Kraj kontynent i himalajska perła
O tym, jak przejechaliśmy 5 tys. kilometrów przez Indie i Nepal
Część II  (Delhi - Agra).

Delhi, pałac cesarski. Fot. Krzysztof Łoziński
Delhi i Agra to dwie stolice Indii. Poza krótkim okresem Indii brytyjskich, gdy stolicą była Kalkuta, oba miast kilkakrotnie zamieniały się w tej roli. W obu miastach stoją cesarskie pałace a ich mieszkańcy w obu przypadkach uważają, ze serce Indii znajduje się u nich. Trochę przypomina to spór Warszawy z Krakowem

Wybieramy się w wielką podróż
Moim marzeniem od lat był powrót do Indii, do kraju z którym związana jest spora część mojego życia (byłem wcześniej w Indiach 11 razy). Paradoksalnie jeździłem do Indii wielokrotnie za czasów PRL-u, gdy wyjazdy zagraniczne z Polski były trudniejsze niż dziś, a w wolnej Polsce ciągle nie miałem, a to czasu, a to pieniędzy. Efekt był taki, że mam w odwiedzaniu Indii 16 lat przerwy. Ale z tego powodu wyprawa może być tylko bardziej ciekawa. Jak zmieniły się Indie w okresie, gdy zmienił się cały świat? Upadł Związek Radziecki i komunizm w Europie, do powszechnego użycia weszły komputery, pojawił się Internet, telefony komórkowe i telewizja satelitarna. Ciekawa jest dla mnie sama obserwacja tej zmiany. No i od mojego ostatniego pobytu przybyło w Indiach 300 milionów ludzi.
Agnieszka, która towarzyszyła mi tej podróży, bywała już w wielu krajach, ale zawsze z renomowanym biurem podróży. Mamy więc od samego początku pewien konflikt wyobrażeń o świecie i sposobie podróżowania (na szczęście oboje mamy zdolność ustępowania, więc nigdy nie mieliśmy konfliktu prawdziwego). Planowanie zaczynam od delikatnego przekonywania Agnieszki do mojego sposobu zwiedzania świata. Gdy mówię, że w Indiach najlepiej jeździ się autobusem na dachu, bo i przewiew i widoki, widzę w jej oczach panikę. No dobrze, można i jechać w środku. Warto jednak wziąć grzałkę...
- Jak to grzałkę? To ja mam sama robić sobie herbatę? A od czego room service?
Bardzo delikatnie staram się wytłumaczyć, że po mojemu hotel w Indiach, to jest trochę co innego, niż hotel w egipskim kurorcie, bo po pierwsze nie jedziemy do kurortu. Nie bardzo widzę zrozumienie. Rezygnuję więc z powiedzenia, że warto też wziąć ze sobą dwa prześcieradła i koce, a hotel nie ma ani jednej „gwiazdki", bo obawiam się, że w ogóle odmówi podróży. Powoli, powoli jednak przekonuję ją, że biuro podróży i luksusowy hotel to najlepsza metoda, by w egzotycznym kraju nic nie widzieć i nic nie rozumieć, że rezerwowanie hotelu jest całkowicie zbędne itp.

Pojazd "wołowy" na rogu Main Bazaar i Nehru Bazaar. Fot. Krzysztof Łoziński

Agnieszka musiała przeżyć w pierwszych dniach pobytu niezły szok (każdy, kto jest pierwszy raz w Indiach przeżywa szok), ale jest bardzo dzielna i zupełnie nie dała tego po sobie poznać. Dziś jest chyba całkiem przekonana do takiego sposobu zwiedzania świata.
Pewnym problemem jest dla nas obojga wiek, bo oboje u pierwszej komunii byliśmy dość dawno. Uważam, że jesteśmy młodzi, bo zgadzam się z Jerzym Hanuszkiewiczem, że starość to kwestia decyzji. Jak ktoś uważa się za starego, to i jest stary, a liczba wiosen ma drugorzędne znaczenie. Dlatego ja mam prawie 58 lat i jestem młody, bo myślę jak młody i postępuję jak młody. Czasem tylko mój organizm o tym nie wie i sprawia mi różne dowcipy.
No tak, ze zdrowiem są pewne problemy. I dlatego ta podróż to pewien eksperyment. Czy ludzie mający dorosłe dzieci mogą podróżować po egzotycznych krajach lokalną komunikacją, niemal w nieznane (bo bez żadnych rezerwacji) i jeść w lokalnych restauracjach miejscowe potrawy? Oczywiście tak. A jak się choruje, to trzeba się leczyć i jechać dalej. Ot i wszystko.
I tu mała dygresja. Przypomniała mi się pewna wymiana zdań w prasie z jednym z byłych PRL-owskich dyplomatów, który chciał mnie na łamach gazety pouczać, jak wygląda Azja, bo bardzo mu się nie podobało to, co pisałem o Chinach. Odpowiedziałem mu wówczas tak: „Świat się nie składa, Szanowny Panie, tylko z ministerialnych korytarzy i pięciogwiazdkowych hoteli. Aby znać Azję, to trzeba trochę po niej pochodzić piechotą lub pojeździć rowerem. Trzeba czasem pomieszkać w takich miejscach, gdzie rano przed spuszczeniem nóg z łóżka trzeba najpierw sprawdzić, czy nie ma węża a przed założeniem butów wyrzucić z nich skorpiony lub pająki." I to jest właśnie kwestia odmiennych koncepcji zwiedzana świata. Bo czy mieszkając w pięciogwiazdkowym hotelu można przeżyć na przykład taką przygodę: W czasie jednej z wypraw poszliśmy razem z kolegą popływać w rzece. Dopłynęliśmy do piaszczystej wysepki na środku leniwego nurtu. Na wysepce rosło trochę krzaków, które zasłaniały widok na drugą stronę. Gdy przez nie przeszliśmy, zobaczyliśmy po drugiej stronie kilka wylegujących się w słońcu krokodyli. I wówczas uświadomiliśmy sobie, że my jeszcze z tej wysepki musimy przepłynąć z powrotem do brzegu. To jednak zupełnie co innego pływać po rzece wycieczkowym statkiem a co innego sote, czyli „na żywca".
No tak, ale my tym razem będziemy tylko w miastach. W indyjskich miastach nie ma tygrysów, krokodyli i innych podobnych atrakcji. Są za to inne atrakcje i dlatego wybraliśmy zwiedzanie świata „na żywca".

Lądujemy w Delhi
Lecieliśmy Al Italią, przez Mediolan. Atrakcją podróży miał być boening 777, chyba obecnie największy i najnowocześniejszy samolot świata. Rzeczywiście jest w nim Internet, można w czasie lotu telefonować, oglądać telewizję, grać w gry komputerowe. Tyle, że za wszystko trzeba płacić kartą, więc lepiej poczekać parę godzin aż się wyląduje. A po za tym, to jest ciasno, siedzenia są niewygodne (co przy wielu godzinach lotu daje w kość), pilota do oglądania filmów i gier projektował tak zawzięty miłośnik rebusów, że do końca nie zdołałem go pokonać. Włosi, jak to Włosi, są bałaganiarze, więc samolot odleciał z 1,5 godzinnym opóźnieniem i był nabity po brzegi (chyba nie było ani jednego wolnego miejsca). Było w nim bardzo dużo hinduskich dzieci, które nie mogły 8 godzin lotu usiedzieć spokojnie. Jednym słowem „wesoły autobus".
I rzeczywiście samolot jest ogromny i dlatego nie może latać z Warszawy, bo ten nasz kurnik dla mikrusów udający międzynarodowe lotnisko by go nie obsłużył.
W Delhi lądujemy po północy i bierzemy taksówkę na Paharganj. Kolega, który prowadzi sklep indyjski w Warszawie, polecił mi hotel „Roxy", który miał być tani (250 rupii za pokój dwuosobowy - w przeliczeniu ok. 20 złotych; 1$ = 45 rupii indyjskich lub 75 rupii nepalskich). Docieramy do hotelu po drugiej w nocy i od razu okazuje się, że jest kłopot. W hotelu „Roxy" chcą za pokój 700 rupii i ponoć tańszych pokoi nie mają. Oczywiście jest to czyste cwaniactwo, bo mają. Ziemowit Wirski, który mi ten hotel polecił, stale jeździ od Indii, bo sprowadza stamtąd ciuchy do sklepu, był w Indiach 60 razy i nie miał takiej przerwy jak ja. Jednym słowem Ziomek wie, co mówi a ci cwani goście w hotelu chcą nas po prostu orżnąć, bo jest druga w nocy i myślą, że nie mamy gdzie pójść. Ale „nie ze mną te numery Bruner".
Każemy taksówkarzowi zawieźć się do innego hotelu, puszczając mimo uszu uwagę, że nigdzie nie ma miejsc. To oczywiście kolejna próba szukania frajerów. Na samej ulicy Main Bazaar jest więcej hoteli i miejsc noclegowych, niż w całej Warszawie, więc niech mi nie trują. Przed wyjazdem robiłem u Ziomka wywiad o warunkach w Delhi, nie dlatego, że nie znam Indii, bo znam, tylko dlatego, że nie byłem tu 16 lat i wiele rzeczy mogło się zmienić. Ale niech sobie te łepki nie myślą, że nie umiem się poruszać po Indiach.
Drugi hotel jest okropny, brudny, w budowie, wszędzie pełno cementowego pyłu. Chcą za pokój 650 rupii, choć on na pewno na tę cenę nie zasługuje. Ale trudno, płacimy za jedną noc. Prześpimy tu do rana a rano znajdziemy jakiś hotel po normalnej cenie. Jestem wściekły na tych facetów z „Roxy". Gdyby Ziomek mi ich nie polecił, to bym od razu pojechał do „Vishala" lub „Viveku", czyli jednego z tych hoteli, w których normalnie się w Delhi mieszka bez kombinowania. 650 rupii to też nie majątek, jak na hotel, bo w końcu to jest 45 złotych za dobę, ale po co przepłacać?
Ładujemy się do pokoju, na drugie piętro po schodach, bo winda „not working". Pościel jest brudna (jakże by inaczej), z kranu leci woda na podłogę. Ale przynajmniej jest ciepła woda i można się umyć. To jedna ze zmian na lepsze, jaką dostrzegam po 16 latach nieobecności. W każdym hotelu jest ciepła woda. W 1989 roku, gdy byłem tu ostatnio, nie było jej w niemal żadnym. No tak, ale wówczas pokój dwuosobowy z łazienką kosztował 2 dolary na dobę a nie 5 lub 6.
Jakoś trzeba w tych warunkach przetrwać. Na szczęście kupiliśmy jeszcze na Okęciu butelkę wisky. Parę łyków „wesołej wody" pozwala znieść każde warunki. No i ponoć zwalcza amebę.
Rano wychodzę na poszukiwania innego locum i znajduję zaledwie 200 merów dalej. Pokój nie jest dużo lepszy, choć jest wyraźnie czyściej i kosztuje 350 rupii. Ujdzie w tłoku. W końcu będziemy teraz w Delhi tylko dwa dni.

Jak to jest z tym Delhi?
Jak się właściwie nazywa to miasto? Delhi, czy New Delhi? Czy może Dilli? Albo Naya Dilli? Wszystkie te nazwy można spotkać na mapach i w adresach.
Stolica Indii z całą pewnością nazywa się Delhi (po angielsku) lub Dilli (w hindi). Miasto o nazwie New Delhi nie istnieje i używanie takiej nazwy jest oczywistym błędem geograficznym. Koszmarnym już błędem jest to, co zrobili autorzy naszej niemieckiej mapy - umieścili na niej obok siebie dwa miasta: Delhi i New Delhi. Daję czytelnikowi słowo honoru, że istnieje tylko jedno miasto i nazywa się Delhi.

Sklep z antykami na ulicy Janpath. Fot. Krzysztof Łoziński

A skąd się wzięło to New Delhi? Historia jest dość skomplikowana. Delhi powstało z połączenia w jedno miasto kilku miast wcześniejszych, z których najstarszym było Lal Kot (dziś południowa część miasta). W 1192 roku generał Qutb-ud-din-Ajbak zajmuje Lal Kot i ustanawia Sułtanat Delhijski, jednocześnie zostając sułtanem, czyli nowym władcą. Delhi, zwane w języku hindi Dilli, co znaczy „serce" a przenośnie „stolica", zostaje nową metropolią na czas trzech kolejnych dynastii islamskich. Sto lat później Timur, zwany w Europie Tamerlanem (od Timur lane - Timur kulawy) zajmuje Delhi i kładzie kres sułtanatowi.
W 1516 roku, władca Kabulu (dziś Afganistan) Babur (znany też jako Babar) ustanawia w Indiach nową dynastię Wielkich Mogołów (nie mylić z Mongołami). Stolicą Mogołów zostaje Agra, miasto położone 250 km na południe od Delhi. Babur był jednym z timurydów, środkowoazjatyckich władców przypisujących sobie drogą uzurpacji pochodzenie od Timura, który z kolei też drogą uzurpacji podawał się za potomka Temudżina (Dżingishana). Jeden z kolejnych władców z dynastii Wielkich Mogołow, Szahdżahan, przenosi w 1648 roku stolicę ponownie do Delhi. Pojawia się wówczas określenie Naya Dilli („nowa stolica" - dosłownie „nowe serce [kraju]"), które ma odróżnić Delhi od starej stolicy - Agry. Prawdopodobnie to określenie zostaje przetłumaczone na angielski jako New Delhi. Jednocześnie Delhi zaczyna być nazywane Szahdżahanabad (miasto Szahdżahana).
Ale to nie koniec nazewniczego galimatiasu. W czasach Indii brytyjskich stolicą została Kalkuta, ale po stu latach administracja brytyjska przenosi się do Delhi, które ma znacznie dogodniejsze położenie, niemal w sercu kraju obejmującego wówczas także dzisiejszy Pakistan, Afganistan i Bangladesz. Brytyjczycy postanawiają rozbudować i unowocześnić miasto. Architekci Edwin Lutyens i Herbert Baker przeprojektowują jego południowe dzielnice i wówczas ponownie pojawia się nazwa New Delhi używana nie dla samego miasta, ale jako określenie jego nowej wizji. Jednocześnie dla starej dzielnicy Szahdżahanabad położonej wokół pałacu cesarskiego Wielkich Mogołów zaczyna być używana nazwa Stare Delhi. Czy jednak jest to stare miasto i nowe miasto? Nie. Nowe Delhi obejmuje bowiem także najstarszą część miasta - Lal Kot. Nowe Delhi nie jest bowiem tak naprawdę dzielnicą a raczej wspólnym określeniem nowocześniejszej części miasta, które w całości nadal nazywa się po prostu Delhi.
I teraz dochodzimy do ostatniej części układanki. Mieszkańcy nowocześniejszej, lepszej,  części miasta zaczynają pisać w adresach New Delhi zamiast Delhi, bo to podnosi ich prestiż, wskazuje na lepszą dzielnicę. New Delhi nie jest jednak dzielnicą a raczej konglomeratem trzech dzielnic - Connauth Place, Sansad Bhawan i Chanakyapuri. Stopniowo jednak wielu mieszkańców Delhi chce się zaliczyć do „lepszych" i podnosi swój prestiż pisząc w adresie New Delhi. Efekt końcowy jest taki, że adres New Delhi można znaleźć równie dobrze w odniesieniu do miejsca mieszczącego się w samym sercu Starego Delhi, gdzie zresztą znajduje się stacja kolejowa New Delhi Station. Dla miasta zaczynają funkcjonować równolegle dwie nazwy, choć formalnie tylko jedna z nich jest prawidłowa.
Ale to jeszcze nie wszystko. W ostatnich latach zaczyna odżywać nacjonalizm hinduski. Władze coraz chętniej zaczynają używać nazw w języku hindi (Indie mają dwa języki urzędowe - angielski i hindi). Delhi powraca do hinduskiej nazwy Dilli, Bombaj do starej nazwy Mumbay, Kalkuta (nazwana tak przez Anglików do nazwy wcześniejszego miasta Kalikat) zaczyna być pisana jako Colkutta a Madras dostaje całkiem nowo wymyśloną nazwę Chenay (starej nazwy nie miał, bo go wcześniej nie było). Nawet nazwa kraju, India, wraca do starej nazwy Bharat. Dziś mamy już pełny galimatias nazewniczy, bo wszystkie te nazwy używane są równolegle, czemu sprzyjają dwa języki urzędowe. I tak na wagonach jednego pociągu możemy znaleźć tabliczki: „Dilli - Mumbay", „Delhi - Bombay", „Dilli - Bombay" i „Delhi - Mumbay". Trzeba mieć łeb jak słoń, by nie zdurnieć. I musimy bardzo uważać, bo inna nazwa jest w rozkładzie jazdy, inna na peronie a co będzie na wagonie, tego najstarsi kolejarze nie wiedzą.
To samo jest z nazwą kraju. Dwa największe koncerny naftowe Indii nazywają się: Bharat Petrolium i Indian Oil. I nie bądźmy zaskoczeni, gdy w Bombaju-Mumbaju obok Bramy Indii - Gate of India - znajdziemy księgarnię Bharatija Bookstore (Idnyjska księgarnia) a sto metrów dalej drugą Indian Pustak („Indyjska książka"). Bo oto właśnie obserwujemy kolejne zjawisko Indii - język „hindglisz" - specyficzną mieszaninę słów angielskich i hindi, w której słowa angielskie wymawiane są w dodatku tak, że nawet Anglik nie zawsze rozumie. Nie zdziwmy się więc, gdy dla określenia, że coś jest niemożliwe usłyszymy „no posibel" (piszę fonetycznie), albo, że coś kosztuje „small maney". Co gorsza możemy usłyszeć „small paysa" (mało płacić - drugie słowo w hindi).
Bywają też określenia, które dosłownie trudno przetłumaczyć, np. „ciapaty business", co oznacza kiepski interes. Ciapaty to takie placki jak naleśnik robione z samej mąki zwanej ata i wody. Gdy dwóch gości stoi na ulicy i smaży ciapaty, to jest to właśnie „ciapaty buisness". Co najlepsze takich dwóch facetów ma nad swym straganem szyld z nawą firmy. Na przykład: „Sharma & Pharma Corporation" albo „Asioka and Sons" a firma ma taki obrót jak u nas babcia sprzedająca na ulicy pumeks.

"Ciapaty business". Fot. Krzysztof Łoziński

Ładniejsze Delhi
Poranek pierwszego dnia był paskudny i wiem, że musiał zrobić na Agnieszce przykre wrażenie. Przeprowadzka z hotelu do hotelu po ulicach Paharganju ze wszystkimi atrakcjami tego miejsca, śmieciami, dziurami w asfalcie niczym w Warszawie, krowimi plackami. Jest jeszcze rano, wiec ruch jest niewielki. W Delhi ruch zaczyna się około 9 rano, a część sklepów otwierana jest dopiero około 10-tej. Przynajmniej tak jest w grudniu, gdy ranki są jeszcze chłodne. Ciągnęliśmy za sobą przez te wszystkie brudy i wertepy nasze walizki na kółkach starając się nie analizować zbyt dokładnie, po czym te kółka jadą. Od razu zostaliśmy oblężeni przez riksiarzy i musieliśmy się od nich oganiać.
- Mister, rikshaw?
- No rikshaw.
- Mister, eny problem?
- No problem.
- Mister, rikshaw, only 5 rupies.
- No rikshaw, no five rupies, no problem...
To niestety ciągły dialog każdego turysty w każdym indyjskim mieście. Kiedyś nawet kazałem sobie wyhaftować na koszulce napis: „No rikshaw, no hashish, no one rupia, no change money, no problem". Turysta w Indiach jest ciągle oblężony przez różnych ludzi, którzy chcą na nim zarobić. Jeszcze 20 lat temu dominował wśród nich tłum żebraków, ale teraz żebraków jest zdecydowanie mniej. To kolejna z pozytywnych zmian, jaką wyraźnie widać. Inna, choć już nie pozytywna, to zniknięcie z miast wielu zwierząt. Chyba zrobiło się za dużo ludzi i skończył się ich ekosystem. W Delhi już prawie nie ma małp, zupełnie nie widać gekonów (małych zielonych jaszczurek polujących na owady), na niebie znacznie mniej drapieżnych ptaków (sępów, orłów, kruków), które zawsze krążyły nad miastem.
Oczywiście są krowy, kozy, dzikie psy i żerujące na wysypiskach śmieci świnie. Te wszystkie zwierzęta są częścią ekosystemu indyjskiego miasta. W Europie mówi się o „świętych krowach", ale to poważne nieporozumienie. Krowy nie są święte i nie wszystkie są bezpańskie. Hinduiści szanują wszystkie żywe istoty, nie jedzą mięsa a spożycie wieprzowiny byłoby dla nich sprzeniewierzeniem się religii. Wierzą, że dusza człowieka przechodzi przez różne wcielenia i w zależności od zasług i grzechów za życia wciela się w różne stworzenia. Krowa może więc być wcieleniem jakiegoś przodka dzisiejszego Hindusa. To dlatego krowy są nietykalne, a nie z powodu jakiejś szczególnej świętości.
Co więcej, krowy odgrywają ważną rolę w całym systemie funkcjonowania tradycyjnego indyjskiego miasta. Dają mleko, zjadają odpady ze straganów (te wszystkie liście od kalafiorów, zgniłe mandarynki, skóry od bananów itp.), czyli oczyszczają miasto jak żywe odkurzacze. W Indiach te wszystkie śmieci wywala się po prostu na ulicę, a tam zajmują się nimi krowy, kozy, świnie i psy. Po takiej obróbce przez zwierzęta z tych śmieci już niewiele zostaje i dopiero to jest sprzątane. Krowy dają też nawóz, który po wysuszeniu stanowi opał. W każdym mieście można zobaczyć kobiety z kasty niedotykalnych, które gołymi rękami robią placki z krowich odchodów i suszą je na słońcu. Jest to główny materiał opałowy biedoty.
Podobno rząd od niedawna realizuje program usuwania krów z miasta (rezultatów raczej nie widać). Nie jest to proste, bo oznacza pozbawienie najbiedniejszych mleka i opału. Ogromny rozrost populacji ludzkiej Indii już dawno spowodował wycięcie niemal wszystkich lasów. Drewno opałowe stało się bardzo drogie i praktycznie używane jest tylko na stosach pogrzebowych, gdzie trudno je zastąpić czym innym (choć są już krematoria elektryczne). Bogatsi używają jako opału węgla lub nafty. Biednym pozostał suszony nawóz.
Chodzimy po Paharganju miedzy krowami i ich plackami, w potwornym kłębiącym się tłumie ludzi, riksz, rowerów, samochodów. Wszystko to trąbi, dzwoni i napiera. Wąskie uliczki starego Delhi nie mają wyodrębnionych chodników. Jest jeden jezdnio-chodnik, po którym człowiek porusza niczym w slalomie miedzy pojazdami. Widzę, że na Agnieszce wszystko to robi przygnębiające wrażenie, choć stara się tego nie okazywać. Chcę pokazać jej, ze istnieje jeszcze inne Delhi. Bieżemy riksze i jedziemy na Connauth Place. To jedno z najbardziej reprezentacyjnych miejsc w Delhi - ogromne rondo od którego odchodzi osiem ulic nazwanych Radial Road i oznaczonych numerami od 1 do 8. Wzniesiona przez Anglików zabudowa w stylu kolonialnym mieści pod kolumnadami luksusowe sklepy i restauracje. Wszystko to otaczają dwie obwodnice - dość skromna i wąska Ring Roag i okazała Circular Road. To jedna z najbardziej „europejskich" części Delhi.
Connauth Place jest rozkopane, bo budują metro (o tym wiem od Ziomka). Robi to japońska firma a wykonują Hindusi. Ale oto widzę, że coś z tego metra już jest. Widzę gotową stację. Wchodzę z ciekawości i stwierdzam, że metro już działa. Pytam policjanta od kiedy. Od 2 lat działają 3 linie metra. Już pod koniec naszego pobytu w Indiach oddano do użytku czwartą. Polecam to pod uwagę naszym budowniczym. W Warszawie jedna linia metra budowana jest od ponad 20 lat i ciągle nie jest skończona. Tu, w 15 milionowym mieście na obszarze kilka razy większym niż nasza stolica zbudowano w krótkim czasie 4 linie metra długie na 40-50 kilometrów. A przecież Delhi leży na skale, a nie na piachu. Skała jest już 1-2 metry od powierzchnią. Warszawski dowcip, że „budują metro - już zbudowali pół metra", tu nie miał by zastosowania.

Palika Bazar. Fot. Krzysztof Łoziński

Idziemy na Palika Bazar, chyba największy bazar odzieżowy w Delhi. No bo jak najlepiej poprawić humor kobiecie? Zabrać ją na zakupy. Agnieszka od razu jest w swoim żywiole. Kupujemy parę ciuszków i bardzo fajne spodnie dla mnie (za odpowiednik 25 złotych). Teraz jedziemy na obiad do Chanakiapuri Shoping Centger. To takie centrum handlowe w luksusowej dzielnicy złożonej głównie z ambasad. Jeszcze wcześniej idziemy na spacer do Nehru Park, bardzo porządnego parku miejskiego - palmy, rododendrony, fontanny... No a teraz do restauracji. Zamawiam Tandoori Chicken - najlepsze danie indyjskiej kuchni. Jest to pieczony w specjalnym piecu zwanym tandoori kurczak, przyprawiony na ostro jak piekło. Ale rzecz nie polega tylko na przyprawach. Także tandoori, glinianym piecu o kształcie beczki wkopanym w ziemię. Na samym dole tego pieca jest warstwa żaru, a kurczaki i inne rzeczy do pieczenia wiesza się metr nad żarem tuż pod zwężeniem komina. Specyficzny efekt pieczenia w piecu tandoori nie daje się osiągnąć w żadnym piekarniku.
Agnieszka jest początkowo nieufna, bo jak każdy człowiek wychowany na polskiej kuchni nie zna przypraw. Po chwilki widzę, że bardzo jej smakuje. Zaczynamy zamawiać różne dodatki, ciapaty with garlic, mixed vegetables... Podoba jej się. Widzę, że już złapała bakcyla Indii, a tego bakcyla już się nie da wyleczyć. Kto raz pokochał Indie, temu już tak zostanie.

Nehru Park.Fot. Krzysztof Łoziński

Drugi dzień w Delhi to już zupełnie inny nastrój. Zaczynamy zwiedzanie. Pechowo jedziemy najpierw do Red Fortu (pałacu cesarskiego). Jest poniedziałek i okazuje się, że Red Fort jest dziś zamknięty dla zwiedzających. Możemy wprawdzie zwiedzić pobliski Szahdżahanabad, czyli serce Starego Delhi, ale to ciężkie przeżycie nawet dla przywykłego. W centrum Szahdżahanabadu, na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych żyje jakieś 4-5 milionów ludzi. Uliczki mają po metr szerokości a tłok przypomina autobus w godzinach szczytu. Wolę jeszcze tego nie fundować Agnieszcze.
Zamiast tego zwiedzimy Qutb Minar - ruiny ogromnego meczetu z XII wieku (zdjęcia tego obiektu znajdzie czytelnik w „Kontratekstach", w galerii zdjęć pt. „Qutb Minar - minaret generała Qutb"). Jest oczywiście pewien problem komunikacyjny - odległość.
Bierzemy motorową rikszę. Kierowca jest przerażony.
- To ponad 50 kilometrów - mówi i żąda 200 rupii.
OK. Niech mu będzie 200 rupii. W końcu to tylko odpowiednik 14 złotych za kurs jak z Łomianek do Piaseczna. Zwiedzanie Qutb Minar to czysta przyjemność. Piękna stara architektura w pięknym parku, wspaniale płaskorzeźby. Palmy, kwiaty choć to grudzień. Miły akcent na koniec drugiego dnia w Delhi. Jutro o szóstej rano wyruszamy do Agry.

Ciąg dalszy nastąpi.

Krzysztof Łoziński