Wiele lat temu przydarzyło mi się być - wbrew mojej woli i bez mojej wiedzy - zamieszanym w nie do końca normalne działania władz ówczesnej Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach. Nie rozumiejąc do końca istoty rzeczy i bojąc się o własną skórę zamiast cicho siedzieć podniosłem publicznie szum i zacząłem pisać o nieprawidłowościach, które odbierałem wówczas jako skandaliczne i zagrażające zarówno uczelni jak i mnie osobiście.
Gwoli uczciwości powiedzieć trzeba, że mądrzy ludzie mówili mi, iż robię głupio, bo świata nie naprawię, a po łbie oberwać mogę. Dziś pewnie bym posłuchał, ale wtedy jeszcze wierzyłem w prawo, etos akademicki i podobne duperele, z których dziś nawet śmiać mi się nie chce. Tak więc trochę narozrabiałem i o znanych mi przekrętach pisałem do różnych dziwnych instytucji Państwa (np. prokuratury), a parę spraw opisałem w mediach, głównie internetowych. Nikt nigdy nie udowodnił mi kłamstwa, nie podał do sadu o pomówienie, ani nie żądał sprostowania moich wypowiedzi.

Pisać zacząłem się w roku 2002, ale już od mniej więcej 1994 roku spotykały mnie dziwne przypadki, których jednak nie kojarzyłem wówczas z jakimikolwiek nieprawidłowościami w funkcjonowaniu uczelni, gdzie pracowałem. Były to np. „głuche" nocne telefony, pogróżki telefoniczne, czy przebijanie opon. Wydawało mi się wówczas, że są to konsekwencje moich zupełnie prywatnych spraw, a niektóre (np. uszkadzanie opon) kojarzyłem z niechlujnym parkowaniem, co mi się niekiedy przydarzało.

W 2002 roku włączyłem się w prasową, a potem internetową dyskusję o kondycji i przyszłości mojej uczelni. Okazało się, że temat jest w Kielcach nośny i wkrótce internetowa dyskusja nabrała rozmachu i tempa, którego nie oczekiwałem. Wypowiadali się ludzie, którzy znali sprawę lepiej ode mnie, a do mnie przychodzili koledzy „podnoszący na duchu" i zachęcający do kontynuowania rozróby. Prawdę mówiąc dopiero wtedy okazało się jak bardzo dwulicowi byli niektórzy z nich; oficjalnie dobrze żyli z władzą, a za jej plecami „podpuszczali" mnie do tej władzy obalania. W efekcie mego durnego uporu w ujawnianiu nieprawidłowości zarządzania uczelnią zostałem z niej wylany. Internetowej dyskusji o „moich" sprawach to nie zakończyło, bo była przez nieznane mi osoby podsycana wypowiedziami, które moi adwersarze uparcie przypisywali mnie.

I tak się toto przez kilka lat toczyło. Przed dwoma laty byłem obiektem bardzo dziwnych działań nieznanych mi osób. Najpierw posiadany przeze mnie telefon zaczął żyć własnym życiem; „sam z siebie" uruchamiał kamerę, dzwonił (ale nie wyświetlał ani numeru z którego telefonowano, ani informacji, iż numer ten jest zastrzeżony. Wyświetlacz telefonu był po prostu pusty.) i robił zdjęcia. Tyle wówczas zauważyłem. Ajent „Ery", u którego telefon kupiłem podejrzewał awarię aparatu, ale okazało się, przełożenie karty SIM do innych telefonów niczego nie zmienia. Otrzymywałem nadal dziwne „połączenia", a jeśli aparat miał kamerę, to się ona uruchamiała. Byłem też, bez mojej wiedzy i zgody, lokalizowany przez usługę „gdzie jest dziecko".

Rzecz całą w grudniu 2009 opisałem m.in. w portalu Niezależnego Forum Akademickiego (http://www.nfa.pl/) i magazynie internetowym „Kontrateksty" (www.kontrateksty.pl). O sprawie powiadomiłem prokuraturę, a redakcja „Kontratekstów" napisała list do ministra sprawiedliwości z informacją, że inwigiluje się dziennikarza. Przez dwa miesiące nie działo się nic, a potem otrzymałem wezwania do stawienia się na przesłuchanie w IV Komisariacie Policji w Kielcach i w prokuraturze w Warszawie. W międzyczasie doradzono mi, by sprawy nie rozdmuchiwać, bo sprawcy i tak wykryć się nie da, a ja będę miał tylko dodatkowe kłopoty, albo i jakiś „wypadek". Twierdzono, że nawet gdyby zdarzył się cud i ustalono by, kto mnie „namierzał" i fotografował, to i tak nic z tego nie wyjdzie, bo nasze prawo nie zna takiego przestępstwa.

Wydawało się, że jak „odpuszczę", to nieznany sprawca moich problemów zrobi to samo i będę miał spokój. Posłuchałem i zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa wycofałem. Postanowiłem, że nigdy nie będę powiadamiał organów ścigania RP o żadnych przestępstwach, które nie stanowią dla mnie bezpośredniego zagrożenia i do dziś dotrzymywałem tego. Zaprzestałem też publicznego wypowiadania się w sprawach związanych z byłą Akademią Świętokrzyską i jej pracownikami, pisania artykułów i generalnie uczestniczenia w dyskusji o kondycji naszego szkolnictwa wyższego. Można to nazwać zastraszeniem, ale byłem już bardzo sprawą zmęczony. I do lipca tego roku miałem spokój.

W lipcu telefon znów zaczął uruchamiać kamerę i dzwonić bez podawania numeru dzwoniącego lub informacji, że numer ten jest zastrzeżony. Okazało się też, że aparat wysłał SMS do nieznanego mi adresata. Odebrałem to jako naciąganie mnie przez operatora na dodatkowe opłaty, bo media trąbiły akurat o podobnych historiach i nie wiązałem tego z moimi kłopotami. A pomny dobrych rad z 2010 roku i rozumiejąc, że do pisania o przekrętach ludzi wielkich to ja byłem za mały, postanowiłem przeczekać licząc, że nieznany sprawca po prostu się znudzi. Kilka dni temu, przez przypadek, zauważyłem, iż w jednej z posiadanych przeze mnie „komórek" do spisu telefonów dopisano kilkanaście bardzo dziwnych pozycji. Sprawdziłem drugi aparat i okazało się, że tam z kolei wiele pozycji usunięto. Okazało się też, że jeden z moich telefonów sam zadzwonił do drugiego, a ten drugi rozmowy nie zarejestrował. W tym momencie uświadomiłem sobie, że ktoś posłużył się moją tożsamością, co dokładnie „podpada" pod nowy rodzaj przestępstwa, tzw. stalking.

Napisałem więc stosowne pismo i powiadomiłem prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. Nie wiem co z tego wyjdzie. Zastanawia mnie jednak motywacja i pewność siebie nieznanego mi sprawcy moich problemów. Motywacja, bo przez prawie dwa lata naprawdę nikomu nie „podpadłem". Nie kłóciłem się z nikim (naprawdę; nie liczę tu kłótni z bliskimi o drobiazgi, np. w co mam się ubierać) nie miałem żadnych sporów, nie wchodziłem nikomu w drogę. Jestem emerytem i trudno jest znaleźć miejsce, gdzie jakieś spory mogłyby być wygenerowane. Nie ma „normalnych" powodów ani zatruwania mi życia, ani np. „namierzania" mnie. Psychopatia?

Pewność siebie, bo aby wykonać takie „numery" trzeba mieć sporą wiedzę o działaniu systemów operacyjnych telefonów komórkowych i stosowanych zabezpieczeniach. Tacy ludzie wiedzą też na ogół, iż nie ma absolutnej gwarancji, że ktoś inny (szczególnie dysponująca niedostępnymi dla przeciętnego obywatela możliwościami policja) nie będzie lepszy i nie zidentyfikuje sprawcy. Nie był to, niestety pierwszy przypadek, gdy byłem przez nieznanych sprawców nękany. Kilka lat temu pomawiano mnie w Internecie. Kto ma ochotę może część tych „dyskusji" znaleźć w dyskusyjnym forum kieleckiej edycji „Gazety Wyborczej" z lat 2002 - 2008 (np. wpisując w wyszukiwarkę forum moje nazwisko). Są to, niestety, resztki, bo co lepsze posty zostały przez redakcję GW usunięte. Prokuratura najpierw odmawiała wszczęcia dochodzenia, a potem - po wielu moich interwencjach - zażądała w końcu stosownych danych od GW. Zrobiła to jednak tak dowcipnie, że poprosiła o dane, które się „przedawniły" i których podania miała wówczas redakcja GW prawo odmówić.

Ja prosiłem o ustalenie autorów postów z okresu, kiedy były one zgodnie z prawem dostępne, ale prokurator ewidentnie nie chciał tego uczynić. Miałem też sprawy w kilku sądach. Ostatnim był chyba Woj. Sąd Administracyjny w Warszawie, który stwierdził, że ochrona danych osobowych sprawcy takiego czynu jest ważniejsza niż ochrona moich dóbr osobistych. Uzasadniano to tym, iż ujawnienie danych sprawcy pomówień naraziłoby na szwank opinię GW, która nie byłaby w stanie zapewnić internautom, w szczególności autorom pomówień, anonimowości.

O sprawie pisały m.in. GW i „Rzeczpospolita". Co ciekawe ten sam kielecki sąd, który moją prośbę odrzucił, polecił jednak ustalić tożsamość osoby pomawiającej jednego z posłów. I prokuratura wykonała to szybko i bez problemów. A moim przypadku znane były nawet numery IP sprawcy. Był to Wydział Zarządzania i Administracji Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach, gdzie wówczas pracowałem. Konkretnej osoby ustalić się nie dało, bo nie ustalono, z którego komputera posty zostały nadane. Tak się jakoś dziwnie składało, że ochrona moich dóbr osobistych albo przegrywała z innymi interesami albo miała pecha trafiać na niekompetentnych funkcjonariuszy Państwa lub rozmaite, nigdy do końca nie wyjaśnione, kłopoty „techniczne".

Nie wiem co będzie teraz, ale zauważyłem, iż telefon uruchamia kamerę na ogół po zmianie lokalizacji, więc wygląda mi na to, że znów ktoś koniecznie chce wiedzieć gdzie przebywam. Ja chciałbym wiedzieć po co mu ta wiedza. Na wszelki wypadek informuję, że po ulicach poruszam się bardzo ostrożnie, pierwszeństwa nie wymuszam, szybkości znacząco nie przekraczam i generalnie jestem raczej za bardzo, niż za mało ostrożny. Jestem też człowiekiem pogodnym, problemów finansowych nie mam, a w depresję nie popadałem właściwie nigdy. Nie piszę tego, oczywiście, po to by cokolwiek sugerować. Ot, po prostu, czytałem sporo o różnych wypadkach i przykrych konsekwencjach załamań psychicznych i tak mi się jakoś skojarzyło.

Waldemar Korczyński