niemal się przewraca. No, ale wyszedł. Jedziemy na holu. Mijamy utopione ciężarówki, ludzi na wysepkach wystających z wody. Woda jest niemal po horyzont. Drogę wskazuje tylko rząd słupów. Około 5 rano wyjechaliśmy na suchy ląd. Kierowca usiłuje naprawić światła, ale bez skutku. Jedziemy więc w kompletnych ciemnościach. Jest tylko światło gwiazd. Księżyc, niestety, w nowiu.

Kolejna utopiona ciężarówka.

No i już miało być pięknie, ale woda przedarła się w kolejnym miejscu. Znowu ugrzęźliśmy w wodzie i rozmytej drodze. Znowu pchanie pojazdu - udaje się wyjechać. Do Siem Riep dojeżdżamy o 8 rano - 24 godziny po wyjeździe z Bangkoku. Normalnie ta droga zajmuje kilka godzin.

Tablica ostrzegawcza "miny lądowe" (przeciwpiechotne). Z archiwum K.Ł.

W tym wszystkim byla jeszcze jedna atrakcja. Plagą Kambodży są miny przeciwpiechotne. Pobocza tej drogi, ktorą jechaliśmy, są w wielu miejscach zaminowane, ale o tym nie wiedzieliśmy. Może i lepiej. Po 4 dniach woda nie ustąpiła. Siem Riep jest całkowicie odcięte od świata. Do Bangkoku wracamy samolotem linii Bangkok Airlanes, czyli tutejszą firmą Ja & Szwagier.

Agnieszka Glinkowska i Krzysztof Łoziński - jeszcze nie utopieni!