Witam Szanowną Redakcję
W nawiązaniu do ostatniego wydania „Kontratekstów" (14 kwietnia 2007) chciałbym się odnieść do artykułu „Psychologia dyktatury" Redaktora Odpowiedzialnego.
Jestem „za", jednakże w odniesieniu do tego fragmentu „Nie pisz takich tekstów, bo cię zamkną! - mówi mi rodzina. A to byłby niezły pomysł. Byłbym pierwszym więźniem politycznym IV RP, a po upadku IV RP, powrocie do praworządności i demokracji, może dostałbym nawet jakiś order? Panie Hegemonie, proszę mnie zamknąć!" pozwolę sobie na swoje trzy grosze.

Wydaje mi się, i to „wydawanie" jest jak najbardziej uzasadnione o czym już za chwilę, że nie byłby Pan Redaktor pierwszym więźniem politycznym IV RP. Co prawda z samej definicji więzień polityczny wynika to i owo. Jednak. W państwie (budowanej) dyktatury, o której ostatnio sporo zostało napisane, a jeszcze więcej powiedziane, zawsze będą istnieć zaprzeczenia (co wiemy z doświadczeń okresu minionego) o istnieniu takich więźniów! (sic).

Zanim opinia publiczna dowie się, że pan "X" naprawdę został wtrącony do więzienia przepełnionego ponad wszelką miarę jakiejkolwiek przyzwoitości, gdzie pojęcie humanitaryzm kary jest tylko zapisem kodeksowym, za przekonania polityczne, za pisanie prawdy o skorumpowanej władzy, to wpierw tę opinię publiczną, i tak zwany ogół, obleci informacja, że pan „X" to taki a siaki kryminalista, oszust i Bóg wie co jeszcze: bo arsenał nadania „odpowiedniego" miana przestępcy  mają naprawdę przebogaty. Tym właśnie się różni państwo systemu policyjnego od państwa demokratycznego.

Co do mojego uzasadnionego wydawania się odnośnie definicji więźnia politycznego.  Otóż; Szanowny Redaktorze Odpowiedzialny. W tym kraju, przyjmując za fakt prawdziwy, że demokracja wkroczyła do Polski w 1989 roku więźniów, których można, ba nawet trzeba by uznać za politycznych, mieliśmy i mamy całkiem sporo. Skąd ta pewność?  Wystarczy uznać za fakt  wystarczający, że jeśli się kogoś chce udupić to system znajdzie odpowiedni środek.(!)

Co znaczyć może owe kogoś? Tym kimś przeważnie są ci, którzy władzy (bez względu na opcję polityczną) z różnych względów nie pasują pod regułę poprawności politycznej. Reguła: nie jesteś z nami jesteś przeciw nam działa w tym kraju od zawsze. I też od zawsze w przypadkach zaistniałej potrzeby jej użycia jest stosowana. Jeszcze nie tak dawno w „tamtej" Polsce z niewygodnych „krzykaczy" robiono wariatów, a jeśli i to nie pomagało zamykano im usta, na zawsze.

W tej nowej Polsce przypadek młodego człowieka, którego prokurator odesłał do wariatkowa na „leczenie" nakazuje nam pamiętać, że  s y s t e m  wciąż działa że ludzie, od których zależy czyjaś wolność, a nawet życie, też są  jeszcze wciąż „tamci". Zasiadają w niektórych ważnych organach państwach w wielu przypadkach są sądy i prokuratura.


Po zmianach ustrojowych w ´89 byliśmy świadkami kilku spektakularnych akcji zamykania biznesmenów, którzy nie szli z prądem. Jednym pociągnięciem ręki - złożony podpis o aresztowanie przekreślał cały  dotychczasowy dorobek człowieka. Przykładem może być R. Kluska., Wróbel i kilku innych, którym media zechciały poświecić odrobinę swojego cennego czasu...

Ale prawdziwy dramat rozgrywał się o wiele niżej, gdzie niszczono jednostki przy pomocy karbówki, policji, prokuratury i sądu: niszczono ludzi, którzy wdepnęli władzy (najczęściej tej lokalnej) na odcisk. Okresem bezwzględnej bezpardonowej walki  były pierwsze lata demokratycznej wolności. Wtedy pojawiały się - rosły jak grzyby po deszczu - pierwsze mniejsze i większe prywatne przedsięwzięcia. Kapitalizmu często uczono się na własnych błędach. Hasło „co nie jest zabronione jest dozwolone" dawało wielu przedsiębiorczym obywatelom zielone światło do prawdziwego biznesu. Tym „światłem" zaczęli się interesować różni tacy, którym najwyraźniej przeszkadzał wyższy poziom przeciętnych Kowalskich i Nowaków. Zaczęto dość ostro manipulować przy ustawach, które miast życie ułatwić znacząco je utrudniały. W ten sposób (za rządów PC) ograniczono swobodę gospodarczą. Dziś ci sami, lub pochodni tamtym członkom PC, idą dalej - próbują ograniczyć resztę swobód. Stąd tylko krok do dyktatury (...)

Wracając jednak do głównego wątku niniejszego listu ograniczę się w swych wywodach na temat wytworzonej atmosfery, klimatu które pozwoliły na funkcjonowanie niszczycielskich mechanizmów kontroli i nacisku.

W latach 90 byłem jednym z tych odważnych, co to ryzyka podjąć się nie bali. Początkowo szło dobrze, a nawet bardzo. Później zaczęło bywać różnie zwłaszcza, kiedy na pomysł łatwych pieniędzy wpadli negatywnie zlustrowani milicjanci i esbecy tworzący zaczątki polskiej mafii. Z jednej strony coraz to nowe pomysły fiskusa z drugiej „wjazdy"* bandytów wymuszające haracze. W wyniku jednego takiego wjazdu (listopad 1991 r.), kiedy zażądano ode mnie znacznej kwoty pieniędzy byłem sam w domu z trojgiem malutkich dzieci. Żona była, w prowadzonym przez nas, pawilonie handlowym. Jedno, tę starszą córkę, wepchnąłem pod stół w rogu pokoju, drugą czteromiesięczną trzymałem na ręku, a trzecie - brat bliźniaczy tej na ręku- leżało w łóżeczku w drugim pokoju. Dwóch zbirów, z których jeden bardzo agresywny, na samo dzień dobry zdemolowali telefon i domofon. Powywracali część mebli, zapewne dla podkreślenia swojej determinacji urządzili pokaz siły. Z szybkiej rozmowy wynikało ze mają moją żonę i mam zapłacić 10 milionów. Miałem tylko sześć, dałem. Kiedy mieli już zamiar wychodzić rozpłakał się syn w pokoju obok. Tamci na moment spanikowali. Krzyknął, ten bardziej agresywny, „mówiłeś że nikogo nie ma w domu" po czym walnął mnie z całej siły w pod żebra wtedy rozpłakało się dziecko które trzymałem na rękach. Tamten  wpadł do pokoju sąsiedniego aby sprowadzić czy mówię prawdę. Syn bardzo głośno płakał, najwyraźniej przestraszył się hałasów i głośno prowadzonej rozmowy. Po chwili płacz chłopczyka się nasilił, a potem ucichł słychać było tylko ciche chlipanie i głębokie wzdychania umęczonego płaczem dziecka. Wszystko działo się szybko. Nie wiem dokładnie ile, dziesięć może dwanaście minut?

Kiedy wyszli zamknąłem drzwi na klucz i zobaczyłem co w pokoju obok. Syn wydawał mi się bardzo śpiący, miał różowe zaczerwienia jakby otarcia jego delikatnej skóry na twarzy. Przewinąłem go i po chwili usnął. Od sąsiadów zadzwoniłem po policję- zgłosiłem napad. Przyjechali i oświadczyli, że w rozliczenia firm oni się wtrącają (?). Potem sprawiłem co z żoną. Na szczęście nic się jej stało, tamtych nie było w sklepie. Zatem musieli tylko prowadzić obserwację i domu i sklepu. Syn na drugi dzień zmarł. Przyczyn zgonu nie ustalono. Dziecko miało na twarzy i ciele liczne zasinienia. Został pobity. Dziś miałby niespełna szesnaście lat. Wtedy pierwszy raz przeżyłem poważne załamanie.

Po śmierci syna, tego samego dnia, zmieniliśmy adres zamieszkania.

Niespełna rok później miałem kolejny wjazd innych bandytów. Tym razem było ich sześciu. Ci akurat byli nawet grzeczni. Przez okno pokazali mi samochód w środku siedziała niespełna czteroletnia córka, którą zabrali z przydomowej piaskownicy na posesji.  Samochód odjechał. Dalej sprawy potoczyły się szybko. Nie miałem tylu pieniędzy więc zabrali towar znaczącej wartości. Byli dobrze zorganizowani, gdyż po chwili podjechał samochód ciężarowy zapakowali go po brzegi i tyle ich widziałem. Dziecko wróciło do nas.

Ten fakt również zgłosiłem, tym razem zawiadomiłem prokuraturę. Policji podałem sporo danych, które ustaliłem osobiście w Słupsku. Ci „panowie" byli przedstawicielami zorganizowanej grupy przestępczej z tego miasta. Działali na terenie całej Polski, a nawet za granicą. Po długim ponad rocznym śledztwie policja poradziła mi abym odstąpił od sięgania tych „panów". Policji nie udało się przesłuchać sprawców, jednak zebrany materiał w mojej i innych sprawach pozwolił na ich ściganie w kraju i za granicą. Mnie poradzono abym odstąpił od ich ścigania: „ masz rodzinę to nie są przelewki, oni są bezwzględni prędzej czy później  dopadną ciebie albo kogoś z twoich bliskich" usłyszałem od  policjanta, który oficjalnie zakończył śledztwo na wskutek wycofania wniosku o ściganie.

Okradziony w podobny sposób zostałem jeszcze dwa razy. Pojawiły się problemy z rozliczeniami. Stopa Balcerowicza też mi narobiła sporo strat, a jeszcze większych narobił komornik działający przy sądzie. Pan komornik zniszczył wielu przedsiębiorców. Z rozliczeniami miał spore problemy. Temat drążyłem wielokrotnie, jednak zawsze natrafiałem na ścianę milczenia. W odpowiedzi podawano mi nie te akta sprawy uznano, że innych nie ma! Dlaczego? Interes miało w tym sporo znajomych i krewnych króliczka, którzy kupowali za bezcen od komornika: telewizory, sprzęty agd i meble, które jako zabezpieczenie zarekwirował mi pan G. Mimo moich wpłat do kasy komornika i rozliczeń z nim, towaru nigdy nie odzyskałem. Nie zostały uwzględnione moje wpłaty pomimo, że mam na to dowody!  Ale to już inna historia, prawdziwa jak wiele innych, które nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Tak działali w tamtym okresie komornicy. Przez kilka kolejnych lat przez duże miasta Polski maszerowały pikiety manifestujące swój sprzeciw przeciw złodziejskim praktykom stosowanym w imię prawa!

Komornik = złodziej! Takie i inne transparenty dominowały na tłumem osób dotkniętych tamtymi praktykami. Wiele istnień ludzkich zgasło wraz z tym jak zgasła wiara w uczciwość organów państwa. Wiele osób w tym kraju parających się działalnością gospodarczą na własny rachunek skorzystali poszło z torbami. inni powędrowali na cmentarz. Wypełnili swój „obowiązek" wobec prawa naturalnego - umarli. Nikogo oprócz najbliższych nie obchodziło, że odeszli tak nagle, tak młodo... Cena demokracji, czy cena kapitalizmu?

Działo się tragicznie. Nie mogłem udźwignąć ciężaru prowadzenia działalności: została firma, z którą się nie rozliczyłem na kwotę ośmiu tysięcy złotych - poszli ze mną do sądu. Był rok 1996 - zostałem skazany na jeden rok i cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. 

W tak zwanym międzyczasie zanim zapadł jeszcze wyrok, wciąż jednak drążąc temat nie rozliczenia się komornika wobec mnie i moich najbliższych, wkurzony na chory system prawa, wytropiłem jedną chyba z większych afer okradania skarbu państwa za pośrednictwem ZUS-u. Proceder lewych zwolnień lekarskich, fikcyjne chorobowe, które przynosiły nielichy dodatkowy dochód pomysłodawcom, zwolnienia od służby wojskowej, fikcyjne zaświadczenia o niepełnosprawności, itp., itd., etc.

To, że wykryłem i ustaliłem jak działa ów system oraz kto zajmuje się tym procederem, to jeszcze nic złego. Największy bodajże błąd popełniłem, kiedy moją wiedzą (działając w dobrej wierze) podzieliłem się z lokalną policją zgłaszając ten fakt. Większej gafy, jak miało się wkrótce okazać, nie mogłem popełnić. Najprawdopodobniej nie pomogłoby nawet gdym równocześnie zawiadomił prokuraturę i ministerstwo, czego niestety nie uczyniłem, sprawę na tamten czas i tak by skręcono. Albowiem na tamten czas był zły klimat na tego rodzaju działania.

Naruszyłem ważny system nerwowy lokalnego układu: pracownicy ZUS, lekarze, osoby prominentne i niektórzy lokalni politycy - wszyscy krewni i znajomi króliczka -

to ci którym mógłbym zaszkodzić.

Jak bardzo silny i jeszcze  bardziej rozbudowany był ów system, a działał chyba podobnie w niemalże całym kraju, dowiedzieć miałem się później. Po latach od tamtego zawiadomienia dowiedziałem się od funkcjonariusza przyjmującego wtedy moje zgłoszenie, że nie zdążyłem opuścić komendy a już poinformowano wszystkich, którzy w tym „biznesie" robili. Wtedy też wydano na mnie wyrok. Krótko po moim zawiadomieniu zapada wyrok roku i czterech miesięcy. Sąd nie uznał moich dowodów na to że zostałem okradziony uznał moje dowody za przyjętą linię obrony. Trudno, stało się.

Ale gra, prawdziwa rozgrywka, miała się dopiero zacząć. Trzykrotnie o odstępie krótkiego czasu zostałem okazywany różnym osobom w celu rozpoznania mnie jako sprawcy! O co chodziło nikt mi nie mówił. Za czwartym razem się dowiedziałem. Przy kolejnym okazaniu kobieta mnie ‘rozpoznała" ale zanim to uczyniła została poinstruowana przez prowadzącego dochodzenie „ten z brodą". „Rozpoznała" mnie z pośród dwóch innych osób, którzy pracowali w policji. Ten z brodą odpowiedziała na pytanie śledczego. Śledztwo zostało szybko zakończone i sąd niespełna rok później skazał mnie na karę bezwzględnego pozbawienia wolności na okres jednego roku. To był 1997 rok. Jednak wtedy kary nie wykonano - została mi odroczona, a następnie zawieszona do czasu...

Przyszedł czas na pewne zmiany w moim życiu. Kiedy się troszkę pozbierałem i uporządkowałem swoje sprawy i życie osobiste, postanowiłem na nowo zająć się dziennikarstwem. Wcześniej 1998-2000 byłem korespondentem DB mutacji kociewskiej. Od 2002 roku zająłem się na poważnie rozwiązywaniem zagadek dotyczących lokalnego układu. Kiedy po raz wtóry naruszyłem ów system nerwowy układu na moją pocztę zaczęły trafiać pogróżki i groźby. Kilka razy zagrożono mi utratę życia. Poruszałem bardzo brudne tematy, wielowątkowo odkrywałem układ za układem. Prokuratury miały co robić i z tego co wiem zajęcia dostarczyłem im na dłużej.  Policja kilkakrotnie, dokładnie trzy razy, pod pozorem przeprowadzenia czynności zmierzała do zamknięcia redakcji próbowano zająć sprzęt! Trzy razy prokuratura uznała, że działania policji były bezprzedmiotowe. To miało miejsc w dekadzie III RP.   

Za czasów IV RP prawo poszło krok dalej. Komuś skończyła się cierpliwość, ktoś nie wytrzymał ciśnienia, ktoś się najwyraźniej przestraszył moimi działaniami. Trafiłem do aresztu.

17 lipca 2006 roku zabrano mnie prosto z ulicy, kiedy wracałem z dziećmi (13 i 15 l.) z miasta. Dwóch rosłych funkcjonariuszy z kryminalnej poprosiło abym udał się z nimi bowiem mają nakaz doprowadzenia mnie do aresztu celem odbycia kary jednego roku i czterech miesięcy. Poprosiłem o okazanie mi tego nakazu, nie mieli. Zażądałem aby taki nakaz jeden z nich przywiózł jednocześnie informując panów policjantów, że ten wyrok nie funkcjonuje, albowiem jest odroczone wykonanie tej kary. - Okażemy panu na komendzie.

Kiedy kategorycznie po raz drugi zażądałem jego okazania użyli wobec mnie siły, skuli rękoma w tył i wrzucili do nie oznakowanego pojazdu.  Działo się to na oczach moich dzieci, zaledwie kilkanaście kroków od miejsca zamieszkania, w  którym leżało postanowienie o odroczeniu wykonania kary pozbawienia wolności od dnia 19 czerwca do 19 grudnia 2006.

Oczywiście na komendzie policji nie mieli żadnego nakazu machnęli mi przed nosem wyrokiem z 1996 który nie funkcjonował z ww. powodów. Trafiłem do aresztu gdzie mimo odroczenia wykonania kary tę karę zacząłem odbywać. Złożyłem stosowne zażalenie co niczego nie zmieniło. Powiadomiłem RPO o złamaniu prawa odpowiedź jaką otrzymałem wykorzystam na osobny artykuł nt. jak działa chory system IV RP.

Idąc na skróty powiem tylko tyle, że w wyniku moich licznych interwencji co do mojego zatrzymania i osadzenia prokuratura, popełniając licznych uchybień, potwierdziła fakt, że moje zatrzymanie i osadzenie było bezprawne.

        W międzyczasie tj. 21 lipca wprowadzono do wykonania drugi wyrok jednego roku za wyłudzenie 409 złotych, słownie: czterysta dziewięć złotych, nowych polskich złotych. To ta sprawa, w której w końcu zostałem „rozpoznany" przy czwartym podejściu. W odpowiedzi z sądów - liczba mnoga, albowiem zawiadamiałem wszystkie możliwe instancje- przeczytałem, że zarządzono wykonanie kary jednego roku pozbawienia wolności, albowiem nie składałem wniosku o jej odroczenie lub zawieszenie.

I tutaj wymiar (nie)sprawiedliwości najwyraźniej utyka na jedna nogę Przeczuwając co się święci wniosek o odroczenie wykonania kary został złożony 19 lipca 2006.  to znaczy przed „właściwym" osadzeniem gdyż takie wpłynęło 21 lipca o godzinie 10, a o godzinie 9 rano do aresztu wpłynęło postanowienie o natychmiastowym zwolnieniu gdyż wyrok nie funkcjonuje, a to z powodu odroczenia wykonania kary. O tych faktach dowiedziałem się po miesiącu od mojego osadzenia, kiedy to zażądałem okazania mi akt.

Kończąc chcę tylko podkreślić, że Szanowny Kolega Redaktor Odpowiedzialny nie byłby pierwszym więźniem politycznym. Uważam, że moja argumentacja jest dość trafna co do określenia miana politycznego. Jeśli zechcą coś znajdą. Mają taką władzę, że strach się bać. Mogą np. zastosować instytucję tymczasowego aresztowania , czego Koledze ani nikomu innemu nie życzę i trzymać w więzieniu nawet siedem lat! O warunkach jakie panują w polskich więzieniach innym razem w innym miejscu.

Aby ukazać ogrom siły jaką dysponuje system władzy dopowiem tytułem zakończenia- większość odbytej kary (osiem miesięcy) spędziłem w grupach zamkniętych izolowanych. Mimo podgrupy P/2/p cały czas przebywałem z odbywającymi karę za: napady rabunkowe i wymuszanie haraczy, porywania dla okupu w tym za porwania dzieci z okrutnym ich katowaniem. Administracja więzienna dysponuje odpowiednią dokumentacją, z której wynika jak los mnie potraktował, a pomimo tej wiedzy i pomimo przyznania podgrupy - system odbywania kary półotwarty, ciągle byłem izolowany, a nawet przebywałem przez 30 dni w celi dla osób uznanych za niebezpiecznych. Przypadek? Nie sadzę, tak też nie sadziła większość kadry więziennej z którymi przyszło mi rozmawiać. Pikanterii dodaje informacja szefa ochrony  „wystarczy, że puszczę informację iż był pan dziennikarzem w tym śledczym a sam pan do mnie przyleci po ochronę. Wie pan tu naprawdę nie ma żartów ci ludzie mimo że odsiadują wyroki wiele mogą"   

Jak działa to wszytko od środka to też materiał „porażający" na oddzielny temat. Może kiedyś a może już wkrótce coś więcej na ten temat napiszę. A zapewniam - jest o czym pisać.

Z pozdrowieniami dla całego Szanownego Grona „Kontratekstów" z życzeniami jak największej i najdłuższej wolności osobistej politycznej i gospodarczej.

Z pozdrowieniami

Marek Olżyński

PS.

W trakcie kiedy odbywałem karę więzienia, ABW oraz CBŚ w 2006 r. zatrzymało kilkoro lekarzy. Zatrzymanie miało związek z poprzednim procederem. Jedna z głównych osób, która zajmowała się wystawaniem lewych zwolnień i lipnych zaświadczeń posługując się przy tym pieczątką swego nieżyjącego ojca nagle zachorowała po opublikowaniu przeze mnie tych faktów, po czym - niejako z „obowiązku" - zmarła.

O większości działań „po tamtej stronie prawa" pisałem na witrynie internetowej oraz na łamach wydania gazetowego. Materiały te nadal znajdują  się w archiwum. W trakcie mojej izolacji  wielokrotnie słyszałem dobre rady „niech pan tylko nie pisze, niech pan wreszcie przestanie pisać...".

Usłyszałem  też sugestię, że mogę szybko wyjść na wolność na stan zdrowia...