12 maja tego roku skierowałem do naczelnika I Urzędu Skarbowego Warszawa Śródmieście skargę, której istotny fragment przytaczam poniżej (czytelnicy, którzy pamiętają, o co chodziło, bo była publikowana w „Kontratekstach", mogą sobie ten opis opuścić). Była to skarga na nieuzasadnione wszczęcie postępowania karno-skarbowego. Obecnie dostałem kuriozalną odpowiedź.
 Ale najpierw opis wydarzeń zawarty w skardze:

30 kwietnia 2010 roku wypełniłem roczną deklarację podatkową, a więc jeszcze w terminie. Znajdowałem się wówczas na wsi, w powiecie Giżycko, gmina Wydminy. Czekałem na ostatni dzień, bo nie miałem ze sobą PIT-ów 11, bez których nie mogłem wypełnić deklaracji. Żona przywiozła mi je dopiero 30 kwietnia rano. Po wypełnieniu deklaracji, przekonany, że mam jeszcze wiele godzin czasu do terminu upływającego o północy i do zamknięcia poczty (według regulaminu Poczty Polskiej do godziny 20.00), pojechałem do Wydmin (siedziby gminy) na pocztę. Wielkie było moje zdziwienie, gdy zastałem kartkę głoszącą, iż tego dnia (ostatniego dnia składania zeznań podatkowych) poczta jest czynna tylko do godziny 13.00. Nie mogłem więc nadać listu poleconego, ale na skrzynce pocztowej napisano, że listy wyjmowane są do godziny 20.00. Wysłałem więc list zwykły, wrzucając go do skrzynki pocztowej na wiele godzin przed upływem terminu. Nie wiedziałem jednak, że poczta odnotuje stemplem nadanie listu dopiero po weekendzie, w poniedziałek, a więc 3 dni później, niż faktyczne został nadany.

Próbowałem jeszcze nadać deklarację drogą elektroniczną, ale odbiłem się od wymogu podania stanu końcowego deklaracji z poprzedniego roku, bo będąc poza miejscem zamieszkania nie mogłem tego sprawdzić.

W dniu 13 kwietnia 2011 roku (rok później) wymeldowałem się z dotychczasowego miejsca zameldowania, pod adresem Miodowa xxxx, Warszawa. Informacja o tym została odnotowana w systemie PESEL, więc Urząd Skarbowy powinien o tym wiedzieć. Urząd Skarbowy znał też mój nowy adres, bo był to od paru lat mój adres od korespondencji i korespondencję na ten adres otrzymywałem, także od instytucji państwa.

Mimo to, w dniu 20.04.2001 r., Pierwszy Urząd Skarbowy Warszawa Śródmieście wysłał do mnie listem poleconym, za potwierdzeniem odbioru, wezwanie na dzień 27 kwietnia 2011 (wystawione 15 kwietnia, a wysłane 20 kwietnia). Awizo znalazłem w skrzynce (pod starym adresem, gdzie od 3 tygodni nie byłem już zameldowany) dnia 5 maja 2011 roku, czyli 9 dni po terminie wezwania. List odebrałem na poczcie 6 maja, w piątek wieczorem. Sobota i niedziela to dni wolne, a w poniedziałek i wtorek nie było mnie w Warszawie. Udałem się do Urzędu Skarbowego dziś, w środę 11 maja, przekonany, że cały ten ciąg zbiegów okoliczności i nieporozumień wyjaśnię i będzie po problemie. Byłem nawet gotów uiścić stosowną karę, choć nie poczuwam się do odpowiedzialności za działanie Poczty Polskiej, notabene spółki Skarbu Państwa.

Co więcej, według stempli pocztowych, wezwanie wystawione w dniu 15 kwietnia, zostało nadane dopiero 20 kwietnia, a do urzędu pocztowego, który wystawił awizo, dotarło 27 kwietnia, w dniu, w którym upływał termin stawienia się na to wezwanie. Według prawa, od tego momentu, czyli od 27 kwietnia, miałem jednak 14 dni czasu na odebranie listu. Wynika z tego, że w dniu, w którym stawiłem się w Urzędzie Skarbowym, zgodnie z prawem mogłem dopiero odbierać wezwanie na poczcie. Według stempli pocztowych, drugie awizo zostało wystawione 5 maja, w dniu, w którym je odebrałem, ale w dodatku w skrzynce pocztowej wcale nie było awizo pierwszego, było tylko jedno. Pocztę odbierałem po raz pierwszy od 13 kwietnia. Nawiasem mówiąc, miałem prawo jej w ogóle nie odbierać pod adresem, pod którym już nie mieszkam.

Pani, która przyjęła mnie w Urzędzie Skarbowym, nie odnotowała nigdzie tego, że się stawiłem, nie chciała słuchać żadnych wyjaśnień. Stwierdziła (bez sprawdzania niczego), że popełniłem dwa wykroczenia (deklaracja po terminie i nie stawienie się w terminie wezwania), więc urząd „wszczął wobec mnie postępowanie, o którym nie będę informowany ani wzywany, aż do decyzji". Jeżeli chcę coś wyjaśniać, to mogę to zrobić na piśmie i złożyć w sekretariacie. Sądząc po tym, jak zostałem potraktowany, nie wierzę w skuteczność takich wyjaśnień i dlatego zwracam się bezpośrednio do Pana.

Szanowny Panie Naczelniku,

uważam, że w demokratycznym państwie prawa nikt nie powinien być karany za czyny cudze lub takie, których nie miał świadomości. O ile pamiętam definicję winy z polskiego kodeksu, to jest tam mowa o świadomości czynu. Ja nie mogłem wiedzieć, że państwowa Poczta Polska stempluje listy 3 dni po wyjęciu ich ze skrzynki, ani o terminie, o którym dowiedziałem się po raz pierwszy 10 dni po nim. Nie poczuwam się więc do żadnej winy. Urząd Skarbowy jest jednostką Skarbu Państwa, a Poczta Polska jest spółką Skarbu Państwa. To jest w obu przypadkach to samo państwo. Uważam, że państwo nie może przerzucać na obywatela odpowiedzialności, za swoje własne błędy, lub nieudolność. Obywatel nie może odpowiadać za błędne decyzje urzędnika, który wysyła wezwanie ze zbyt krótkim terminem (jeśli wezwanie wystawiono 15 kwietnia, to 27 kwietnia nie upłynął jeszcze termin, w którym wezwany ustawowo miał je odebrać, czyli 14 dni), za to że poczta z ulicy Lindleya na ulicę Miodową przesyła list 7 dni (odległość tę piechotą idę mniej niż 30 minut), za to że w ostatnim dniu składania zeznań podatkowych poczta w siedzibie całej gminy zamyka urząd o godzinie 13.00, a listy wyjmowane ze skrzynki stempluje po 3 dniach (a to nie Warszawa, gdzie można pójść na inną pocztę, tam innej nie ma).

Zaznaczam też, że na wezwaniu nie podano żadnego numeru telefonu, z którym mógłbym się skontaktować i poinformować o tym, że dopiero teraz odebrałem wezwanie i będę mógł się na nie stawić dopiero w środę, bo wcześniej są dni wolne lub nie ma mnie w Warszawie.

Ponieważ skargę kieruję także do wiadomości do dwóch ministrów, finansów i infrastruktury, którym podlegają Urząd Skarbowy i Poczta Polska, na koniec parę słów do nich.

Szanowni Panowie Ministrowie, jeśli nie wiecie czemu rząd traci poparcie, to właśnie dlatego, że obywatel styka się z urzędnikami niskiego szczebla, przez których potraktowany jest opryskliwie, arogancko, który wobec niego orzekają winę bez zdania racji, według zasady jak za komuny: władza ma rację zawsze, a obywatel nigdy. Teoretycznie, w polskim prawie obowiązuje zasada domniemania niewinności, ale w polskich urzędach odwrotnie: domniemanie winy. W dodatku wina ta polega na tym, że dwie państwowe instytucje źle funkcjonują, a winny temu ma być obywatel. Myślę, że demokratyczne państwo prawa nie na tym polega.

Tyle opisu i uzasadnienia w mojej skardze. Pan Naczelnik okazał się Panią Naczelnik, więc za pomylenie płci przepraszam. Odpowiedź, jaką dostałem, jest mniej więcej taka:

Nie wysłałem deklaracji w terminie i nie stawiłem się w terminie, w związku z tym nie można wszcząć wobec mnie postępowania karno-skarbowego, bo tu już nie obowiązuje ustawa karno-skarbowa, tylko kodeks postępowania karnego, a wedle tego kodeksu, moje wykroczenie karno-skarbowe jest przedawnione. W oryginale wymieniono z pół tuzina artykułów i paragrafów. Poza tym wezwano mnie w celu złożenia wyjaśnień, a że jestem przedawniony, to karać mnie nie będą.

A to ci heca! Skoro jestem przedawniony, to po co mnie wzywano? Skoro „w celu złożenia wyjaśnień", to czemu nie przyjęto ode mnie wyjaśnień? Ale najlepsze jest w tym co innego. Oto obywatel nadal jest przestępcą, który odpowiada za złe działanie instytucji państwa (US i poczty), ale państwo jest tak łaskawe, że go karać nie będzie, za to, co samo nawywijało, bo się jego zbrodnia skarbowa przedawniła. Jednym słowem, jak w tytule: i wilk syty i owca zjedzona.

Krzysztof Łoziński